Ona idzie na pierwszy raz

Matematyczny grzech pierworodny

2020.01.08 15:25 tuwxyz Matematyczny grzech pierworodny

Czy wolny rynek musi być niesprawiedliwy? Czy wymiana opinii musi prowadzić do głębokiej polaryzacji? Nowa nauka o układach złożonych podważa wiele społecznych mitów.
Karol Jałochowski (Polityka )
Wydaje się, że nie ma nic bardziej naturalnego i sprawiedliwego od dobrowolnego spotkania dwóch osób, podczas którego dochodzi do wymiany dóbr. Uważa się, że stabilność ekonomii zależy od równowagi między podażą a popytem, potrzebami uczestników rynku, który zwykło się nazywać wolnym. Okazuje się jednak, że trzeba zakwestionować i pojęcie równowagi, i wolności.
Ewa. Wąż. Jabłko. Zestaw, z którego każdy złoży mit o grzechu pierworodnym. Spójrzmy jednak na tę historię inaczej. Zrywając jabłko, pierwsza kobieta dokonała pierwszej w dziejach ludzkości transakcji handlowej: nabyła owoc. Ale nie o owoc tu chodzi, on jest tylko symbolem wiedzy. Ewa musi za nią zapłacić: utratą rozmaitych przywilejów związanych z życiem w rajskim ogrodzie (nieśmiertelności itd.). Sprzedawcą jest wąż. W jaki sposób zgromadził towar, który oferuje? Nie wiadomo. Można przypuszczać, że jak większość oligarchów dysponował dużym kapitałem początkowym. Rajska równowaga została zaburzona. Symetria między człowiekiem a gadem złamana. Cena znacznie przekroczyła koszty poniesione przez węża. To w jego kierunku nastąpił transfer majątku, co zaważyło na dalszych losach Ewy. Wkrótce miała zasilić grupę, którą dziś zwiemy 99 procentami. Miażdżącą większość, która ma i może bardzo niewiele.
Bogactwa skapywanie Bruce M. Boghosian, matematyk z Tufts University, wyjaśnia, jak mogło dojść do katastrofalnej asymetrii w podziale majątku, do pojawienia się 1 proc. najbogatszych. Używa w tym celu tzw. modelowania agentowego, niemal żywcemprzeniesionego z fizyki statystycznej, od lat 70. stosowanego do komputerowego symulowania zjawisk społecznych i ekonomicznych. A konkretniej: rozwija tzw. model sprzedaży garażowej, którego autorem jest Anirban Chakraborti, fizyk z Jawaharlal Nehru University.
W tego typu transakcjach towar wędruje od sprzedawcy do kupującego, a pieniądze odwrotnie. Jeśli wartość towaru odpowiada dokładnie jego cenie, nie dochodzi do przepływu majątku. Ale czasem pojawia się mały błąd – kupujący przepłaca albo sprzedający przesadnie obniża cenę. Wtedy można mówić o przepływie majątku.
Nie ma problemu, kiedy zdarza się to raz czy dwa. Chakraborti odkrył jednak na początku wieku, że kiedy w grze rynkowej uczestniczą masy jednostek, a liczbę transakcji liczy się w bilionach, tego typu niewielkie błędy z czasem się akumulują i prowadzą w nieunikniony sposób do spektakularnych nierówności zgromadzonego majątku. Nawet jeśli wynik pojedynczej transakcji dyktowany jest przypadkiem, nawet jeśli wybór pokrzywdzonej strony odbywa się za sprawą rzutu monety, to z czasem niemal cały majątek trafia do rąk jednego tylko uczestnika gry. Tak się rodzi oligarchia.
Wolny rynek jest jak kasyno, zauważa Boghosian. Im dłużej w nim przebywasz, tym bardziej prawdopodobna staje się przegrana. Z tym że jest to kasyno, z którego nie sposób wyjść. A ponieważ przebywa w nim ponad 7 mld graczy, przepływy majątku, które niegdyś przypominały strumyki, dziś są jak rwące rzeki. Nie ma znaczenia, jakim majątkiem początkowym dysponują uczestnicy. I że każda pojedyncza transakcja jest uczciwa. Końcem każdej symulacji jest zwycięstwo „jednego procenta” i przegrana pozostałych. Ich majątek spada prawie do zera. I to tym szybciej, im są są ubożsi. Raz złamana symetria nigdy nie zostaje przywrócona.
Łamanie symetrii (rozumianej jako stan równowagi) to fenomen znany z fizyki. Tłumaczy zaskakująco wiele zjawisk – mechanizm Higgsa, nadprzewodnictwo, zachowanie ciekłych kryształów. Prawa ich dotyczące niewiele mają wspólnego z prawami, które nazywa się fundamentalnymi. Opis jednej cząstki czy atomu nie przekłada się na opis zachowania większej ich liczby. To, co złożone, wymaga nowego języka.
W 1972 r. Philip W. Anderson, fizyk siedem lat później nagrodzony Noblem, opublikował w magazynie „Science” rzecz, która weszła do kanonu naukowej eseistyki. Nosiła tytuł „More is different”, czyli „Więcej znaczy inaczej”. Wyjaśniał, że biologii nie da się sprowadzić do chemii, a chemii do fizyki. Przypominał słowa Karola Marksa, który słusznie przeczuwał, że w pewnym momencie różnice ilościowe przechodzą w jakościowe. W ekonomii jest podobnie. Model sprzedaży garażowej każe przypuszczać, że indywidualne potrzeby i profile psychologiczne nie muszą mieć wpływu na wynik procesu, w którym biorą udział tysiące uczestników rynku.
Ale to wiadomo już od lat. Boghosian wprowadził więc do swojego modelu element redystrybucji majątku – coś na podobieństwo podatku liniowego dla bogatych i dotacji dla ubogich. Był on proporcjonalny do „odległości”, jaka dzieliła uczestnika od średniej dochodów całej populacji. To niewielkie dostrojenie modelu zbliżyło go do realnego świata – z dokładnością 2 proc. pasował do danych o dystrybucji majątku w latach 1989–2016 (USA i Europa).
Powszechnie wiadomo, że bycie ubogim jest bardzo kosztowne. Model uzupełniony więc został o dwa kolejne elementy: „nagrodę” dla bogatych i „karę” dla biednych. Chodzi o przywileje takie, jak korzystne oprocentowanie kredytów i porady finansowe, którym cieszą się zamożni, oraz bandyckie raty kredytów czy brak dostępu do doradców, na które skazani są ubodzy. Ta niewielka poprawka jeszcze bardziej urealniła symulację.
Powszechnie wiadomo, że bycie ubogim jest bardzo kosztowne. Model uzupełniony więc został o dwa kolejne elementy: „nagrodę” dla bogatych i „karę” dla biednych. Chodzi o przywileje takie, jak korzystne oprocentowanie kredytów i porady finansowe, którym cieszą się zamożni, oraz bandyckie raty kredytów czy brak dostępu do doradców, na które skazani są ubodzy. Ta niewielka poprawka jeszcze bardziej urealniła symulację.
Następnie Boghosian ze współpracownikami zaczęli kręcić gałkami, czyli zmieniać wartości parametrów. I dostrzegli przejścia fazowe, czyli gwałtowne zmiany w strukturze układu. Kiedy tylko korzyści związane z przewagą majątkową zaczynały przewyższać koszty redystrybucji, w symulacjach wyłaniała się oligarchia. W tym roku swój model matematyczny Boghosian uzupełnił o kolejną poprawkę: majątek ujemny. To mechanizm, który przesuwa dobra z warstw uboższych do bogatszych, a objawia się pod postacią kredytów hipotecznych czy kredytów studenckich. I był to strzał w dziesiątkę. Model zaczął odtwarzać rozkład bogactwa w społeczeństwach zachodnich z dokładnością do ułamka procenta.
Co z badań Boghosiana wynika? Po pierwsze, że idea zwana teorią skapywania (ang. Trickle-down theory), mówiąca o redystrybuowaniu dóbr osób zamożnych do uboższych warstw za sprawą inwestycji i zwiększania liczby miejsc pracy, znajduje swoje dokładne zaprzeczenie. Bogactwo skapuje, owszem, ale wyłącznie z dołu do góry. Po drugie, jeśli idzie o akumulację majątku, liczą się przede wszystkim szczęście i sprzyjające warunki początkowe, na przykład spadek. Modele agentowe obalają mit o decydującej odpowiedzialności ubogich za ich ubóstwo. Owszem, talent, pracowitość i przedsiębiorczość mają zapewne znaczenie, ale rozkład bogactwa odtwarzany jest przez matematyków z zaskakującą dokładnością przy całkowitym zignorowaniu tych walorów. Po trzecie, przed osunięciem się systemu w totalną niestabilność chroni tylko redystrybucja bogactwa. Ale nie redystrybucja rozumiana jako podatek na rzecz aparatu państwa, tylko jako rekompensata kierowana przez bogatszych bezpośrednio dla biedniejszych. Rekompensata rozumiana nie jako jałmużna, ale pomoc wynikająca z inherentnej niesprawiedliwości tkwiącej w matematycznych prawach wolnego rynku.
Wątpiących odstraszanie Mit o wieży Babel też wymaga reinterpretacji. Nie do końca istotne jest, dlaczego ludzie postanowili „zbudować sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba”. Ważne jest, że postanowili zrobić coś wspólnie. Wtedy to siła wyższa zstąpiła z nieba i pomieszała ich język, „aby jeden nie rozumiał drugiego”.
Dziś wiadomo, że wystarczą zaledwie dwa języki, by doszło do uniemożliwiającej porozumienie polaryzacji opinii i światopoglądów. Boska ingerencja też nie jest konieczna. Trzeba tylko puścić w ruch prawa procesów złożonych.
Mechanizmy kształtowania opinii modeluje się – podobnie jak te rynkowe – w sposób inspirowany fizyką. Symuluje się miliony interakcji „atomów” czy „cząsteczek” społeczeństwa, podczas których mogą one na siebie wzajemnie wpływać. Idąc tą ścieżką, trzech niemieckich naukowców trafiło parę miesięcy temu na trop mechanizmu, który głosowaniom każe kończyć się impasem, podzieleniem wyborców na dwie równe liczebnie, wrogie grupy. W 2014 r. wynikiem bliskim 50/50 zakończyło się szwajcarskie referendum w sprawie ograniczenia imigracji. Dwa lata później – referendum o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE i wybory prezydenckie w USA.
Fritz Weyhausen-Brinkmann, Sebastian M. Krause i Stefan Bornholdt (pierwszy z Universität Hamburg, dwaj pozostali z Universität Bremen) swoim wirtualnym „wyborcom” dają do wyboru trzy opcje: dwie opinie definitywne oraz stan pomiędzy. Później uruchamiają zegar i doprowadzają do interakcji, podczas której wyborcy niezdecydowani mogą zostać przekonani do poglądów innych wyborców albo do nich zniechęceni. Naukowcy odkryli, że większość opinii ma szansę pojawić się tylko wtedy, gdy wątpiący są generalnie bardziej podatni na zachęty niż „zniechęty”. Jeśli jednak choćby niewielki ich ułamek łatwiej daje się odstraszać, niż przekonywać, to z czasem musi dojść do sytuacji patowej, czyli powstania dwóch niemal równie licznych grup o przeciwnych poglądach. Wyniki Niemców pokrywają się nie tylko z wynikami, ale i z czasową dynamiką realnych wyborów, choćby tych brexitowych. Niestety w prawdziwym życiu jest tak, że im bardziej horrendalne pomysły, tym większą odrazę budzą one wśród jego przeciwników. Tym szybciej też dochodzi do podziału na wrogie, zasklepione połowy.
Pierwszy wniosek z symulacji jest więc następujący: Gdyby politykom zależało na paraliżu demokratycznego procesu podejmowania decyzji, to powinni rzucać w przestrzeń medialną twierdzenia czyniące gwałt na zdrowym rozsądku. To nie psychologizowanie. To czysta matematyka. Czy politycy uprawiają taką działalność – jak Donald Trump na Twitterze – wiedzeni genialną intuicją czy idąc za sugestiami tajnego zespołu ekspertów od modelowania agentowego? Dobre pytanie.
Szczęśliwie jest też druga refleksja: polaryzacji można uniknąć w stosunkowo prosty sposób. Im poprzedzająca wybory czy referendum debata jest bardziej szczegółowa i zniuansowana, im więcej pola do perswazji, tym mniejsze niebezpieczeństwo totalnego podzielenia. Tylko jak to się konkretnie robi?
Polaryzacja społeczeństw ma charakter bardziej złożony. Bo dlaczego w zestawie z poglądami politycznymi idzie światopogląd, system moralny, stosunek do praw reprodukcyjnych, do mniejszości etnicznych, do sztuki, nauki, przyrody, w zasadzie do wszystkiego? Jak to jest możliwe, pytał psycholog Steven Pinker, że znając czyjeś poglądy na seks, można przewidzieć jego/jej przekonania na temat liczebności armii? Co religia ma wspólnego z opiniami o systemie podatkowym? Nie tylko poziom zamożności bywa – a najczęściej po prostu jest – wynikiem przypadku. Zbijanie się poglądów w klastry też więcej ma wspólnego ze szczęściem niż z ideologią. Na pewno też nie ma nic wspólnego z genami. Dowodzi tego Michael Macy, socjolog z Cornell University.
Prowadził on eksperymenty na prawie 2 tys. uczestników. Połowę stanowili zwolennicy demokratów, połowę – republikanów. Podzielono ich na dziesięć odizolowanych grup (światów) o przypadkowym składzie. I podsunięto ankiety, w których musieli ustosunkować się do obcych im wcześniej problemów. Udzielane przez nich odpowiedzi widoczne były dla innych uczestników badania, ale tylko w obrębie poszczególnych grup. Oczywiście kluczowy wpływ na poglądy innych miały osoby najbardziej aktywne – te, które pierwsze zabierały głos. Ale zdarzyło się też coś przedziwnego: poglądy demokratów w jednych światach diametralnie różniły się od poglądów demokratów w innych. W jednych patrzyli oni w przyszłość ufnie, w innych z obawą. W jednych bali się sztucznej inteligencji, w innych nie. Analogicznie było ze zwolennikami republikanów. Okazało się, że podziały polityczne miały znikome znaczenie dla kształtowania się opinii. One wyrastały nie z fundamentalnych różnic mentalnych między obiema grupami, a z chwilowych konfiguracji emocji, z charyzmy innych uczestników.
Przed rozpoczęciem eksperymentu, we wszystkich badanych światach równoległych panował apartyjny stan równowagi, symetria. Później była ona łamana niewielkim zaburzeniem, czyli sformułowaniem pierwszego poglądu. Ta sprzyjała formułowaniu kolejnej i tak dalej. Proces ten badacze nazwali kaskadą opinii.
Jak każda kaskada, tak i ta raz uruchomiona trudna jest do zatrzymania. A kiedy poglądy grupy się stabilizują, podziały ulegają zapieczętowaniu. Ale można też wnioskować bardziej optymistycznie. Poglądy polityczne i światopogląd nie tworzą związku aż po grób. A jeśli tak, to jest szansa na porozumienie.
Godności odzyskiwanie Wróćmy do raju. Ewa. Wąż. Jabłko. Zrywając owoc, kobieta uruchomiła wielką machinę wymiany dóbr, majątku, wiedzy i opinii. Z czasem w niezliczonych interakcjach rozgrywających się w sieciach społecznych zaczęły uwidaczniać się nierówności, rozwarstwienia, polaryzacje, konflikty kulturowe. Istnienie tych zjawisk zauważono już dawno, ale nikt nie potrafił tej obserwacji ująć w teorię. To się zmienia. I okazuje się, że los ludzi nie jest wyłączną konsekwencją fundamentalnego grzechu, wady wrodzonej gatunku, celowego niedopatrzenia czy zaniechania. Prowadzone ostatnio symulacje i eksperymenty sugerują, że kryzys społeczny jest głównie wynikiem wielkiej systemowej „wady” świata.
Próbując odzyskać indywidualną godność i demokrację, ludzie zderzają się z odwiecznymi, naturalnymi prawidłowościami układów złożonych. Prawidłowości tych nie sposób wywieść z opisu jednostki, z prostych praw psychologii czy reguł znanych z nauk społecznych. Stąd być może pewna niezborność działań.
W swojej najogólniejszej wymowie wyniki ostatnich odkryć są jednoznaczne. I nowotestamentowe. Najskuteczniejszymi narzędziami zmiany jest świadomość wspólnoty niedoli oraz akceptowana redystrybucja bogactwa. Empatia i miłość.
submitted by tuwxyz to Polska [link] [comments]


2019.12.04 16:41 compulsiveranter Polacy przywrócili moją wiarę w ludzkość/Polish people have restored my faith in humanity

Original post: https://www.reddit.com/poland/comments/e5ve5q/polish_people_have_restored_my_faith_in_humanity/
*Please note this is a google translated version so more people can know about this
Wersja TLDR na końcu.
Piszę to, aby Polacy czytający to dzisiaj powinni czuć się niesamowicie dumni z siebie i swoich współobywateli. Nigdy w życiu nie ściskałem tylu przypadkowych nieznajomych, ponieważ byłem upokorzony.

Krótko, pochodzę z Indii i podróżowałem sam przez około miesiąc. Przez większość czasu przebywałem w Wielkiej Brytanii, a mój pobyt w Polsce trwał około 8 dni. Moja podróż była związana z pracą.

Tak czy inaczej, moja podróż szła absolutnie dobrze i świetnie się bawiłem, spotykając ludzi z obu krajów i zwiedzając region, ponieważ był to mój pierwszy raz w Europie.

Nadchodzi ostatni dzień. Byłem w Krakowie i miałem pociąg do Warszawy zarezerwowany z EIP, a następnie lot w nocy do lotniska z Delhi.

Opuszczam mieszkanie i jadę tramwajem do Krakowa Głównego i wtedy to gówno mi się nie udaje. Okropnie źle. Wszyscy winni za to siebie.

Nosiłem bagaż kabinowy i plecak z laptopem, ładowarkami, gotówką i PASZPORTEM. Cały czas miałem przy sobie plecak. Wcześniej odbyłem wycieczkę po Krakowie po starym mieście. Moje plecy były trochę obolałe z powodu długiego dnia, więc po to, by poczuć się trochę swobodnie, siadam na pustym siedzeniu w tramwaju i zdejmuję plecak, żeby go schować.

Tramwaj zbliża się do mojego przystanku i zdaję sobie z tego sprawę późno. Zatrzymuje się i patrzę na zewnątrz, aby uświadomić sobie, że do cholery muszę stąd wyjść. W chwili strachu przed nieudanym zatrzymaniem wybiegam ze sobą, zabierając ze sobą torbę kabinową. Właśnie kiedy wychodzę, drzwi tramwaju zamykają się i odjeżdżają. Potem mi się świta, dziwnie się czuję, jakby coś się zmieniło. Ku mojemu przerażeniu właśnie to zrobiłem, PLECAK. Najważniejszy kawałek zostawiłem podczas podróży tramwajem. Byłem w stanie paniki. Absolutna panika i czułem we mnie kryzys i stan pomocy. To jest mój dzień wyjazdu i właśnie w tym momencie popełniłem największe pieprzenie. Był w tym mój paszport. To jest moja tożsamość i to był jedyny sposób, by móc wrócić.

Teraz zaczyna się mój związek z nieznajomymi. Idę na górę, do stacji, żeby zobaczyć znak informacyjny. Znalazłem jeden na wycieczki, ale oczywiście potrzebowałem pomocy i wszedłem do środka. Jest tam ta pani i prosi mnie o sprawdzenie biura MPK, które jest na zewnątrz. Wychodzę i zgaduję, co znajdę, biuro jest zamknięte, ponieważ jest niedziela. Mam na myśli to, że kiedy idzie źle, po prostu idzie gorzej.

Tam jest przystanek autobusowy i widzę młodą damę czekającą na swój autobus. Podchodzę do niej nadal w stanie paniki i opowiadam jej o tym, co się właśnie wydarzyło. Zgadnij co? Nie rozumie angielskiego, ale jej postawa sugerowała, że ​​chce pomóc, ale nie rozumie gówna. W tej sytuacji uderzyło mnie to, skorzystajcie z technologów. Otwieram tłumaczenie Google i piszę tam „Zostawiłem torbę w tramwaju i ma ona mój paszport, proszę o pomoc!” Teraz dobrze zrozumiała, że ​​ten facet jest w poważnej sytuacji. Nasza komunikacja odbywa się po tłumaczeniu. Rozgląda się, by znaleźć numer. Dzwoni na ten numer, mówi do nich. Wyjaśnia im moją sytuację, która zajęła dobrze około 10-15 minut. Rozumiem, że to dla mnie przypadkowa osoba, nie znam jej. Nie mówi nawet wspólnym językiem między nami, ale wciąż tam stała, żeby mi pomóc. W trakcie rozmowy jest informowana, żebym zadzwonił pod ten sam numer po 2 godzinach. FFS. Mam lot za 6 godzin i nadal muszę jechać pociągiem do Warszawy, która trwa 30 minut. Uświadomiłem sobie, że nigdy nie będę w stanie tego złapać. Dziękuję tej kobiecie i przytulam ją za jej pomoc.

Byłem w tej bezradnej sytuacji, ale wiedziałem, że nie mogę tego znieść. Wpadłem na pomysł, że może, po prostu MAJBE, kierowca na ostatnim przystanku zmienia zmiany i sprawdza, czy w tramwaju nie ma żadnych rzeczy. Jadę następnym tramwajem do następnego przystanku. Sięgnij, aby znaleźć biuro. Jest jeden stary dżentelmen. Piszę z telefonu tekst o mojej torbie. Tekst jest przetłumaczony na język polski. Uświadomiłem sobie, że nie będzie znał angielskiego. Wyjaśniam mu sytuację i podaję numer tramwaju oraz godzinę, o której jechałem. Wyciąga swoją gadatliwą i komunikuje się z kierowcą. 5 minut komunikacji i wraca, żeby powiedzieć mi „nie”, aby wskazać, że kierowca niczego nie znalazł. Kolejna realizacja zniknęła! Torba nie wraca. Ktoś prawdopodobnie właśnie to wziął. To znaczy, że byłoby to dość intratne. W środku jest cały laptop. Ale powiedział przez tłumacza, że ​​możesz iść na policję, która zajmuje się MPK. Zapisał mi ten adres, a także dokładny numer tramwaju, który wybrałem. Kolejny akt dobroci. Mógł mnie po prostu odepchnąć, gdy powiedział mi, że nic nie znaleźli. Wiedziałem, że muszę iść na policję, ponieważ torba miała mój cholerny paszport. Mogłabym być w prawdziwym niebezpieczeństwie i nie miałam pojęcia, co do diabła się z tobą stanie, jeśli stracisz paszport w obcym kraju.

Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku.
Zanim udam się na policję, próbuję sprawdzić, czy coś się nie stało na przystanku po tym, jak upadłem. Może być współ pasażerem zrealizowanym i podał go na następnym przystanku. Idę na ten przystanek tramwajowy i znajduję kolejnych dżentelmenów, którzy prawdopodobnie byli tam, aby pomóc kierowcom tramwajów. Idę do niego, ale on nie mówi po angielsku. Pulsuję tę samą wiadomość z mojego telefonu. Zdaje sobie sprawę z mojej paniki i zabiera mnie na górę do swojego biura. W środku siedzi kobieta, prawdopodobnie jego przełożony. Mówi jej o sytuacji. Na szczęście zna trochę angielskiego. Mówię jej bezpośrednio. Prosi, żebym poczekał na zewnątrz. To samo dzieje się, gdy próbuje dowiedzieć się o torbie, pytając kierowców tramwajów. Wraca do mnie, aby przekazać tę samą wiadomość, nie mają żadnych informacji. Facet, który mnie zabrał, zaleca również, żebym poszedł na komisariat. Mówi, jakim tramwajem muszę jechać i w którym kierunku muszę iść ze stacji docelowej. Tramwaj przyjeżdża i mówi mi ten. Kontroler biletów jest w środku. Mówi mu, który przystanek i muszę się do niego dostać, i daje mu bilet na ten dokładny przystanek i informuje go, kiedy nadejdzie przystanek. Kolejny akt dobroci. Życzy mi również powodzenia. Jestem mu wdzięczny.

Mój cel przybywa, gdy zastanawiam się, co dalej. Kontroler biletów każe mi tu zejść. Idę na komisariat policji i wygląda na to, że jest zamknięty. Nie mów mi, że posterunek policji również jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Nie dlatego, że przybywa policjant i kiedy wchodzi do biura, pytam go o angielski. On tego nie mówi. Znów Google tłumaczy FTW. Wchodzi do środka, a potem wraca chwilę i wskazuje mi tablicę, która wspomina coś o zagubionym i znalezionym dla MPK. Określa godziny otwarcia i zgadnij co. Jest zamknięty, ponieważ jest niedziela. Próbuję go zapytać o cokolwiek innego, co mogę zrobić, ale on nie może mnie absolutnie zrozumieć. Moje walki trwają i podczas tej akcji 3 młode kobiety wchodzą na komisariat. Jedna z nich prowadziła samochód, więc chciała sprawdzić poziom alkoholu. Gdy mają zamiar wyjść, widzą, że walczę tutaj z komunikacją. Patrzę na jedną z kobiet. Ona już na mnie patrzy, być może z powodu mojej spanikowanej twarzy, a jej uwagę przykuła walka. Pytam, czy ona mówi po angielsku, odpowiedziała twierdząco. Jestem jak dzięki Bogu i mówię jej o mojej sytuacji. Dziewczyna, która chciała sprawdzić poziom alkoholu, licytuje adieu i odchodzi, gdy dwie kobiety zostają. Oboje mówią po angielsku. Komunikują się dla mnie z oficerem. Zapytaj o najlepsze rozwiązanie. Zapytaj go, co mogę zrobić. Mówi im, że ten facet musi udać się do ambasady indyjskiej, która znajduje się w Warszawie, i poprosić o uzyskanie duplikatu paszportu. A potem proszę ją, żeby zapytała go, czy mogę dostać dokument potwierdzający utratę paszportu. Może będę musiał coś pokazać ambasadzie. Wyciąga formularz i prosi mnie o napisanie moich danych. Następnie stempluje go dla mnie i zatrzymuje kopię. Cała ta walka i walka trwały prawie 45 minut, ale te dwie niesamowite kobiety stały obok mnie. Pomógł mi z całą komunikacją i szczegółami. Policjant wydrukował mi nawet adres ambasady z numerem telefonu. Chociaż mogłem to rozgryźć, ponieważ miałem swój telefon, ale to miło z jego strony. Kolejny akt dobroci.

Wiedziałem, że muszę teraz jechać do Warszawy. Spóźniłem się na pociąg i również spóźniłem się na lot. Muszę powiedzieć, że byłam dość załamana. Ale te akty dobroci i posiadania telefonu, a także portfela przy mnie, dały mi spokój.

Idę na dworzec w Krakowie i rezerwuję następny dostępny pociąg. Powiedziano mi, że nie ma miejsc, ale możesz stać. Świetny! 3 godziny podróży do Warszawy. Dzień staje się lepszy. Czekając na pociąg, dzwonię pod numer alarmowy ambasady indyjskiej i informuję osobę o mojej sytuacji. Cierpliwie słucha mnie i radzi, żebym przyszedł do ambasady jutro rano i opowiada o wszystkich dostępnych dokumentach, które muszę zdobyć.

W tym momencie pamiętam również, że zostawiłem swoją dużą walizkę na automatycznym stanowisku zrzutu bagażu na dworcu warszawskim, zanim pojechałem pociągiem do Krakowa, aby zapewnić sobie wygodę podczas pobytu w Krakowie. Zgadnij co? Kluczem do mojego bagażnika był mój plecak! Nadchodzi kolejny problem, by uderzyć mnie w twarz. Moim priorytetem było dotarcie do ambasady i pytanie, jak mogę wrócić do domu w tej sytuacji. Pogotowie w ambasadzie powiedziało mi, jak mogę uzyskać zaświadczenie o stanie zdrowia. W przeciwnym razie uzyskanie nowego paszportu może potrwać do 2 tygodni !!

Pociąg właśnie przyjeżdża i docieram na peron, by poszukać mojego pociągu, tekst pomieszał mnie jeszcze bardziej, gdybym był we właściwym miejscu.

Uważam, że młoda kobieta wygląda tak samo zdezorientowana jak ja. Pozdrawiam ją i proszę, żeby zobaczyła mój bilet i czy jestem we właściwym miejscu. Mówi mi, że znajduje ten sam pociąg. Byłem więc idealny, po prostu pójdę za tobą. Czyta informacje na tablicy elektronicznej i mówi mi to późno o 30 minut.
Staliśmy więc razem, czekając na pociąg i rozpoczynamy rozmowę o tym, co się dzieje w życiu. Rozmawiamy o tym, a ja oczywiście mówię jej o moich doświadczeniach. Ona jest z niedowierzaniem. Oczywiście czuje się z tego powodu okropnie. Ale mówi mi, żebym się zbytnio nie przejmował i że jutro po prostu pójdę do ambasady. Mówi mi, że nawet ona ma bilet stały. Byłem trochę szczęśliwy mając towarzystwo podczas mojej 3-godzinnej próby. Pociąg przyjechał. Jesteśmy w środku. Odchodzi i rozmawiamy przez podróż o niej i moim pochodzeniu oraz o naszych krajach. Pochodzi z Ukrainy, ale przeprowadziła się do Polski, gdy miała 15 lat. Później w naszej rozmowie rozmawialiśmy o moich problemach, a potem powiedziałem jej, że moja walizka utknęła na warszawskim dworcu i że klucz jest w moim plecaku. Wspomniałem również, że wyjaśnianie komukolwiek na stacji byłoby bolesne w tyłek, ponieważ nie mówię po polsku. Mówi mi, żebym się nie martwiła i że pójdzie ze mną, kiedy dotrzemy na dworzec warszawski, aby porozmawiać z władzami. Byłem wzruszony. Teraz rozumiem. Stoimy przez 3 godziny. Ziewamy przez podróż. Jest 23:00 w nocy i wszystko, co może myśleć, to iść do domu spać. Ona też ma pracę następnego dnia. Mimo wszystko zobowiązała się do pomocy. Kiedy dotarliśmy na stację, poszła ze mną do władz. Pomógł mi odzyskać torbę, za co musiałem zapłacić karę, a potem licytować po przyjeździe jej taksówki. Kolejny akt dobroci.

Przewiń do następnego dnia. Wyjeżdżam do ambasady absolutnie zrozpaczona sytuacją, w której się znalazłem. Dojeżdżam do ambasady. Pozwalają mi spotkać się z konsulatem, biorąc pod uwagę moją pilną sytuację. Moja kolej nadchodzi, siadam przed nią. Opowiadam jej o tym, jak zgubiłem plecak, a mój paszport był w środku i potrzebuję zaświadczenia o konieczności powrotu do domu. Prosi, żebym tu zaczekała i wstaje. Zastanawiam się, że to zimno. Nagle mnie łamie i wchodzi do środka tuż po mojej kolejce. Wraca z listem. List pochodzi z komisariatu policji w Krakowie. Pisze o znalezieniu plecaka z paszportem. Potwierdza przedmioty ze mną i moim numerem paszportu. Wszystkie pasują do siebie. Wszystkie pasują do siebie. Nie potrafię opisać, jak się wtedy czułem. Gdybym musiał podać analogię, możesz pomyśleć o Willie Smithie w pogoni za szczęściem. Przedostatnia scena, w której opisuje, kiedy w końcu poczuł się szczęśliwy. Nawet emocjonalnie piszę o tym.

Okazuje się, że bohater, ABSOLUTNY Bohater, znalazł plecak leżący w tramwaju i zabrał go prosto na policję. Byłem z niedowierzaniem, gdy zacząłem rozumieć, że właściwie mogę odzyskać wszystko. Laptop ma takie ważne dokumenty robocze. Wszyscy myśleli mi o tym, co straciłem i ile pracy musiałbym wykonać ponownie, ponieważ nie mam laptopa. Oczywiście utrata laptopa byłaby również ogromną stratą pieniężną.

Pani powiedziała mi, że powinieneś przyjechać do Krakowa i odebrać swoją torbę. Dała mi kopię listu od policji, zawierającego dane adresowe i numer telefonu.

Wybiegłem, by udać się prosto na stację. Kupiłem następny dostępny bilet na pociąg do Krakowa.

Po kilku godzinach byłem na posterunku policji. Policjantka zabrała mnie do mojej torby i poprosiła o sprawdzenie wszystkich rzeczy w środku. Nie żartuję. Nie poruszył się ani o cal. Mam wszystko tak, jak jest. Ta dama była dla mnie taka słodka. W moim kraju kontakt z policją wcale nie jest łatwy. Ale to było bardzo przyjemne. Powiedziałem jej, że jeśli przyjedzie do Delhi, będzie moim gościem. Jako specjalną prośbę zapytałem ją, czy mogę porozmawiać z tym bohaterem. Zadzwoniła do niego. Powiedziała mu, że facet chciałby z tobą porozmawiać. Prawie go nie słyszałem, a on nie rozumiał angielskiego, ale żałowałem, że nie ma najlepszego życia i zdrowia. Jest niesamowitą osobą i naprawdę mam szczęście, że mam takich ludzi na tym świecie. Nazywanie tego aktem dobroci byłoby niedopowiedzeniem. Pani wzięła telefon i przetłumaczyła mu to wszystko. Mam nadzieję, że sprawiłem, że poczuł się wyjątkowo w tym momencie. To niesamowite, nie znam tej osoby, nie znam jego twarzy i nie wiem, co robi, ale właśnie dokonał jednego z najbardziej niesamowitych czynów w moim życiu.

Siedząc w drodze powrotnej do Delhi, chcę podziękować Polsce za to, że to dla mnie zrobiła. Naprawdę dziękuję! Wszyscy ci ludzie w mojej historii są absolutnie niesamowici.

Tacy ludzie naprawdę sprawiają, że świat jest lepszym miejscem i dają nadzieję.

Pójdę powiedzieć wszystkim, których znam, aby odwiedzić Polskę. To piękne miejsce z pięknymi ludźmi.

Poza tym pracuję w branży turystycznej w Indiach, więc jeśli chcesz uzyskać porady na temat podróży tam, napisz do mnie. Indie słyną również z gościnności.

TLDR Podróżowałem po Polsce, zgubiłem plecak w Krakowie w tramwaju, który miał również paszport i laptop i znalazłem go po długiej walce z pomocą absolutnie nieznajomych.
submitted by compulsiveranter to Polska [link] [comments]


2019.02.01 23:45 Waren78657 Poradnik Breedu i treningu by Waren

Poradnik breedu, treningu i innych przydatnych rzeczy
Na wstępie, jeśli coś będzie niezrozumiałe, albo pojawi się w czasie, lub wkradnie się jakiś babol, proszę pisać, a zaktualizuje informację.
Jeszcze krótka uwaga poniższy poradnik opisuje "breeding" czyli rozmnażanie pokemonów oraz ich trening pod walki, sposoby ich uzyskania. Głównie mam na myśli "Competetive", czyli walki z innymi graczami przez usługi Nintendo do łączenia dwóch konsol przez street pass lub internet, takich jak Battle Spot, lub Link Battle. Ze względu na ułatwienie korelacji poradnika z grą, część wspomnianych poniżej zwrotów będzie w języku angielskim(głównie nazwy własne bo tak występują w grze). Czasami dla ułatwienia będą też stosowane skróty lub żargon, lecz wszystkie postaram się objaśnić jak najbardziej zrozumiale potrafię. Zgromadzona tu wiedza pochodzi z różnych źródeł oraz doświadczeń własnych i jest opisywana dla gier z generacji VII, czyli Sun/Moon/Ultra Sun/Ultra Moon więc niektóre opisane tu mechaniki mogą nie działać w ogóle lub w inny sposób w generacjach poprzedzających. Szczególnie opisywana później technika podmianki stosowana do "shiny breedu" (choć pomocna też przy innych rodzajach breedu)
Użyte grafiki są to oficjalne grafiki, czasami lekko przerobione, lub screeny in-game (bezlicencyjne od różnych autorów)
Słowniczek skrótów i określeń żargonowych:
Shiny- jest to pokemon o innej barwie (czasami nieznacznie tylko) innej niż standardowa, które pojawiają się z określoną rzadkością (więcej o shiny w części o shiny breeding)
[https://cdn.vox-cdn.com/uploads/chorus_asset/file/7298451/Screen_Shot_2016-10-18_at_10.50.44_AM.0.png](https://cdn.vox-cdn.com/uploads/chorus_asset/file/7298451/Screen_Shot_2016-10-18_at_10.50.44_AM.0.png))
Individual Values- (także "iv's", "iv", czy też "v" lub "v's" lecz jedynie przy cyfrach od 0-6, które odpowiadają poszczególnym statystykom, zależnie od tego ile z nich ma maksymalną wartość, taka cyfra pojawia się przy literach) są to wartości liczbowe przypisane do każdego poka po wykluciu/złapaniu, które są nazywane czasem "DNA" pokemona (choć trochę na wyrost). Wartości te mogą mieć wielkość od 0 do 31, które to jednak nie są widoczne jako liczby, a odpowiednie zakresy są określane:
-No Good-0
-Decent-1-15
-Pretty Good-16-25
-Very Good-26-29
-Fantastic-30
-Best-31
Dostęp do określenia ich jak powyżej potrzebujemy funkcji "Judge", do której mamy dostęp po rozmowie z Sędzią którego spotykamy po walce z Redem/Blue i dostaniu się do Battle Tree , który doda nam po wykluciu ponad 20 jaj rzeczoną funkcję do naszego PC
Wpływają one na wartość statystyk, podobnie jak ev's, ujawnia się ich wpływ w czasie późniejszego levelowania (po wartościach statystyk można także zobaczyć też ich wielkość, po osiągnięciu odpowiedniego lvl'u, na specjalnych kalkulatorach dostępnych w internecie z większą dokładnością).
[https://i1.wp.com/mammothgamers.com/wp-content/uploads/2017/11/pokemon-ev-checker.jpg](https://i1.wp.com/mammothgamers.com/wp-content/uploads/2017/11/pokemon-ev-checker.jpg))
Effort Values-(także "ev's', "ev") są to wartości podobnie jak iv's wpływające na statystyki pokemona, te jednak nie są determinowane przy urodzeniu/złapaniu jak iv's, a nabywane poprzez walkę z innymi pokemonami. Wielkość ev's dla jednej statystyki to od 0-252 z czego każde 4pkt ev = 1 pkt do danej statystyki, jendak maksymalna ilość punktów ev's dla pokemona to 510, stąd można do maksimum podnieść tylko dwie statystyki, oraz trzecią podnieść o 6pkt ev, czyli 1pkt do statystyk. Można sprawdzić ich poziom wciskając "Y" w menu summary choć wartości także nie są podane w jednostkach liczbowych, a jedynie jako wykres graficzny, jedynie maksymalne wytrenowanie danej statystyki widać poprzez gwiazdki dookoła statystyki w menu ev's, po wykorzystaniu wszystkich ev's zmienia się kolor grafu. Na dole grafika z maksymalnym rozdysponowaniem ev's, oraz poniżej z niepełnym rozdysponowaniem
[https://pm1.narvii.com/6321/4d2886802817d69198602146fea3e27059cce16b_hq.jpg](https://pm1.narvii.com/6321/4d2886802817d69198602146fea3e27059cce16b_hq.jpg))
[https://i.imgur.com/RCAZP9Q.jpg](https://i.imgur.com/RCAZP9Q.jpg))

Breeding -czyli rozmnażanie pokemonów poprzez oddanie dwóch poków w tym samym egg group lub jednego pokemona z egg groupy ditto, do Pokemon Nursery (screen poniżej), skąd później odbieramy jajo z którego wykluwa się pokemon
[https://projectpokemon.org/home/uploads/monthly_2017_08/59901922a6582_13.PaniolaRanch.png.3e779a810d3a9bf58f53a8fe977a6e88.png](https://projectpokemon.org/home/uploads/monthly_2017_08/59901922a6582_13.PaniolaRanch.png.3e779a810d3a9bf58f53a8fe977a6e88.png))
Nature -każdy pokemon posiada jedną z 25 natur, która determinuje, to jakie statystyki zostaną podwyższone, a jakie obniżone (z wyjątkiem 5 natur które nie mają wpływu na statystyki). Każda Natura wpływa też na smaki, które lubi, lub nie lubi pokemon, są one istotne dla niektórych jagód, które wywołują confusion, jeśli pokemon nie lubi ich smaku. Poniżej Lista Natur wraz ze statystykami, które są podwyższone, a które obniżone, oraz analogicznie smaki, które są o [color=#32CD32]lubianym[/color] i nielubianym smaku
-Hardy- brak wpływu na statystyki, oraz lubianych i nielubianych smaków
-Docile-brak wpływu na statystyki, oraz lubianych i nielubianych smaków
-Serious-brak wpływu na statystyki, oraz lubianych i nielubianych smaków
-Bashful-brak wpływu na statystyki, oraz lubianych i nielubianych smaków
-Quirky-brak wpływu na statystyki, oraz lubianych i nielubianych smaków
-Lonely-Attack Defence Spicy Sour
-Adamant-Attack Sp.AttackSpicy Bitter
-Naughty-Attack Sp.Defence Spicy Bitter
-Brave-Attack Speed Spicy Sweet
-Bold-Defence Attack Sour Spicy
-Impish-Defence Sp.Attack Sour Dry
-Lax-Defence Sp.Defence Sour Bitter
-Relaxed-Defence Speed Sour Sweet
-Modest-Sp.Attack Attack Dry Spicy
-Mild-Sp.Attack Defence Dry Sour
-Rash-Sp.Attack Sp.Defence Dry Bitter
-Quiet-Sp.AttackSpeed Dry Sweet
-Calm-Sp.Defence Attack Bitter Spicy
-Gentle-Sp.Defence Defence Bitter Sour
-Careful-Sp.Defence Sp.Attack Bitter Dry
-Sassy-Sp.Defence Speed Bitter Sweet
-Timid-Speed Attack Sweet Spicy
-Hasty-Speed Defence Sweet Sour
-Jolly-Speed Sp.Attack Sweet Dry
-Naive-Speed Sp.Defence Sweet Bitter
Egg Group- jest to zbiór pokemonów mogący się ze sobą swobodnie rozmnażać wewnątrz tej jednej grupy, za wyjątkiem Undiscovered, który nie może się rozmnażać wewnątrz grupy. Drugą wyjątkową grupą jest Ditto, która może się rozmnażać z każdą grupą wyłączywszy Undiscovered i grupę Ditto. Niektóre pokemony przynależą do dwóch grup jednocześnie, więc mogą rozmnażać się zarówno w obrębie jednej, jak i drugiej grupy. Poniżej lista grup:
-Ditto
-Undiscovered
-Amorphous
-Bug
-Dragon
-Fairy
-Field
-Flying
-Grass
-Human-like
-Mineral
-Monster
-Water1
-Water2
-Water3

Ability -umiejętność pasywna, którą posiada każdy pokemon. Niektóre pokemony, posiadają tylko jedną możliwą Ability, która czasam może zmieniać się wraz z ewolucją (np. Haunter ewoluujący w Gengara zmienia ability Levitate, na Cursed Body), czasem pokemon ma dostęp do dwóch różnych ability ( np. Seviper, który ma dostęp do ability Shed Skin, oraz do Hidden ability Infiltrator), lub ostatecznie do trzech różnych ability (np. Slugma który ma dostęp do ability Magma Armor, Flame Body, oraz jego hidden ability Weak Armor)
Hidden Ability -umiejętność pasywna, pojawiająca się tylko przy określonych przypadkach, bardzo często najlepsza umiejętność danego pokemona, ma też specyficzny rozkład dziedziczenia jej na potomstwo.
Everstone- przedmiot w grze z kategorii Held Items nie pozwalający pokemonowi ewoluować kiedy jest przez niego trzymany. Jeśli pokemon trzyma go podczas breedu, jego natura będzie zawsze przekazana potomstwu
https://vignette.wikia.nocookie.net/pokemon/images/6/60/Dream_Everstone_Sprite.png/revision/latest?cb=20110524011530
Destiny Knot-przedmiot z kategorii Held Items, sprawiający iż jeśli pokemon zostanie trafiony statusem wywołującym niemożność ruchu poprzez zakochanie (infatuation) przekazuje go także, na przeciwnika. Jeśli pokemon go trzyma to potomstwo otrzyma dziedzicznie 5 przypadkowo wybranych wartości po rodzicach, oraz jedną wygnerowaną losowo.
https://samurai-gamers.com/wp-content/uploads/2016/12/9055965_f260.jpg

Oval Charm-przedmiot z kategorii Key Items sprawiający iż jaja pokemonów pojawiają się w Pokemon Nursery z większą częstotliwością, do zdobycia w biórze Game Freak w Heahea City
https://cdn.bulbagarden.net/upload/2/25/Key_Oval_Charm_Sprite.png

Shiny Charm- przedmiot z kategorii Key Items sprawiający iż podczas losowania determinującego czy pokemon jest Shiny, szansa jest zwiększona o 2 dodatkowe losowania, do zdobycia po skomplementowaniu Alola Pokedexa (w poprzednich grach National Dexa), poza pokemonami mitycznymi (Marshadow, Magearna), odebrać można w biórze Game Freak w Heahea City
https://cdn.bulbagarden.net/upload/b/bd/Key_Shiny_Charm_Sprite.png
Power Items-przedmioty z kategorii Held Items, które trzymane przez pokemona zwiększają przyrost EV's o 8 (zmniejszając czasowo speed) są to:
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/7/7b/Bag_Power_Weight_Sprite.pngPower Weight dla HP
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/8/84/Bag_Power_Bracer_Sprite.pngPower Bracer dla Attack
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/b/b6/Bag_Power_Belt_Sprite.pngPower Belt dla Defence
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/4/4f/Bag_Power_Lens_Sprite.pngPower Lens dla Sp. Attack
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/6/65/Bag_Power_Band_Sprite.pngPower Band dla Sp. Defence
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/8/87/Bag_Power_Anklet_Sprite.pngPower Anklet dla Speed
Ekfekt podwaja zarażenie Pokèrus, można je kupić w Battle Royal Dome.
Gdy są trzymane podczas breedu to jest 100% pewności iż dana statystyka będzie przeniesiona na potomstwo
Pokèrus-jest to choroba (o dziwo pozytywna), którą jest statystycznie zarażony jeden na 21845 pokemonów w dziczy, (jednak nie ma się co martwić, łatwo znaleźć zarażonego poka na GTS lub Wonder Trade) powoduje ona iż EV's uzyskiwane przez pokemona są podwajane także te pochodzące z Power Items. Pokemon może się zarazić Pokèrus od innego pokemona jeśli jest obok niego w Party przez losową ilość kroków, porada, trzeba pamiętać by poka którym zarażamy, później schować do PC Boxa, inaczej zaleczy się u niego choroba i przestanie w ten sposób zarażać. Im więcej pokemonów już zarażonych w Party tym większe prawdopodobieństwo zarażenia
https://www.serebii.net/games/pokerus.jpg
Hidden Power- jest to atak, który zmienia typ zależnie od tego jaki zestaw iv's posiada dany pokemon. Może to być każdy typ z wyjątkiem Normal i Fairy. Niektóre z iv muszą być parzyste lub nieparzyste, najłatwiej to uzyskać przez 30 i 31 jako, że przy sprawdzaniu iv's te są najłatwiejsze do odróżnienia, poniżej zestawy na przykłądzie tych właśnie wartości, jakie są kombinacje gdzie pokolej będą HP/Attack/Defence/Sp.Attack/Sp.Defence/Speed:
-Bug- 31/31/31/31/30/30
-Dark-31/31/31/31/31/31
-Dragon- 30/31/31/31/31/31
-Electric- 31/31/31/30/31/31
-Fighting- 31/31/30/30/30/30
-Fire- 31/30/31/30/31/30
-Flying- 31/31/31/30/30/30
-Ghost- 31/30/31/31/30/31
-Grass- 30/31/31/30/31/31
-Ground- 31/31/31/30/30/31
-Ice- 31/31/31/31/31/30
-Poison- 31/31/30/30/30/31
-Psychic- 30/31/31/31/31/30
-Rock- 31/31/30/31/30/30
-Steel- 31/31/31/31/30/31
-Water- 31/31/31/30/31/30
Flame Body- ability niektórych pokemonów, jeśli pokemon z tym ability jest w Party razem z jajkami, sprawia, że liczba kroków, które trzeba zrobić by jaja się wykluły zmniejsza się o połowę. Pokemony z dostępnością tego ability:
-Ponyta
-Rapidash
-Magby
-Magmar
-Magmortar
-Heatran
-Litwick
-Lampert
-Chandelure
-Larvesta
-Flechinder
-Talonflame
Egg Moves -ruchy, które są "dziedziczone" przez potomstwo, najczęściej ze strony ojca, gdyż ojciec może być innego gatunku niż potomstwo (gatunek dziedziczony jest po matce, lub po nie Ditto), często bardzo przydatne, lub dla niektórych pokemonów wręcz niezbędne dla uzyskania pełnego potencjału bitewnego
S.O.S. Chaining -tworzenie "łańcuchów" pokonywanych pokemonów, które wołają w Aloli inne pokemony na pomoc, dzięki S.O.S. Chaining można uzyskać szereg pozytywnych efektów, które będą opisane w dalszej części poradnika
Adrenaline Orb -przedmiot z kategorii held items, trzymany przez pokemona, zwiększa mu statystykę Speedu jeśli ten będzie pod wpływem Intimidate, można go także użyć w bitwie z dzikimi pokemonami, wtedy zwiększa tzw. call rate, czyli częstotliwość wołania przez pokemony pomocy w S.O.S. Chainie
Flase Swipe- atak który zawsze zostawia 1HP przeciwnikowi, bardzo przydatne do ich łapania
Friendship Berries
Są to jagody zwiększające Friendship, oraz jednocześnie zmniejszając o 10 punktów EV pokemona, każda w innej statystyce poniżej lista jagód:
https://cdn.bulbagarden.net/upload/d/dd/Bag_Pomeg_Berry_Sprite.pngPomeg Berry- zwiększa freindship zmniejsza EV w HP
https://cdn.bulbagarden.net/upload/e/eb/Bag_Kelpsy_Berry_Sprite.pngKelpsy Berry- zwiększa freindship zmniejsza EV w Attack
https://cdn.bulbagarden.net/upload/9/9e/Bag_Qualot_Berry_Sprite.pngQualot Berry- zwiększa freindship zmniejsza EV w Defence
https://cdn.bulbagarden.net/upload/3/3b/Bag_Hondew_Berry_Sprite.pngHondew Berry-
zwiększa freindship zmniejsza EV w Sp.Attack
https://cdn.bulbagarden.net/upload/6/64/Bag_Grepa_Berry_Sprite.pngGrepa Berry-
zwiększa freindship zmniejsza EV w Sp.Defence
https://cdn.bulbagarden.net/upload/9/9a/Bag_Tamato_Berry_Sprite.pngTamato Berry-
zwiększa freindship zmniejsza EV w Speed
Lucky Egg- przedmiot z kategorii held items, zwiększa on o 1,5x exp, można go dostać od Prof. Kukui po złapaniu 50 pokemonów, w jego laboratorium
https://cdn.bulbagarden.net/upload/0/00/Dream_Lucky_Egg_Sprite.png

Breeding

Breeding Egg Moves -By "wbreedować" egg movy musimy wynaleźć pokemona z tej samej egg group, posiadającego interesujący Cię ruch, musi to być koniecznie samiec, gdyż, gatunek dziedziczony jest po matce. Jeśli pokemon, ma dane ruchy w danej chwili w swoim movesetcie, przekazuje je potomstwu np. Ponyta może nauczyć się ruchu Morning Sun, który jest bardzo przydatny, szczególnie podczas słońca, by go "wbreedować" trzeba oddać do nursery samicę Ponyty, lub Rapidash, oraz samca Espeona, znającego Morning Sun, potomstwem będą Ponyty znające ruch Morning Sun, będą go mogły teraz przekazywać dalej potomstwu, niezależnie od płci, dzięki czemu można wbreedować 4 różne egg moves od 4 różnych ojców.
Breeding Natury-By uzyskać odpowiednią naturę, jeden z rodziców musi posiadać rządaną. Jest bez znaczenia który rodzic, ważne by dać mu item Everstone. Dzięki temu całe potomstwo będzie mieć naturę taką jak rodzic z eversotem (np. Greninja samiec posiada naturę Timid, a Samica Greninjy Naughty, jeśli damy samcowi everstone, potomstwo będzie Timid jak na grafice poniżej) https://i.imgur.com/cNA5Up3.png
Breeding IV's -By uzyskać jak najodpowiedniejsze zestawy IV's najczęściej trzeba breedować wielokrotnie, używając przy tym przedmiotu Destiny Knot, trzymanego przez jednego z rodziców, najczęściej tego który nie trzyma Everstone. Gwarantuje to, że 5 losowych IV's od obu rodziców jest dziedziczonych 6 jest losowany, dlatego dążymy do tego by rodzice mieli zawsze jak najwyższe IV's, chyba, że chcemy by konkretna statystyka była mniejsza, jak Speed, dla niektórych pokemonów pod trickroom, lub by określone IV były parzyste, do Hidden Power. Poniżej ilustracja poglądowa, zielone znaki to losowa statystyka:
https://i.imgur.com/So9vL8p.png
Hidden Power Breeding -są dwie metody uzyskania odpowiedniego Hidden Power, pierwsza to breedowanie bez Destiny Knot, na chybił trafił metodą prób i błędów, sprawdzić jakie Hidden Power możemy sprawdzić w Nursery, rozmawiając z Dziewczyną w lewym górnym rogu (jak na ilustracji poniżej)
http://oyster.ignimgs.com/mediawiki/apis.ign.com/pokemon-sun-pokemon-moon/thumb/c/c9/Walkthrough151.png/228px-Walkthrough151.png
Druga metoda jest uzależniona od tego czy posiadamy pokemony z IV 30 w odpowiedniej statystyce, która musi być parzysta (spis w słowniczku), wbreedowujemy ją do najlepiej za pomocą Power Items, a następnie dobreedowujemy resztę statystyk na 31, ta metoda jest dokładniejsza i szybsza jedynie pod warunkiem posiadania, odpowiedniego rodzica. Należy także pamiętać iż Hidden Power to atak Special, przez co jest mało użyteczny na pokemonach fizycznych
Hidden Ability Breeding -Hidden Ability można wbreedować na dwa sposoby, rozmnażając pokemony gdzie Samica posiada HA, ma ona wtedy 80% na przekazanie HA, pozostałe 20% potomstwa będzie miało, losowo 50/50 pozostałe ability, lub jeśli nie ma dwóch zwykłych to zawsze jedno inne ability niż HA. Drugi sposób to breedowanie z Ditto pokemona z HA, gdzie pokemony genderless, niebędące w grupie Undiscovered lub Ditto, mają 60%, szans na przekazanie HA, samce i samice z HA również 60% szans na przekazanie HA
Ball Breeding -od generacji VII ball jest dziedziczony nie tylko po samicy jak było w poprzednich generacjach, teraz genderless pokemony breedując z Ditto także przekazują swoje balle, a także jeśli breedujemy dwa poki jednego gatunku (np. dwa Loppuny samiec i samica, nie zadziała jednak już nawet jedna linia ewolucyjna, jak np. Lopunny i Buneary), każde ma 50% na przekazanie swojej kuli potomstwu.
Shiny Breeding -by zwiększyć prawdopodobieństwo wybreedowania, pokemona shiny można uczynić parę kroków, pierwszym jest zdobycie Shiny Charm (opis itemu w słowniczku), co zwiększa prawdopodobieństwo uzyskania shiny, następnym krokiem jest tzw. Masuda Method, czyli breedowanie poków z dwóch różnych krajów (gdzie jeśli pok nie jest z kraju o innym alfabecie jest traktowany jako z tego samego państwa pokemon, np. jeśli jeden jest z Niemiec, a drugi z Hiszpani, to traktowane są jak z jednego kraju) razem te wszystkie metody zwiększają prawdopodobieństwo z 1/4096 do 1/512. Tu jest też stosowana technika podminaki, póki podmieniamy pokemona, który nie występuje jednopłciowo (np Miltank, Chansey), lub nie jest genderless (np. Magnemite, Carbink), robimy to w następujący sposób:
Ponieważ niektóre pokemony mają bardzo długi czas wysadzania jaj możemy wykorzystać podminakę
1.Save'ujemy grę po czym wsadzamy pokemona jak np. Magikarp najlepiej z Hidden Ability Samica
2.Produkujemy 5-20 jaj pod żadnym pozorem niezapisując gry
3.Wysiadujemy jajka
4a. Jest shiny robimy soft-reset i wsadzamy pokemona, którego chcemy shiny, najlepiej tej samej płci co pokemon którego używaliśmy na początku (uwaga jeśli pokemon ma inne gender ratio potomek może mieć inną płeć niż wcześniejszy pokemon dlatego do breedu Shiny Sallazle, czy Shiny Vespiquen używać Togetica), plus odrazu widzimy czy potomek odziedziczył HA, dlatego jeśli tak się nie stało mozemy podmienić go na pokemona, który takowegoż nie potrzebuje
4b. Nie ma Shiny wypuszczamy potomstwo, powtarzamy punkt 1.

Trening

Trening EV -by zdobyć konkretne EV musimy pokonywać konkretne pokemony, które rozdają 1 punkt do jednej zdolności, lub po 1 punkcie z dwóch zdolności lub 2, a także rzadziej 3 punkty EV, możemy jednak ten efekt znacznie przyspieszyć. Używamy do tego odpowiednich Power Items, oraz choroby Pokèrus, a także S.O.S. Chainingu. Power Items zwiększa o 8 przyrost EV, Pokèrus podwaja wszelkie efekty, S.O.S. Chaining także podwaja efekt, czyli używając wszystkich metod na raz dostajemy 36 EV, dzięki czemu przy 7 pokemonach w chainie mamy maksymalnie wyśrubowaną statystykę, bez Pokèrus przy 14 pokemonach. Najlepsze miejsca do treningu to:
HP- SM- Slowpoke'i nieopodal chatki Prof. Kukui USUM- także pułapkowa Chansey w krzewach na Poni Wilds (to tego dobre iejsce do lvlowania)
Attack- wysoka trawa tuż na prawo od Nursery, najczęstrze pokemony które tam wyskakują to Lilpup oraz Mudsdale, które to oba rozdają EV z Attacku
Defence- Rongerolla w jaskini obok chatki Prof. Kukui
Sp.Attack- Petilil pułapkowy w krzewach na Poni Wilds
Sp.Defence- Tentacool pułapkowy w wodach niedaleko Hano Grand Resort
Speed- dla Moon oraz Ultra Moon Verdant Cavern pułapkowe Rattaty, dla Sun i Ultra Sun Verdant Cavern lub dowolna inna jaskinia z Zubatami
Levelowanie- tu zależnie od gry dla SM najlepiej jest powtarzać Elitarną 4, co najczęściej wystarcza by dolewelować pokemona, do 50lvl, najczęściej wykorzystywanego w walkach, jeśli musimy później użyć hyper treningu, czyli dobić do lvl'a 100, dobrze jest znaleźć sobie w Plazie budynek Rare Kitchen, dla USUM, sprawa jest dużo prostrza ze względu na obecność Chansey na której w szybkim czasie wylevelujemy pokemona, warto też dać lvlowanemu pokemonowi Lucky Egg(dostajesz jeden od Prof. Kukui, w USUM zaś są też trzymane czasem przez Blissey, wzywane w S.O.S. Chainie Chansey), co zwiększa o 1,5x przyrost exp'a, do tego zwiększyć za pomocą fasolek affection, co także zwiększa przyrost exp.

Pozyskiwanie Pokemonów oraz przydatnych Przedmiotów

Trading- trading mocno pomaga w zwiększeniu naszego wahlarza użytecznych pokemonów, jeśli mamy wystarczające pokłady cierpliwości, oraz szczęście, można zdobyć wiele ciekawych pokemonów, poprzez np. losowy Wonder Trade, choć polecam uważać z używaniem ich bezpośrednio, a raczej używania ich do breedu, gdyż wiele z nich może być tzw. Hackami, czyli pokemonami zrobionymi przez zewnętrzny program, których używanie, w niektórych przypadkach, może nawet przyspożyć bana. Ważny jest także GTS, gdzie znika losowość, tutaj też trzeba uważać na Hacki, lecz także i tu można, uzyskać wiele ciekawych stworków.
S.O.S. Chaining- S.O.S. Chainig jest ważną metodą pozyskiwania jak najbardziej przydatnych pokemonów, do dalszego breedu. Można dzięki niemu uzyskać pokemony z Hidden Ability, oraz z całkiem przyzwoite IV. Jest także większa szansa na Shiny, lecz będzie miał raczej małą przydatność bitewną. By go wywołać trzeba zniżyć odpowiednio HP pokemona, najlepiej atakiem False Swipe, by zwiekszyć zaś częstotliwość przyzywanych pokemonów warto użyć itemku Adrenaline Orb, oraz pokemonów z ability Pressure, Unnerve, lub Intimidate. Zależnie od długości chaina mamy różne effekty, które opiszę poniżej:
Wskazówki
Trzeba uważać, żeby nie przerwać chaina. Wymieniać co jakiś czas pokemona, który woła o pomoc, gdyż jeśli skończą mu się PP, zacznie używać Struggle, co go zabije, czyli przerwie chain, można temu zapobiec, przekazując wołającemu pokemonowi ability Harvest oraz Leppa Berry. By skutecznie robić Chainy, trzeba zestawu różnych pokemonów, które zwiększą szanse powodzenia oraz szczegółowo zostaną opisane w następnym podrozdziale warto go przeczytać gdyż niektóre efekty którymi będziemy mogli się wspomagać niwelują się na wzajem, np. Unnerve sprawia, ze pokemony nie mogą jeść jagód, więc strategia z Leppa Berry jest wtedy niefektywna.
Użyteczne pokemony (Utilitymony)
1.Smeargle (False Swiper)
Ability:Technician
Natura: Adamant (preferowana)
Moveset:
-Skill Swap
-False Swipe
-Icicle Spear
-Foresight
Szczegóły: Wbijamy na 100 lvl naszego "Malarza", by miał wystarczająco dużo Bulku oraz siły ofensywnej, najlepiej też wbić mu ev w HP i Attack, dzięki Foresight nasz pok może dosięgnąć False Swipem także duchy, False Swipe oczywiście zostawia 1HP, przeciwnikowi, Icicle Spear eliminuje pokemony niepożadane w chainie, skill swap, pozwala, na sprawdzenie czy pokemon posiada Hidden Ability
2.Aegislash (False Swiper)
Ablity:Stance Change
Natura:Adamant/Jolly
Moveset:
-Shadow Claw
-False Swipe
-Aerial Ace
-Kings Shield
Szczegóły: Wbijamy na 100 lvl "Mieczyk", False Swipe oczywiście zostawia 1HP, dzięki temu, że Aegislash jest duchem nie działają na niego kłopotliwe normal ataki, jak take down, explosion, czy Self-Destruct, Aerial Ace zawsze trafia, przez co nawet pokemony obniżające twoje accuracy nie stanowią problemu, Shadow Claw, daje stab, jest skuteczny przeciw niektórym pokom, można go jenak zmienić z innym atakiem, jak Secred Sword, czy innym fizycznym, Kings Shield, pozwala za to wytrzymać dłużej przy niektórych wysoko lvlowych przeciwnikach
3.Abra Hunter Smeargle
Ability: Technician/Own Tempo
Natura: Jolly
Moveset:
-Mean Look
-False Swipe
-Spikes/Stealth Rock
-Shadow Claw
Szczegóły: Jako, że set jest tylko do złapania, uciążliwej do chainowania Abry, która nie występuje na wysokim lvlu nie trzeba wbijać aż na 100 lvl. Mean Look sparwia, że Abra nam nie ucieknie, przy chainie należy też rzucić Spikes, dzieki temu odkryjemy, która Abra HA, gdyż ta nie odniesie obrażeń od Spikes na wejściu, Stealth Rock działa identycznie, shadow claw jest do dobijania niepotrzebnych.
4.Stantler(USUM only Intimidater)
Ability:Intimidate
Nature:Jolly/Timid
Moveset:
-Skill Swap
-Thunder Wave
-Thief
-Hypnosis
Szczegóły: Intimidate to najlepsze Ability zwiększające call rate, jednak pokemon posiadający False Swipe go nie posiada, dlatego przekazujemy przeciwnikowi Skill Swapem Intimidate, po czym zmieniamy pokemona, na False Swipera, ze Skill Swap, jak nasz Smeargle, By mieć pokemona z Intimidate oraz False Swipe naraz. Reszta ataków, by móc uśpić lub zparaliżować pokemona, którego już chcemy złapać w chainie, by nie wołał pomocy zbyt często
5.Sneasel/Weavile(False Swiper)
Ability:Pressure
Nature:Jolly/Adamant
Moveset:
-False Swipe
-Thief
-Poison Jab
-Taunt/Ice Punch
Szczegóły: Wbijamy naszego poka na 100 lvl, jest dobry do polowania na Itemki w specjalnym teamie do łowienia itemków, Fase Swipe zbija do 1HP, Thief kradnie itemek, odrazu strącając poka, alternatywny ruch strącający to poison Jab, lub ice punch, taunt za to sprawia, ze pokemony nie będą używały irytujących statusów, jak leczenie, czy zmniejszanie accuracy.
6.Item Hunting Buterfree 5x
Ability:Compound eyes
Nature:Dowolna Neutralna Natura
Moveset:
-Thief
-Air Slash/Aerial Ace
-U-Turn
-Roost/Quiver Dance
Szczegóły: Robimy 5 sztuk takich samych lub podobnych, thief do kradzieży przedmiotów dzikim pokemonom oczywiście, Air Slash/Aerial Ace do strącania niepotrzebnych poków U-turn, do wygodnego podmieniania na następnego Butterfree, który jeszcze nie trzyma itemka, Roost/Quiver Dance dla wsparcia. Compound Eyes to ability, które w walce z dzikimi pokami zwiększa, szansę na to że trzymają itemka, dlatego false swipujemy naszym sneaselem/weavilem, pierwszego pokemona, podmieniamy na Butterfree i strącamy każdego pokemona Thiefem, aż nie trafimy na przedmiot (jak thief nie daje rady, to doprawiamy, Air Slash/Aerial Ace), jak uzyskamy przedmiot zmieniamy na następnego Butterfree, aż nie uzyskamy 5 przedmiotów, następnie wrzucamy sneasela i robimy to samo chyba, że przedmiot ma bardzo niski spawn, wtedy kończymy na 5
7.Item Pickuping Alolan Meowth 5x
Ability:Pickup
Natura: Adamant
Moveset:
-Payday
-Fake out
-Thief
-U-turn
Szczegóły: Wbijamy go na 100lvl tak by pod żadny pozorem nie ewoluuował. Payday, sprawia, że za każde użycie tego ruchu zarabiasz Pokedolary, Thief do ewentualnej kradzieży przedmiotów, jednak, to jego ability jest najważniejsze, poprostu sprawia, że jak zajmują nasze wolne miejsca w party chodząc w świecie, one zbierają rużne ciekawe przedmioty, a im wyższy lvl tym większe prawdopodobieństwo tych najprzydatniejszych jak Leftovers, Destiny Knot, Moon/Sun Stone'y, Heart Scale, Prism Scale, itd.
8.Harvesting Alolan Exeggutor
Ability:Harvest
Natura:Dowolna
-Skill Swap
-Bestow
-Block
-Thief
Szczegóły: Wbijamy naszego poka na 100 lvl, pamiętając by przed ewolucją, koniecznie najpierw zdobyć Bestow, Ten pok Będzie zawsze trzymał Leppa Berry. Jeśli chcemy łatwy infinite chain skill swapem, dajemy dzikiemu pokowi ability Harvest, a bestow Leppa Berry, więc jemu gdy skończą się PP, to ta mu je odnowi o 10, zaś Harvest, sprawi, że będzie co chwilę, znajdował nowe Leppa Berries.
9.Ditto Hunting Smeargle
Ability:Dowolne
Natura:Dowolna
Moveset:
-Recyle
Szczegóły: robimy "malarza" wbijając go na przynajmiej 40lvl jedyny ruch jaki może poznać to recycle, jeśli pozna nowy kasujemy go u move deletera w Pokemon Center w Hau'oli City (Starszy Pan po prawej), chodzi o to by pierwszy Ditto się w niego zmienił, następnie zmieniamy go na np. naszego Exeggutora i Bestow przekazujemy mu Leppa berry, on już nigdy nie zemdleje, będzie tylko wołał nowe Ditto
10.Synchronizing Umbreon
Ability:Synchronize
Nature: Każda Natura nie obniżająca Defence lub Special Defence
Moveset:
Dowolny
Szczegóły: Ability Synchronize sprawia, że pokemon, który pojawi się następny w chainie będzie miał 50% szans na taką samą Naturę jak ma nasz umbreon, stąd lepiej zrobić kilka z różnymi nauturami. Bardzo przydatny pokemon przy łapaniu legend, lub też odbieraniu pokemonów, dawanych w grze jak Type:Null czy w USUM Poipole, wtedy ma 100% szans na przekazanie natury, nie działą tylko względem pokemonów z Mystery Gift, te jednak można latwo Soft resetować
**New!**11.Lapras chaining Mr Mime
Ability: Soundproof
Nature: Dowolną, preferowana polepszająca sp.def
Moveset:
Skill Swap
Focus Blast/Thunderbolt
Role Play
Trick
Szczegóły: wbijamy mima na 77 lvl pracochłonne, szczególnie, że służy do chainu jednego pokemona(Lapras), oraz jako pomoc przy łapaniu jednego innego dosyć rzadkiego (Politoed). Skill swapem dajemy Soundproof Laprasowi py przypadkiem nie popełnił samobójstwa perish songiem, focus blaster lub Thunderboltem przebijamy się przez przywołane zbędne w chainie, zaś role playem bierzemy laprasa z Soundproof by nasz nim także nie padł od perish songa, jeśli nie chcemy ciągle swapować, choć bez tego raczej się nie odbędzie i tak, bo trzeba pamiętać iż tu nie użyjemy strategii z harvestem, dlatego trzeba będzie regularnie zmieniać przywoływane poki, zalecam do chainingu HA, gdyż shiny SOS może być tą metodą zbyt frustrujący. Trickiem możemy przedłużyć jednokrotnie bytność pierwszego laprasa na polu dając mu leppa Berry trzymaną przez mima, jeśli użyjemy 2 mimów i jednego false swipera to Jeszcze trochę przedłuży to bytność w polu laprasa i przez to zwiększy szansę na udany chain, by osz zędzić sobie czasu warto w ić mimy tylko do 50-60 lvla, a potem dać do lvlowania w poke pelago, by w późniejszym czasie zająć się chainem, który jest jednym z najtrudniejszych i najbardziej frustrujących w grze. Note: trzeba pamiętać by zaopatrzyć się w dużą ilość revive gdyż Lapras używa ataku Sheer Cold, który jednym strzałem nas knock-outuje(OHKO) wprawdzie ma słabą celność, ale podczas chaina napewno parę razy nas nim trafi
**New!** 13.Weather buster Kecleon by Rova Pears
Ability: Color Change
Nature: Dowolna najlepiej obniżająca sp.attack
Moveset:
Szczegóły: lvlujemy naszego jaszczura na około 50 poziom, skill swap dajemy pokowi na którym lvlujemy ability Color change, następnie zależnie czy będziemy chcieli lvlować poka z Ability dające odrazu hail (Snow Warning) lub od razu sand stream ( sandstorm), uderzamy odpowiednio ice beam lub acient power, by zmienić mu typ

Następne Utilitymony będą dodawane w przyszłości.
Dziękuję za przeczytanie poradnika, w razie pytań polecam pisać, postaram się odpowiedzieć na nie ja lub być może inni użytkownicy :)
submitted by Waren78657 to PokeRagnarok [link] [comments]


2019.01.15 22:27 Gazetawarszawska Czy to Izrael dokonał zamachu na Adamowicza?

Okupacja żydowska w Polsce15 January 2019
+++
Laudetur Iesus Christus
Nie ma na to żadnego dowodu, ale poszlaki, korzyści wskazują na to, że tak właśnie jest. I czy to może konferencja Irańska: – „Globalna konferencja na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie, w szczególności w Iranie”
– stała się doraźną przyczyną zamachu na Adamowicza, to jako elementu dyscyplinującego „polskie władze” – Dudę i Morawieckiego?
+
Zanim przejdziemy dalej, kilka słów o samym Adamowiczu i bezpośrednim zdarzeniu zamachu. Adamowicz, który tak bezczelnie rugował wszystko co polskie, posmakował w końcu własnej medycyny. Orkiestra (WOŚP) – tj. jako organizacja charytatywna – to system żydowsko-masoński, polegający na zmiękczaniu psychiki okradanych społeczeństw i samooszukiwaniu się samych złodziei.
Złodziej kradnie miliony, ale aby uspokoić sumienie, to organizuje akcje charytatywne i podrzuca okradanym jakieś tam grosze. Owsiak to przedłużenie zup kuronia, a zupy kuronia, to prosty zabieg socjotechniki wymyślony dla polskich przemian przez Tavistock Institute (Rothschild) już w 1980 roku. Założenia tej „zupy kuronia” przywiózł do Polski z Londynu intelektualista, mason Jan Józef Lipski.
+
Jeżeli już tak się stało, jak się stało, to dobrze, że trafiło to na Adamowicza, oto (hasła):
- WOŚP to impreza złodziei dla idiotów. - Gospodarka wolnorynkowa. - Prywatne firmy ochroniarskie zamiast policji państwowej. - No i gwiazdor Adamowicz, który zabiega o popularność u gawiedzi.
W normalnym państwie i społeczeństwie imprezy charytatywne jako pomoc już stała, a nie powypadkowa typu kataklizmu: trzęsienia ziemi lub wojny, przyzwyczajają społeczeństwo do widoku milionów zgłodniałych, bezdomnych ludzi w ich własnym bogatym kraju. Kraju pełnym dóbr nadprodukcji rolnej, czy cegły do budowy domów. Gdzie ci głodni i bezdomni nie są takimi skutkiem naturalnej biedy czy niedostatku fizycznego, ale wynikiem manipulacji socjalno-ekonomicznej, prowadzącej do faktycznego ludobójstwa. I te wszystkie zbiorowe wigilie dla bezdomnych, którzy z roku na rok są coraz liczniejsi, czy te „orkiestry” wywołują u ludzi normalnych jedynie gniew i oburzenie, a dla durniów są powodem do satysfakcji.
Adamowicz został zadźgany na scenie wystawionej dla takich właśnie durniów, którzy — raz na rok — wysilają się na ten jednorazowy odruch człowieczeństwa. A potem niech no będzie gospodarka wolnorynkowa. Gospodarka wolnorynkowa i prywatna policja to właśnie coś, co jako medycyna własna, bezpośrednio dotknęło Adamowicza i zakończyło się jego śmiercią, a która nie musiała się wydarzyć. Bo normalna policja państwowa, sprawna i dobrze wyszkolona, widoczna publicznie, łatwo wprowadza porządek i spokój, a każde niestandardowe zachowanie potencjalnego napastnika jest jej łatwo zauważalne, co daje czas na skuteczną reakcję ochrony. Tu w tym bajzlu na scenie, w tym rapie poniżającym nasz stopień świadomości i reakcji do poziomu naćpańców, Adamowicz został śmiertelnie ugodzony nożem. A nie jest takie oczywiste to, czy ten zamachowiec Stefan zadał te wszystkie ciosy lub jakikolwiek w ogóle. To nie jest takie pewne, że to on jest sprawcą!
Syn Boga, czyli planowanie zabójstwa spontanicznego ...(Zamach Warszawski) aby zrozumieć tę metodykę planowania zabójstwa, należy czytać od końca, czyli chronologicznie) www.nieszuflada.pl Syn Boga należy przeczytać także (klasyk) http://gazetawarszawska.com/antykosciol/283-manfred-adler-wolnomularstwo-a-watykan ...
Dodatkowo policja państwowa ma zintegrowany system informacji oraz prewencji i taki nożownik łatwo byłby wychwycony, znacznie wcześniej niż na scenie, z nożem w ręku. Oczywiście w państwie normalnym – bez Adamowiczów – tacy napastnicy siedzą w więzieniach lub psychiatrykach, a nie chodzą po ulicach. Dobrze się zatem stało, że w tym nawisie zbrodni i przestępstw, które rozpościerają się nad Nasz Ojczyzną Polską, nasz napastnik trafił w Adamowicza, a nie jakiegoś bezdomnego emeryta, który śpi na ulicy, gdyż jego mieszkanie Adamowicz szykuje dla uchodźców, bo Adamowicz ma dobre serce i jest nowoczesny. To tyle o tym proroku nowych czasów, który jakoś kojarzy się z drugim podobnym mu harcownikiem żydostwa Lechem Kaczyńskim, który również posmakował własnej medycyny.
I tu dochodzimy do pytania: Dlaczego? Lub kto za tym stoi?
No bo taki luksusowy chuligan, który lubi dolce vita, nigdy nie wskoczy na scenę, aby kogoś zabić i potem siedzieć 20 lat, gdzie zupa więzienna nie jest zbyt wyrafinowana smakowo, a i więzienie to nie Majorka. Napastnik 27-letni Stefan Wilmont, który przedstawił się jako Stefan Miłosz, to mieszkaniec Gdańska i jako tak się prezentujący musiał być – w chwili zamachu – pod wpływem narkotyków. Bo zwykły bandyta, rabuś bankowy tak się nie zachowuje. A cała złożona kwestia podejścia do ofiary i zdolności do rozpoznawania czynu jest tu u Wilmonta podobna do zamachu na Rosiaka zastrzelonego przez Cybę. Tam Cyba był pod wpływem narkotyków i żaden śledczy nie przesłuchał go aż do ośmiu godzin po zatrzymaniu, a to z tego względu, aby odruchowo nie stwierdzić stanu upojenia narkotycznego. Przypuszczalnie podobnie będzie z Wilmontem. Co więcej, podobnie będzie z logistyką podejścia do ofiary. U Rosiaka kamery wideo, które kontrolowały otwieranie furtki, zostały wyłączne na dzień zamachu i Rosiak wpuszczał wszystkich bez kontroli w monitorze. Tu podobnie, przeciętny gangster, który wyszedł z więzienia kilka dni temu, potrafi tak posłużyć się plakietką „media”, że skutecznie przechodzi przez kontrolę ochroniarzy. Tak u Rosiaka, jak i Adamowicza, zamachowiec idzie prostą ścieżką z dobrą znajomością luk w ochronie. Czyli jest niewątpliwe, że za zamachami stały służby, a nie żądza zemsty jakiegoś psychola.
Za pomocą mordu na Rosiaku trzeba było odwrócić uwagę od porwania i zamordowania Dr. Wróbla, który miał być państwowym ekspertem ds. „katastrofy smoleńskiej”, a który rozgłaszał powszechnie hipotezę samolotu bliźniaka TU-154M, który został podrzucony w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. Eugeniusza Wróbla porwały i zamordowały służby, a winę zwalono na syna, który miał być rzekomo chory psychicznie. Sprawa ta jakoś źle wyszła i syn Wróbla pojawił się żywy - jeden dzień po zabójstwie - w środku miasta, co wykluczyło dalsze manipulacje nim – np. zamordowanie go. Skutkiem tego Wróbel junior został zamknięty w domu wariatów – a mord na Rosiaku odwrócił od niego uwagę.
Co jednak kryje w sobie zamach na Adamowicza? Z całą pewnością nie jest to zamach z pobudek osobistych lub politycznych. Adamowicz to zwykły figurant, o dobrym wyeksponowanym nazwisku, w znanym, dużym mieście i zamach taki jest przedsięwzięciem propagandowym, mającym dać echo w świecie, no i nastraszyć polskich pachołków np. Tuska, świadków Aber Gold etc, ale to są sprawy drobne. Taki głośny zamach ma wywołać szok społeczny, coś ukryć, lub coś wyeksponować, a to najlepiej wyrazić fałszywie.
W Polsce takim zamachem był zamach warszawski zwany katastrofą smoleńską, zamach na samolot CASA, niedoszły zamach na samolot PLL LOT – kapitana Wrony — lot LO016 /Boeing B-767-300. W sąsiedzkim kraju – w Szwecji – dokonano podobnych zamachów, ale o mniejszej ilości strat ludzkich. W roku 1986 zastrzelono premiera Olofa Palme, a 11 września 2003 roku zamordowano minister spraw zagranicznych Anna Lindh.
Czy może będzie nowa hanuka, nuklearna hanuka nad Europą?(Judaism & Islam)... twarz, zemsta musi nadejść! I nie byłby to pierwszy odwet czy kara za szwedzkie nieposłuszeństwo lub bunt. Żydzi zamordowali tam czołowych szwedzkich polityków: Bernadotte – szwedzki delegat ...
Oboje – Lindh i Palme – mieli żydowskie korzenie i oboje byli antysemitami. Palme nienawidził Izraela i wśród europejskich socjaldemokratów prowadził antyizraelski front, Lindh zaś podobnie bezpośrednio krytykowała Izrael za ludobójstw na Palestyńczykach. Palme został zastrzelony na ulicy – przez nieznanego sprawcę – przypuszczalnie przez swojego syna, na co są poważne poszlaki. Lindh została zraniona w jamę brzuszną w domu towarowym NK, a jako tylko lekko ranna została później zarżnięta na sali operacyjnej przez zmieniających się chirurgów i nie jest wiadome, kto podciął jej aortę, która ostatecznie doprowadziła do wykrwawienia. Do tej pory był to temat tabu w Szwecji, ale rok temu państwowa telewizja szwedzka zezwoliła na upowszechnienie części tajnych materiałów o lekarskim mordzie na minister Lindh. Anna Lindh 2003, Olof Palme 1986, a wcześniej Folke Bernadotte – zamordowany w Jerozolimie w 1948 (Liga Sterna) to szwedzkie ofiary żydowskich zamachowców.
Podobnie jak w Polsce: CASA w Mirosławcu 2008,…. w Smoleńsku 2010… Warszawie w dniu 1 XI 2011. Wszystkie te trzy zamachy zostały dokonane przez żydów, a ciężar logistyczny spoczywał głównie na agentach Izraela w Warszawie sterowanych z zagranicy – przypuszczalnie z Izraela.
Żydzi rozpoczęli zamach na Polskę. ...(Okupacja żydowska w Polsce)... głównym beneficjentem tej niewypowiedzianej wojny jest ew. będzie ośrodek obcy - żydzi. Tak to wygląda. Nominalne władze nie robią niczego, aby się temu przeciwstawić. Ale nie tylko chodzi o tę ...
Zamach na CASA był chyba nie do końca udany, jego celem było przetrzebienie kadry dowódczej polskich sił zbrojnych, aby dać takie wakaty żydom, z podobnych powodów zamordowano majora Wojciecha Rułka. Katastrofa smoleńska była podobnym zamachem, ale już o większym wymiarze międzynarodowym – celem było zwabienie międzynarodowych żałobników do Warszawy, na pogrzeb Lecha Kaczyńskiego i wysadzenie ich wszystkich w powietrze. Zupełnym zaś niewypałem była próba mordu rytualnego – składanie ofiary z gojów – w samolocie LO016 /Boeing B-767-300 – lądującym w Warszawie w dniu 1 XI 2011 roku. Bardzo zdolny pilot kap. Wrona lądowaniem na brzuchu uratował wszystkich na pokładzie i rabini czekający w poczekalni na katastrofę odeszli niepyszni.
+
W tych zamachach, oprócz wymiaru wyniszczania fizycznego polskich ofiar, widać wyraźny wymiar żydowskiej duchowości. Żyd rytualnie morduje Polaków, osłabia Polskę przez dobijanie resztek jej elit i pozostają tylko lemingi (osły do noszenia żydów). Yaweh na to patrzy i cieszy się, błogosławi żydom. To jednak nie wszystko. Istotnym, a może najważniejszym elementem tego zbrodniczego rytuału, jest wola samych ofiar dających zapraszające przyzwolenie na mord. Wyraża się to filosemityzmem, auto upodleniem, donosicielstwem na innych, czy samych siebie. Centrum tej zbrodniczej sakralności jest chanuka. W żadnym kraju europejskim żadne władze nie obchodzą żadnej chanuki, a nawet te, które są ściśle terroryzowane przez żydów, bo ci Francuzi czy Szwedzi mają zarówno obrzydzenie do tego zbrodniczego procederu, wiążącego się nierozerwalnie z innymi rytuałami, jak na przykład rytuał uboju czy zjadanie uszu Hamana lub wcześniej wieszanie go📷
– co jest u dzieci żydów zabawą lalkami.
📷
Uszy Hamana - Purim
Narody dobrze rozpoznają tę zbrodniczość, a zwłaszcza właśnie prowokacyjny, ludożerczy charakter tych świąt.
Chanuką celebrują żydzi ducha ludobójstwa i nietolerancji wobec gojów. I jeżeli ta chanuka jest dozwolona w Polsce, jest wpuszczana do Sejmu i Senatu, do siedziby Prezydenta RP, to też oznacza to przyzwolenie na te zbrodnie i zaproszenie do nich – dla żydów ma to bardzo ważny charakter symboliczno-metafizyczny.
Goj, który pali chanukę, nawet nie wie, że prosi żyda, aby ten go unicestwił. 2200 lat temu gojami byli Grecy, a w Polsce obecnej takim gojami skazanymi rytualnie na śmierć są Polacy. Polacy proszą żyda o to, aby ten ich unicestwił, jak unicestwiono wtedy Greków, bo goj w Polsce jest tak samo nieczysty, jak Grek w Jerozolimie. Goj prosi żyda o zabicie i żyd spełnia to, o co sam goj prosi, co prowokuje. Dzięki temu, gdyby nawet jakiś Yaweh dopatrzył się u żyda jakiegoś uchybienia prawu, to żyd jest zawsze niewinny, bo wtedy żyd powie: „on sam tak chciał”. Dosłownie! Bo nawet o zbrodni ukrzyżowania Pan Jezusa Chrystusa żydzi mówią: „to nie my, on sam się powiesił na krzyżu…”. Czyli są żydzi i tam, i tu całkowicie niewinni.
Cóż jednak oprócz tej kabały żydowskiej mistyki i obłędu jest motywem głównym lub doraźnym zamachu na Adamowicza i czy ten zamach można powiązać z żydami w ogóle? Oto, że nie ma żadnych dowodów na jakiekolwiek powiązania zamachowca z żydami, ani doraźnej roli Adamowicza – oprócz jego chanukowego zapraszania żydów do zabicia go – bo i on palił chanuki, więc zaprosił do siebie, na swoją głowę demona - a to na podobieństwo zaproszenia demona śmierci przez Lecha Kaczyńskiego, który go zabił.📷
Czy innych Adamowiczowi, Kaczyńskiemu podobnych w Sejmie i Senacie – a ostatnią z nich jest Beata Mazurek, a pierwszym był Marek Jurek. I nad nimi wszystkimi unosi się demon śmierci, który uderzy aby ich zabić – i to tak okrutnie, jak Adamowicza czy Kaczyńskiego. Ich wszystkich, bo nie było tam nikogo sprawiedliwego, który by powiedział: „idź precz szatanie"!
+
Są jednak fakty, krajobraz cały, w który to ten zamach na Adamowicza dobrze się wpisuje - w jako większą spójną całość.
Zauważmy, że kilka dni temu Andrzej Duda, jak i Mateusz Morawiecki dowiedzieli się z telewizji, że Polska jest organizatorem konferencji ws. Iranu. O takiej konferencji obaj poliniarze dowiedzieli się 10 stycznia – z mediów, w komentarzach na konferencji Michael'a R. Pompeo. O konferencji tej dowiedzieli się jako ostatni, bo żydzi z gminy warszawskiej wiedzieli to już dwa tygodnie wcześniej. Zaskoczenie i Dudy, i Morawieckiego było bardzo trudnym do ukrycia, a to szczególnie z tego powodu, że informacja ta wywoła gniew i oburzenie wśród Polaków. Społecznie od razu zauważono, że konferencja będzie czymś bardzo niedobrym dla Polski i zaszkodzi stosunkom z Iranem, który jest Polsce i Polakom bardzo przyjazny. Polacy pamiętają, że Iran dał polskim uciekinierom z ZSRR schronienie, a więc Polacy mają wobec Iranu dług wdzięczności. Dla Polaków stało się dość jasne to, że konferencja nie tylko może doprowadzić do wojny na Bliskim Wschodzie, a nawet może wywołać III wojnę światową, która niewątpliwie zaszkodzi Polsce jeszcze bardziej niż ta ostania. W takim to tle dumne pokrzykiwanie rzecznika Dudy i Morawieckiego o rzekomym znaku wzrastającego prestiżu Polski w świecie wypadło nadzwyczaj słabo. Tak Duda, jak Morawiecki polubili swoje tytuły władców i chętnie by rządzili polinem do końca świata. Jednak tajne badania i prognozy popularności przynoszą tym obu bardzo złe wiadomości. Polacy nienawidzą Dudy i Morawieckiego, i tylko czekają na wybory, aby zagłosować na każdego innego, byle tylko nie na tych dwóch. Oni to wiedzą i z tego powodu entuzjazm dla Konferencji ws Iranu jest słabo wyreżyserowany, bo to dodatkowo podważy ich wizerunek wśród wyborców.
Konferencja Irańska może doprowadzić do trzeciej wojny światowej, a niewątpliwe jej oddźwięk będzie arcynegatywny społecznie, tak w Europie, jak i w Polsce. Europejczycy, a nie tylko Niemcy, Francuzi czy Rosjanie coraz częściej postrzegają Polskę jako żydowskiego konia trojańskiego w sercu Europy i te negatywne wypowiedzi pod adresem Polski ze strony różnych komisarzy EU mają często zabarwienie antysemickie. To dosłownie, bo Polska jest postrzegana jako jakieś obrzydliwe żydostwo w sercu Europy i ataki na Polskę są przeprowadzane z pobudek antysemickich. Bo antysemityzm to uczucie wstrętu wobec wstrętnych, a my już od dawana jesteśmy tacy wstrętni w oczach innych narodów – tak nisko upadliśmy w naszym filosemityzmie!
W tej atmosferze zaskoczenia i naszej widocznej niechęci do konferencji mamy w Polsce inny autentyczny, wrogi nam czynnik władzy, a który jest pełen entuzjazmu i wymagań wobec Polski jako organizatora „konferencji”. Tym czynnikiem narzucającym nam konferencję antyirańską są żydzi polskojęzyczni, anglosascy i izraelscy. Ich oczekiwania wobec nas są oczekiwaniami gubernatora bantustanu, który z batem w ręku, nienawistnie patrzy na swoich upodlonych czarnuchów. Żydzi niecierpliwie patrzą Polakom na ręce i z coraz większym rozpasaniem, coraz natarczywiej oczekują od nas posłuszeństwa we wszystkim tym, co tylko żydowi strzeli do głowy. Swoistym miernikiem goizacji polinu jest ilość internetowych selfie z Jojne Daniels`em, to najlepiej świadczy o masowym upodleniu polskich elit i zakresie żydowskich oczekiwań w tym bantustanie.
Pierwszym gorliwcem i promotorem żydowskiego terroru w Polsce jest obecnie właśnie Jojne Daniels. Jojne, chyba mocno na wyrost, zaliczany jest do rangi sierżanta armii Izraela. Co by nie mówić o poziomie moralnym i intelektualnym, bojowym tego wojska stopień sierżanta nadany Danielsowi jest mocno naciągany. Sierżant w Izraelskiej armii to funkcja wysoka i odpowiedzialna i taki prymityw jak Daniels raczej do tej rangi nie dorasta.
W polin wszakże — Daniels to jednak coś innego. Zauważmy, że jest to najważniejszy funkcjonariusz polsko-izraelsko-żydowski-kościelny w jednym. Jojne to superbezpieczniak. To on miał rzekomo zorganizować posiedzenie Knessetu na Wawelu, podczas którego Benjamin Netanyahu planował zbombardowanie Iranu. Zamysłem posiedzenia Knesetu na Wawelu było powoławanie rządu Izraela na terytorium Polski — o ile pobyt w Palestynie byłby niebezpieczny dla żydowskich władców Izraela. W czym nie ma żadnych przeszkód prawnych, bo Izrael nie ma konstytucji i jego granice nie są zdefiniowane, zaś polskie warunki prawne są bez znaczenia.
Jojne w ramach swojej aktywności „historycznej” zorganizował polskich kulturystów, najpierw użył ich do dźwigania macew znalezionych gdzieś na bagnach czy jeziorach, później wysłał tych goryli do Izraela, aby tam pomagali policji izraelskiej w zwalczaniu terroryzmu palestyńskiego. Następnie Jojne ujawnił się jako konsultant ds. bezpieczeństwa w PLL LOT. Bezustannie blogując i wskazując palcem na polskie zbrodnie antysemityzmu, Daniels wozi Morawieckiego do USA i tam występuje w roli jego mentora, a to wobec różnych rabinów, a to wobec banków Morgana. Dalej, Daniels doprowadza do namaszczenia idiotki Beaty Szydło błogosławieństwem rabina, ale po to, aby kilka tygodni później dać jej kopniaka w tyłek i namaścić Morawieckiego na premiera.
W międzyczasie Daniels bloguje, bloguje, .....bloguje bez końca. Chodzi wielokrotnie do prokuratury w Warszawie i przymusza prokuratorów do działań prawnych przeciwko antysemitom. I w tej atmosferze palenia świeczek chanukowych, przydzielania funduszy na cmentarze, na muzea żydowskie w każdym mieście, każdej wsi, gorliwego wylizywania żydowskich szczyn przez Dudę nadchodzi konferencja Irańska.
+
O ile nie jest nikomu wiadome, kto na tę konferencję przybędzie, i jak ona się zakończy w sensie międzynarodowym, to na płaszczyźnie czysto polskiej konferencja irańska jest dla żydów wielką szansą na Polskę – na Judeopolonię. Ta żydowska szansa polska – polin polega na tym, że konferencja ta jest wielkim wyzywaniem logistycznym. To znacznie większym, niż konferencja NATO, czy wizyta prezydenta Trumpa, bo konferencja irańska w Warszawie będzie stanowić o przyszłości Izraela, a to jest dużo ważniejsze niż NATO lub USA. I w takiej sytuacji Polska musi oddać żydom wszystko do ich żydowskiej dyspozycji i to w sposób absolutnie wyłączny. Żydzi chcą znacznie więcej niż już teraz mają w polin, którzy już dawno przejęli MSW, policję i wojsko. I teraz jedynie muszą doprowadzić do zaaranżowania tej konferencji na najwyższym poziomie politycznym i bezpieczeństwa.
I ta powściągliwość Dudy czy Morawieckiego musiała wyprowadzić żydów z równowagi. A już ten społeczny hejt antyżydowski w tej sprawie dopełnił reszty. Bo jak inaczej, w takim razie, żydzi mogli zareagować w polin?!
Georgette Mosbacher kiwa palcem – jest, Anna Azari kiwa palcem – jest, Jonny Daniels kiwa palcem — jest, Muzeum polin kiwa palcem — jest. A tu nagle nie ma! – „Globalna konferencja na temat sytuacji na Bliskim Wschodzie, w szczególności w Iranie” nie wypaliła w polin tak, jak chciał Daniels. A Daniels`owi sprzeciwiać się nie wolno, bo popadanie w amok i wtedy biada! Duda to wie. Daniels to psychopata o prymitywnym zachowaniu i emocjach osobnika na poziomie umysłowym ucznia czwartej klasy szkoły podstawowej. Wpuszczonym na salony polskiej państwowości wypił atrament z kałamarza, a potem wyszczał się do szuflady w biurku. W tym pochodzie sukcesów polegających na jakimkolwiek braku polskiego pohamowania w preferencji wszystkiego, co żydowskie, konferencja irańska nie wyszła - to widać wyraźnie. To jest dla żydów wielki szok. Oni muszą coś z tym zrobić. I takim środkiem na poprawę własnej sytuacji jest terror, krew musi się polać a ziemia zapłonąć.
Kaczyński, Duda, Morawiecki - ŻYDOWSKI ZAMACH STANU W POLSCE! Będzie tak źle jak jeszcze nie było. Podkreślamy: to, co się stało, to zamach stanu! Żydzi nieodwołanie i masowo już, umocnili się na funkcjach rządowych w Polsce – to faktyczny polin. Oni władzy nie oddadzą, a jak trzeba to do ochrony tego porządku, który nastąpi, wezwą posiłki służb Izraela. Oni nie cofną się przed niczym. Odwrotu – demokratycznego odzyskania władzy przez Polaków nie będzie, a jeśli już, jeżeli jest jakaś szansa na ratowanie Polski, to tylko wyłącznie za pomocą przemocy zbrojnej Narodu przeciwko temu otwartemu już okupantowi żydowskiemu jakim jest ten rząd żyda Morawieckiego, kompletującego władzę żydostwa Dudy i żydostwa sądownictwa.
Takim terrorem może być niewątpliwie zamach i zabójstwo Adamowicza i jego dalsze konsekwencje w postaci praw wyjątkowych w Polsce - to wyraźnie widać od samego początku. Już w dniu ogłoszenia śmierci Adamowicza wszyscy bębnią o konieczności zwalczania mowy nienawiści i podporządkowaniu się warunkom specjalnym. A motywy zabójstwa nie są jeszcze znane. Domniemany sprawca zbrodni jest bardzo podobny do Oswalda i w ciągu paru dni może zostać zabity w areszcie. Jego „wina” jest oczywista, ale bez dowodów, poza jedynie paradowaniem z nożem i prezentowaniem się z imienia i nazwiska.
A już teraz media urabiają społeczeństwo na potrzebę zmian - drastycznych zmian, to na miarę wprowadzenia zarządzeń okupacyjnych w Polsce. Lada chwila okaże się, że policja działa źle, prokuratura działa źle, prawo antyterrorystyczne nie funkcjonuje i wszyscy w Polsce chodzący po ulicy są zagrożeniem, są potencjalnymi terrorystami. Te instytucje dostaną "pomoc" personalno-administracyjną ze strony sojuszników amerykańskich i przyjaciół z Izraela.
I do takiego kraju i społeczeństwa nie może przecież przyjechać żaden władca czy polityk (żyd), aby obradować o terrorystach irańskich i zagrożeniu dla Izraela, a także o zagrożeniu terrorystycznym dla samej konferencji. Trzeba zmian, zmian na lepsze!
Może się okazać, że sama konferencja już jest zagrożona - jako taka - i terroryści islamscy, Chiny czy Rosja mogą przedrzeć się do Warszawy i zaatakować. Tak jak Adamowicza. I tu Daniels może wystąpić z żądaniami specjalnych praw w Polsce i dlatego trzeba podjąć bezzwłoczne kroki celem poprawy bezpieczeństwa w polin. W tym celu może być nie tylko przyjęte nowe prawo antyterrorystyczne, ale będzie otwarte zastosowanie Ustawy 1066. Izraelscy spadochroniarze już ćwiczyli przejmowanie polskich lotnisk i ostrzeliwanie wroga, który tych lotnisk bronił. Czyli, za aprobatą wodza Dudy, żydzi ćwiczyli zabijanie polskich żołnierzy.
Już wszystko jest przygotowane i ta obecna histeria rozwinięta na bazie tego bezsensownego, satanicznego mordu na Adamowiczu może być dobrze umocowana w dalszych planach żydostwa wobec Polski.
Najbliższa przyszłość pokaże...

+
Kończąc, podkreślmy:
Adamowicz został zaatakowany jako osoba prywatna, a nie publiczna, w tamtej chwili nie był na służbie. Znajdował się tam na scenie w celach czysto wizerunkowych, zebranych traktował instrumentalnie — to jego wyborcy. Nie był obiektem zamachu, bo zamach na niego najlepiej odbyłby się w miejscu postronnym, na ulicy, w bramie czy na parkingu. Wtedy zamachowiec mógł łatwo uciec i pozostać nierozpoznany, ale nie byłoby takiego widowiska. Celem zamachu nie był malwersant gospodarczy i oszust podatkowy, cierpiący na amnezję Adamowicz – to absolutnie pewne.
Celem zamachu był show, którego skutki mają uderzyć w Polskę.
Celem jest Polska!
I Polacy, zamiast płakać na tym gospodarczym oszustem, powinni skupić się na Polsce.
Wielkie uderzenie nadchodzi, wszystko jednak zależy od nas, to nawet w dniu dzisiejszym, kiedy jesteśmy tak słabi, że aż śmieszni.
Walczących pod Jego Chorągwiami Chrystus nie pozostawia bez pomocy.
In Christo
Krzysztof Cierpisz
14 I 2019
+++
Hasło "Adamowicz":
Polin: Dzień pogrzebu Pawła Adamowicza będzie ogłoszony dniem żałoby narodowej ...(Judaism & Islam)Nie ma takiego szamba groteski do którego nie wlazłby Duda. Red. Gazeta Warszawska + Dzień pogrzebu Prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza zostanie ogłoszony dniem żałoby narodowej – ...Created on 14 January 20193.
Adamowicz dźgnięty nożem - czy to koniec potulności polskich baranów? ...(+Pugna+)Miara przebiera się. Ile ofiar ma na sumieniu Adamowicz? - Zero współczucia dla Adamowicza. - Zero potępienia dla zamachowca. A Jojne Daniels tak zapewniał, że w polin jest bezpiecznie. ....................... ...Created on 13 January 20194.
ALEKSANDER JABŁONOWSKI APELUJE O OPÓR NARODOWY PO ATAKU ADAMOWICZA NA ŻOŁNIERZY NA WESTERPLATTE ...(Video)
Created on 14 August 20185.
Gdańsk: Nie żyje Wojciech Dąbrowski, który prowadził strajk głodowy przed Urzędem Miejskim(+Pugna+)... - To był człowiek starszy, którego Adamowicz upokorzył. Nie rozmawiano z panem Wojciech i innymi głodującymi, obrażano ich. Ten człowiek przez ten cały wysiłek i chorobę zmarł - komentuje w rozmowie ...Created on 14 January 20196.
Światowy Kongres Żydów: Morderstwo prezydenta Gdańska to napaść na wartości tolerancji(Judaism & Islam)Światowy Kongres Żydów (WJC) potępił w poniedziałek morderstwo prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Szef organizacji Ronald S. Lauder podkreślił, że polityk sprzeciwiał się skrajnie prawicowemu ekstremizmowi, ...Created on 14 January 20197.
Peter Raina: "Żydowski spisek i atak na Kościół"(Okupacja żydowska w Polsce)... ni. Jeśli ten pomnik zostanie usunięty, to będzie wielki błąd historyczny. Bardzo mnie przeraża postawa prezydenta miasta Pawła Adamowicza. Pamiętam jeszcze, jak kręcił się wokół ks. Jankowskiego i pr ...Created on 18 December 20188.
Areszt dla mężczyzny, który wybił okno w synagodze w Gdańsku(Okupacja żydowska w Polsce)... zorganizowane z inicjatywy prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Uczestniczyli w nim m.in. naczelny rabin Polski Michael Schudrich, przewodniczący Związku Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP Lesław Piszewski ...Created on 22 September 20189.
Jaka radość z powodu zamachu na synagogę!(Okupacja żydowska w Polsce)... ej świątyni w środę nieznany sprawca zbił kamieniem szybę w oknie. Prezydent miasta Paweł Adamowicz ocenił, że był to "akt barbarzyński". Spotkanie potępiające atak na synagogę zostało zorganizowane z inicja ...Created on 21 September 201810.
Westerplatte: Ciotę Błaszczaka wykopać na zbitą mordę!(+Pugna+)... oraz Kancelarii Prezydenta kierownik Referatu Komunikacji Społecznej Z wyrazami szacunku Paweł Adamowicz ...Created on 10 August 201811.
Testowanie granic: A idźcie wy wszyscy w p...!(+Pugna+)... ców. Za to oskarżenie o reklamę totalitaryzmu (napis PZPR) działa ośmieszająco. No to doszło do tego, do czego doszło. Pan Minister skarży się na niezaproszenie wojska na Westerplatte, a pan Adamowicz pok ...Created on 10 August 201812.
Prezydent Gdańska nie zaprosi wojska na Westerplatte. Błaszczak: to decyzja skandaliczna(Politics )... wyniszczających Polskę! Błaszczak to zero, to zero zupełne nawet w osobie zwykłego mężczyzny. Bo zamiast skarżyć się i apelować do tego parcha Adamowicza powinien pojechać do Gdańska i tam z rurą w ręku ...Created on 09 August 201813.
"Module równego traktowania" promocja zboczeń w Gdańsku.(+Pugna+)Przesyłam Państwu to co znajdzie się w tzw. "Module równego traktowania". Rada Miasta Gdańska będzie głosować nad nim na czerwcowej sesji. Treść przygotowanego na zlecenie Adamowicza programu jest tak przrażajać ...Created on 28 May 201814.
Jarosław Kaczyński i Mossad w Polsce. ...(Okupacja żydowska w Polsce)+++ Laudetur Iesus Christus Jarosław Kaczyński i Mossad w Polsce. Ostatnie wydarzenia w Sejmie oraz te na ulicach to żadne zaskoczenie, ale mniej lub więcej oczekiwany skutek destrukcyjnej osobowości ...
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.12.05 20:22 Gazetawarszawska NIE-BOSKA KOMEDIA


NIE-BOSKA KOMEDIA
– STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE –
ZYGMUNT KRASIŃSKI
NIE-BOSKA KOMEDIA: Oświęcim 27 stycznia 2014
Szałas – lamp kilka – księga rozwarta na stole – Przechrzty. https://www.gazetawarszawska.com/index.php/historia/2588-nie-boska-komedia

PRZECHRZTA Bracia moi podli, bracia moi mściwi, bracia kochani, ssajmy karty Talmudu jako pierś mleczną, pierś żywotną, z której siła i miód płynie dla nas, dla nich gorycz i trucizna.
CHÓR PRZECHRZTÓW Jehowa pan nasz, a nikt inny. – On nas porozrzucał wszędzie, On nami, gdyby splotami niezmiernej gadziny, oplótł świat czcicielów Krzyża, panów naszych, dumnych, głupich, niepiśmiennych . – Po trzykroć pluńmy na zgubę im – po trzykroć przeklęstwo im.
PRZECHRZTA Cieszmy się, bracia moi. – Krzyż, wróg nasz, podcięty, Zbutwiały, stoi dziś nad kałużą krwi, a jak raz się powali, nie powstanie więcej. – Dotąd pany go bronią.
CHÓR Dopełnia się praca wieków, praca nasza markotna, bolesna; zawzięta. – Śmierć panom – po trzykroć pluńmy na zgubę im – po trzykroć przeklęstwo im!
PRZECHRZTA Na wolności bez ładu, na rzezi bez końca, na zatargach i złościach, na ich głupstwie i dumie osadzim potęgę Izraela- tylko tych panów kilku – tych kilku jeszcze zepchnąć w dół- trupy ich przysypać rozwalinami Krzyża. –
CHÓR Krzyż znamię święte nasze – woda chrztu połączyła nas z ludźmi – uwierzyli pogardzający miłości pogardzonych. – Wolność ludzi prawo nasze – dobro ludu cel nasz – uwierzyli synowie chrześcijan w synów Kaifasza . – Przed wiekami wroga umęczyli ojcowie nasi – my go na nowo dziś umęczym i nie zmartwychwstanie więcej. –
PRZECHRZTA Chwil kilka jeszcze, jadu żmii kropel kilka jeszcze – a świat nasz, nasz, o bracia moi! –
CHÓR Jehowa Pan Izraela, a nikt inny. – Po trzykroć pluńmy na zgubę ludom – po trzykroć przeklęstwo im! –
Słychać stukanie.
PRZECHRZTA Do roboty waszej – a ty, święta księgo, precz stąd, by wzrok przeklętego nie zbrudził kart twoich. – Talmud chowa. Kto tam?
GŁOS ZZA DRZWI Swój! – W imieniu Wolności, otwieraj! –
PRZECHRZTA Bracia do młotów i powrozów! Otwiera.
LEONARD wchodząc Dobrze, obywatele, że czuwacie i ostrzycie puginały na jutro. Do jednego z nich przystępuje. A ty co robisz w tym kącie?
JEDEN Z PRZECHRZTÓW Stryczki, obywatelu.
LEONARD Masz rozum, bracie – kto od żelaza nie padnie w boju, ten na gałęzi skona. –
PRZECHRZTA Miły obywatelu Leonardzie, czy sprawa pewna na jutro? –
LEONARD Ten, który myśli i czuje najpotężniej z nas wszystkich, wzywa cię na rozmowę przeze mnie. – On ci sam na to pytanie odpowie.
PRZECHRZTA Idę – a wy nie ustawajcie w pracy – Jankielu, pilnuj ich dobrze. Wychodzi z Leonardem.
CHÓR PRZECHRZTÓW Powrozy i sztylety, kije i pałasze, rąk naszych dzieło, wyjdziecie na zatratę ím – oni panów zabiją po błoniach – rozwieszą po ogrodach i borach – a my ich potem zabijem, powiesim. – Pogardzeni wstaną w gniewie swoim, w chwałę Jehowy się ustroją; słowo Jego zbawienie, miłość Jego dla nas zniszczeniem dla wszystkich. – Pluńmy po trzykroć na zgubę im, po trzykroć przeklęstwo im! –
+++
Namiot – porozrzucane butelki, kielichy.
PANKRACY
…………………………………. …………………..

NIE BOSKA KOMEDIA

– STRESZCZENIE SZCZEGÓŁOWE –

ZYGMUNT KRASIŃSKI

Motto:
  1. Bezimienny „Do błędów, nagromadzonych przez przodków, dodali to, czego nie znali ich przodkowie – wahanie się i bojaźń; i stało się zatem, że zniknęli z powierzchni ziemi i wielkie milczenie jest po nich”
  2. Hamlet (szekspirowski bohater) „To be or not to be that is the question” (tł. “Być albo nie być, oto jest pytanie”)
Dedykacja: „Poświęcone Marii”
(Zapewne chodzi o Joannę Bobrową, nazywaną przez Krasińskiego Marią, którą poznał w Rzymie w 1834 roku).
Część pierwsza:
a) część epicka – rozbudowana apostrofa do Poety lub Poezji:
Poeta zwraca się bezpośrednio do Poezji, ironizując na jej temat i mówiąc z niemałym przekąsem o wszystkich jej „dobrodziejstwach”. Do Poezji należy bowiem wszystko na świecie, każde zjawisko może stać się również Jej udziałem, jeżeli tylko Ta obierze je sobie za swój punkt zainteresowania. Przemawia do Niej: „Chwale twojej niby nic nie zrówna”. Jednocześnie zwraca uwagę na pewien znaczny dysonans pomiędzy tym, o czym każdy artysta pisze w danej chwili (a więc mogą to być myśli zupełnie ulotne, w konkretnym momencie nawet mało znaczące) a tym, co czuje i myśli przez cały czas, wewnątrz siebie. Poeta zarzuca Poezji, że niesie piękno, lecz sama ową pięknością nie jest; głosi o istnieniu światła, a sama jego nigdy nie widziała. Porównuje Ją do niewiasty, która na zawsze naznaczona jest swoją ziemskością, lecz chwilami przybiera postać anioła – jest to jednak postać fałszywa, bo aniołem tak naprawdę nigdy nie będzie. Na końcu poeta wyraża pochwałę stanu, w którym Poezja autentycznie napełnia serce człowieka i prowadzi go ku dobremu, mieszka w nim jak Bóg (nikt Go nie widział ani nie słyszał, lecz ci, którzy wierzą w Jego istnienie, oddają Mu cześć i hołd). Potępia natomiast fakt, iż wielu twórców pisze tylko po to, by dostarczać sobie i innym ludziom przyjemności z tego tytułu, a nie podejmuje się wszczepienia w swą poezję żadnej szlachetnej idei prowadzącej do „podniesienia życia”.
b) część dramatyczna – akcja właściwa, dialogi:
Nad światem przelatuje Anioł Stróż, który błogosławi wszystkim tym, którym pozostało jeszcze serce, bo tylko tacy zostaną zbawieni (wg J. Kleinera Krasiński „umyślnie może w początkowej wypowiedzi dramatu nacisk położył na wyraz ‘serce’, bo ‘Nie-Boska komedia’ będzie poematem o braku serca”). Nad pewnym domem wypowiada rozkazanie, jakoby obok mężczyzny w nim mieszkającego miała pojawić się „dobra i skromna” żona oraz dziecko.
Pojawia się Chór Złych Duchów, którzy nakazuje widmom nawiedzić ten sam dom – przewodniczyć ma im cień nałożnicy ubranej w kwiaty i przypominającą dziewicę – natchnienie każdego poety oraz starego orła zdjętego z palu – pod postacią sławy. Złe Duchy mają zamiar zesłać na poetę wszystkie najgorsze pokusy.
Wewnątrz kościoła odbywa się ślub, a ponad nim „kołysze się” Anioł Stróż, który przepowiada, iż w przypadku, gdy Mąż dochowa przysięgi małżeńskiej, wówczas zostanie zbawiony, on sam po ceremonii zaślub mówi do żony: „przeklęstwo mojej głowie, jeśli ją kiedy kochać przestanę” (wg Kleinera romantycy motyw ciążącej nad człowiekiem klątwy czerpali z idei fatum w starożytności). Potem akcja przenosi do komnaty pełnej osób, w której to odbywa się przyjęcie – małżonkowie zapewniają siebie nawzajem o wielkim uczuciu.
W nocy Zły Duch pod postacią dziewicy (której to „czarty każą świętą udawać”) przechadza się po ogrodzie, po cmentarzu i zachodzi do sypialni nowożeńców, przenika przez umysł śpiącego Męża i pojawia się w jego śnie. Ten, zbudzony, spogląda na swą żonę i szybko przekonuje się, że popełnił błąd, biorąc z nią ślub; że jest tylko dobra, zaś „tamta” była wszystkim, co kochał i o czym marzył. Kiedy spostrzega, że to nie był tylko sen i ową niewiastę widzi również na jawie, wyrzuca sobie, że wyrzekł się „kochanki lat młodych”, „duszy swej duszy” (Poezji), a pojął za żonę inną kobietę, której nie miłuje wcale. Żona jego budzi się i pyta, co się wydarzyło, na co mężczyzna odpowiada jej, iż musi zaczerpnąć świeżego powietrza, ale sam, bez niej.
Mąż przechadza się po ogrodzie i cieszy się tym, że znów ma przy sobie swoją lubą. Prosi, by ta zabrała go ze sobą, gdziekolwiek przebywa. Dziewica pyta mu się, czy na pewno pójdzie za nią wszędzie i o każdej porze. Otrzymuje potwierdzenie. Po chwili słychać nawoływanie Żony, aby jej ślubny powrócił do domu, albowiem na dworze jest zimno.
Mija jakiś czas. Małżonkowie rozmawiają. Żona wyrzuca Mężowi, że od miesiąca się do niej nie odzywa; mówi, iż poszła do spowiedzi, lecz nie była sobie w stanie przypomnieć żadnych rażących grzechów, na co Mąż odpowiada jej dwuznacznie: „Czuję, że powinienem cię kochać”. Ona nie rozumie tych słów, woli, żeby powiedział jej, że nie kocha jej wcale i ją zostawił, aniżeli okazywał obojętność. Prosi jedynie o miłość dla ich dziecka, aby jej ją obiecał. Mąż obiecuje miłość i dziecku, i jej samej. W tym czasie pojawia się znów duch Dziewicy, która wzywa Męża. Żona od razu wyczuwa od niej „siarkę i zaduch grobowy”, ale Mąż nie dość, że tego nie słucha, to na dodatek odchodzi za swoją kochanką. Postanawia opuścić swój dom i rodzinę całą. Żona woła za nim: „Henryku! Henryku!”, po czym upada na ziemię z dzieckiem, mdlejąc.
Odbywa się chrzest dziecka. Goście zastanawiają się, gdzie jest jego ojciec. Żona podchodzi do małego Orcia i błogosławi mu, aby stał się poetą, gdyż tylko dzięki temu ojciec go w przyszłości nie porzuci i nie wyrzeknie się go; wówczas również wybaczy jej samej to, że ona sama nie była i nie będzie nigdy przesiąknięta poezją.
Mąż podąża za Głosem Dziewicy, mija „góry i przepaście ponad morzem”. Po drugiej stronie przepaści stoi owa Dziewica, która nakazuje mu uwiązać się jej dłoni i wzlecieć. W tym też momencie czar pryska i przed Mężem pojawia się obskurna postać nałożnicy – taka, jaką ją widziała Żona (kwiaty odpadły na ziemię i zaczęły czołgać się jak żmije; wiatr zdarł piękną suknię; „deszcz kapie z włosów”, „kości nagie wyzierają z łona”, „błyskawica źrenice wyżarła”). Chór Duchów Złych pozwala wrócić niewieście do piekła po tym, jak uwiodła „serce wielkie i dumne”. Wtedy dopiero Mąż zwraca się do Boga; pyta się Go, czy zostanie potępiony za swą naiwność i srogie czyny, jakich się dopuścił. Złe Duchy urządzają sobie igraszkę z jego losu, wobec czego Mąż chce się rzucić w przepaść. Pojawia się jednak Anioł Stróż, który nakazuje mu wracać do domu i więcej nie grzeszyć.
Kiedy Mąż wraca do domu, nie zastaje swej żony Marii. Od służącego dowiaduje się, iż trafiła ona do domu wariatów. Postanawia ją w nim odwiedzić. Tam dowiaduje się od Żony Doktora, że stan chorej jest bardzo poważny. Podczas rozmowy z Marią Henryk przekonuje się, że postradała ona wszystkie zmysły, albowiem ta wmawia mu, iż wielokrotnie prosiła Boga o to, by zamienił ją w poetkę, aż w końcu wysłuchał jej próśb, więc odtąd Mąż nie musi nią pogardzać. Ponadto mówi, że i Orcio zostanie poetą, ponieważ przy chrzcie dodała przekleństwo nad jego imieniem, że jeśli nim nie będzie, to odda go na stracenie. Odzywają się głosy szaleńców: spod posadzki, z lewej strony, z prawej ściany, z sufitu, które wyrażają własne wizje końca świata (w stylu Apokalipsy św. Jana – np. „słońce trzecią część blasku straciło – gwiazdy zaczynają się po drogach swoich – niestety”). Taką wizję roztacza również Żona: nadejdzie czas, kiedy wszyscy zaczną jednakowo konać, a Chrystus już wówczas nie pomoże, gdyż krzyż swój rzuci w otchłań; jedyną nadzieją dla ludu jest modląca się Matka Boża. Na końcu Żona umiera z wyczerpania.
Część druga:
a) część epicka – apostrofa do Orcia, dziecka Marii i Henryka:
Poeta zadaje pytania retoryczne młodemu dziecięciu, które swoim zachowaniem nie przypomina swych rówieśników – nie bawi się, tylko wciąż pozostaje smutne, marzące i bujające w obłokach: „wzrastasz i piękniejesz – nie ową świeżością dzieciństwa mleczną i poziomkową, ale pięknością dziwnych, niepojętych myśli, które chyba z innego świata płyną ku tobie”.
b) dramat właściwy:
Mąż wraz z Orciem modlą się przy grobie Marii (wątek autobiograficzny: Krasiński również chadzał ze swym ojcem na grób matki). Orcio wypowiada słowa modlitwy „Zdrowaś Mario” – lecz nie w ten sposób, jaki nakazuje wyuczona formułka – chłopiec sam wymyśla do niej słowa. Mąż gani go za to. Orcio odpowiada, że w śnie często widuje matkę, która przepowiada mu, że zbiera dla niego „myśli i natchnienie”, żeby upodobnił się do ojca. Mąż pyta się Marii, dlaczego nęka ich syna z zaświatów. Mówi, że od dziesięciu lat (a więc tyle czasu minęło od śmierci Marii) nie może zaznać chwili spokoju.
Mąż spaceruje z Filozofem. Rozmawiają na temat wyzwolenia kobiet i Murzynów, o tym, że właśnie nadchodzi czas owego wyzwolenia. Filozof jest przedstawicielem stronnictwa ludzi wierzących w postęp i „odrodzenie ludzkości”, lecz tylko na drodze rewolucji okupionej krwią. Mąż pyta się, czy jego towarzysz widzi drzewo spróchniałe na drodze – świadczy to o jego niewierze w żadne dobro, Mąż nie wierzy już bowiem w nic, wszystko zdaje się mu bezużyteczne i bezsensowne. Nawet jego własne życie.
Mąż znajduje się w wąwozie pomiędzy górami, jest sam. Wygłasza monolog, w którym przyznaje się przed sobą, że nie ma w nim już żadnej wiary, miłości, a jedynie strach o obłąkanie i nieuchronną całkowitą ślepotę Orcia. Otaczają go: Głos Anioła Stróża oraz Mefisto, pojawia się również Orzeł i żmija.
W pokoju znajduje się Mąż, Lekarz oraz 14-letni już Orcio. Lekarz zapowiada, że dziecko ma postępującą ślepotę, aż w końcu jego oczy przestaną już widzieć całkowicie (wątek autobiograficzny: Krasiński także miał z nimi problemy). Mąż pyta wielokrotnie Lekarza, czy nie da się nic zrobić w tej sprawie, że odda pół swego majątku, byle uzdrowić chłopaka. Medyk odpowiada, iż jest to zaćma i nie da się jej uleczyć. Mąż pyta więc Orcia, czy ten jeszcze cokolwiek widzi. 14-latek mówi, że teraz widzi już oczami duszy i słyszy głosy – to mu wystarcza. Tymczasem Głos Skądsiś mówi do Męża: „Twój syn poetą – czegóż żądasz więcej?”.
Którejś nocy Mąż przybiega do Lekarza i z przerażeniem informuje go, że od kilku dni Orcio budzi się o północy i mówi przez sen. Tej nocy chłopak rozmawia ze swoją matką oraz rzecze: „jam się urodził synem światła i pieśni”. Orcio budzi się i w ogóle nie jest w stanie sobie przypomnieć, co się z nim przed chwilą działo, ale że tak, jak jest, to jest dobrze, po czym zasypia na nowo.
Po tym wydarzeniu Mąż wygłasza mowę, skierowaną do pogrążonego już w głębokim śnie syna: „Niech moje błogosławieństwo spoczywa na tobie – nic ci więcej dać nie mogę, ni szczęściá, ni światła, ni sławy – a dobija godzina, w której będę musiał walczyć, działać z kilkoma ludźmi przeciwko wielu ludziom. Gdzie się ty podziejesz, sam jeden i wśród stu przepaści, ślepy, bezsilny, dziecię i poeto zarazem, biedny śpiewaku bez słuchaczy, żyjący duszą za obrębami ziemi, a ciałem przykuty do ziemi – o ty nieszczęśliwy, najnieszczęśliwszy z aniołów, o ty mój synu!”.
Część trzecia:
a) część epicka – apostrofa do Męża:
„Ktokolwiek jesteś, powiedz mi, w co wierzysz – łatwiej byś życia się pozbył, niż wiarę jaką wynalazł, wzbudził wiarę w sobie. Wstydźcie się, wstydźcie wszyscy mali i wielcy – a mimo was mimo żeście mierni i nędzni, bez serca i mózgu, świat dąży ku swoim celom, rwie za sobą, pędzi przed się, bawi się z wami, przerzuca, odrzuca – walcem świat się toczy, pary znikają i powstają, wnet zapadają, bo ślisko – bo krwi dużo – krew wszędzie – krwi dużo, powiadam wam”.
Poeta pyta anonimowego odbiorcę, czy widzi tłumy zalegające pod bramami miasta, które zbierają się w grupki, rozmawiają o czymś tajemniczym, rozbijają namioty, żyją jak jedna wielka wspólnota: „Kubek lata z rąk do rąk – a gdzie ust się dotknie, tam głos się wydobędzie, groźba, przysięga lub przeklęstwo – On lata, zawraca, krąży, tańcuje, zawsze pełny, brzęcząc, błyszcząc, wśród tysiąców. – Niechaj żyje kielich pijaństwa i pociechy!”.
Poeta pyta tego samego odbiorcę (a może wielu? – „czy widzicie…?”) o to, czy dostrzega, jak ludzie ci z wielką niecierpliwością czegoś wyczekują, pragną wzniecić jakiś hałas, zamieszki, szepczą coś sobie wzajemnie, „wszyscy nędzni, ze znojem na czole, z rozczuchranymi włosy, w łachmanach, z spiekłymi twarzami, z dłoniami pomarszczonymi od trudu – ci trzymają kosy, owi potrząsają młotami, heblami – patrz – ten wysoki trzyma topór spuszczony – a tamten stemplem żelaznym nad głową powija; dalej w bok pod wierzbą chłopię małe wisznię do ust kładzie, a długie szydło w prawej ręce ściska”. Wszyscy są głodni i biedni, noszą obdarte ubrania i na czole mają wyrytą chęć zemsty.
Nagle między tłumem tym zapanowuje jakiś „szum wielki”, pyta więc poeta o to, czy „to radość czy rozpacz?”, zadaje pytania retoryczne o to, jakie intencje drzemią w tychże ludziach. Spośród nich wychodzi bowiem jeden, staje na krześle i przemawia do wszystkich zebranych wokół niego: „Głos jego przeciągły, ostry, wyraźny – każde słowo rozeznasz, zrozumiesz- ruchy jego powolne, łatwe, wtórują słowom, jak muzyka pieśni – czoło wysokie, przestronne, włosa jednego na czaszce nie masz, wszystkie wypadły, strącone myślami – skóra przyschła do czaszki, do liców, żółtawo się wcina pomiędzy koście i muszkuły – a od skroni broda czarna wieńcem twarz opasuje – nigdy krwi, nigdy zmiennej barwy na licach – oczy niewzruszone, wlepione w słuchaczy – chwili jednej zwątpienia, pomieszania nie dojrzeć; a kiedy ramię wzniesie, wyciągnie. wytęży ponad nimi, schylają głowy, zda się, że wnet uklękną przed tym błogosławieństwem wielkiego rozumu – nie serca – precz z sercem, z przesądami, a niech żyje słowo pociechy i mordu!”.
Wódz ten przyrzeka zebranym, że zapewni im „chleb i zarobek”. Owym władcą tych dusz jest Pankracy. Ludzie krzyczą wokoło: „chleba nam, chleba, chleba!”, „Śmierć panom, śmierć kupcom – chleba; chleba!”, a także: „Niech żyje Pankracy!”.
b) część dramatyczna – akcja właściwa, dialogi:
Przechrzta siedzi w swoim szałasie (mianem tym pogardliwie zostają określeni Żydzi, którzy dopatrując się rozmaitych korzyści osobistych, zmienili swoją wiarę na chrześcijańską). Na jego stole leży księga. Mówi: „Bracia moi podli, bracia moi mściwi, bracia kochani, ssajmy karty Talmudu jako pierś mleczną, pierś żywotną, z której siła i miód płynie dla nas, dla nich gorycz i trucizna”. Chór Przechrztów odpowiada mu, iż jedynym ich Panem jest Jehowa, że nie ma dla nich innego Boga. Przechrzta zapewnia, że wspólnie pomścić i zniszczyć muszą krzyż, który patronuje chrześcijańskim panom arystokratom. Chór przepowiada im rychłą śmierć – za wszystkie dawne upokorzenia i konflikty, „po trzykroć przekleństwo im!”. Ich miny sugerują bardzo złowrogie nastawienie, są jakoby samoistną zapowiedzią przyszłego rozwoju najgorszych wypadków.
Przechrzta zapewnia, że w miejscu tym, gdzie obecnie panuje ogromne bezprawie, gdzie panowie bez skrupułów wykorzystują swych podwładnych, gdzie szerzy się „rzeź bez końca”, „wolność bez ładu”, dochodzi do zatargów oraz złości – że właśnie tutaj zostanie osadzona nowa potęga Izraela, nowe państwo narodu wybranego. Aby tego dokonać, należy bowiem wpierw „tylko tych panów kilku – tych kilku jeszcze zepchnąć w dół- trupy ich przysypać rozwalinami Krzyża”. Nakazuje po trzykroć splunąć na ziemię Chórowi, aby móc dokonać aktu zemsty, by ta w pełni się wykonała. Nakazuje więc chwilowo schować świętą księgę, ażeby nie była ona niemym świadkiem wypowiadania tych jakże znaczących słów.
Do szałasu wchodzi Leonard – jeden z przywódców rozszalałego, gotowego na wszystko tłumu. Wzywa Przechrztę, aby udał się wraz z nim, bo „ten, który myśli i czuje najpotężniej z nas wszystkich” wezwał go na rozmowę (tj. Pankracy). Chór przemawia słowa zemsty: „Powrozy i sztylety, kije i pałasze, rąk naszych dzieło, wyjdziecie na zatratę ím – oni panów zabiją po błoniach – rozwieszą po ogrodach i borach – a my ich potem zabijem, powiesim. – Pogardzeni wstaną w gniewie swoim, w chwałę Jehowy się ustroją; słowo Jego zbawienie, miłość Jego dla nas zniszczeniem dla wszystkich. – Pluńmy po trzykroć na zgubę im, po trzykroć przeklęstwo im!”.
Pankracy pyta Przechrztę, czy ten zna przypadkiem hrabiego Henryka, ponieważ chciałby, aby się do niego udał i przyprowadził przed jego oblicze na ważną rozmowę, która ma się odbyć pojutrze w nocy, zupełnie potajemnie. Przechrzta pyta, ilu dostanie w tym celu ludzi do pomocy, na co otrzymuje natychmiastową odpowiedź, iż udać ma się tylko i wyłącznie sam, gdyż jego strażą ma być imię Pankracego, zaś jego plecami „szubienica, na której powiesiliście Barona zawczoraj”. A jeśli Henryk go zamknie w więzieniu albo zabije, wówczas Przechrzta zostanie męczennikiem za Wolność Ludu.
Leonard dziwi się Pankracemu, że ten chce rozmawiać z wrogiem, podczas gdy wokoło szaleje dziki tłum, który domaga się natychmiastowej zemsty, przelewu krwi i nastania zupełnie nowych rządów – rządów należących do prostych ludzi, nie zaś do arystokracji, jak też było do tej pory. Wychodzi również na jaw, iż panowie ukrywają się w okopach Świętej Trójcy i oczekują na przybycie rewolucjonistów „jak noża gilotyny”. Przez Pankracego przemawia pycha, albowiem jest pewien zwycięstwa swoich zwolenników, arystokratom zwiastuje zatem rychłą klęskę: „Wszystko jedno – oni stracili siły ciała w rozkoszach, siły rozumu w próżniactwie – jutro czy pojutrze legnąć muszą”. Leonard pyta więc, co jest powodem wstrzymania się od ostatecznego ataku, na co Pankracy odpowiada krótko, że jego własna, niczym nie przymuszona wola, od której przecież nie powinno być żadnego odwołania. Leonard zarzuca mu zdradę, przestaje wierzyć w jego szczere intencje, ażeby doprowadzić lud do zwycięstwa, później jednak opamiętuje się, lecz mówi: „Uniosłem się, przyznaję – ale nie boję się kary. – Jeśli śmierć moja za przykład służyć może, sprawie naszej hartu i powagi dodać, rozkaż”. Widząc ten gorliwość, główny przywódca nie chce mu zrobić krzywdy, albowiem dostrzega w swym rozmówcy rzeczywistego bojownika o wolność i sprawiedliwość, pragnie więc pozostawić go zupełnie nietkniętym. Godzą się i zaczynają rozmowę na temat wszelkich przygotowań do ostatecznej walki: „Czy posłałeś do magazynu po dwa tysiące ładunków?”, „A składka szewców oddana do kasy naszej?”. Po chwili temat ten schodzi na hrabiego Henryka, o którego ponownie dopytuje się Pankracy. Leonard odpowiada, iż nie obchodzi go los panów, zatem również i los Henryka, który należy do warstwy obecnie rządzących. Pankracy przyznaje, że interesuje go ta postać, ponieważ – tak jak i on sam – jest wodzem, tyle że obozu wrogów. Z tego tytułu pragnie się z nim spotkać osobiście, spojrzeć w oczy i próbować namówić na przejście na ich stronę, zrzeczenie się swoich przekonań, swego szlachectwa. Pankracy dostrzega w Henryku nie tylko „zabitego arystokratę”, ale również poetę. Leonard przy odejściu pyta raz jeszcze, czy jego pochopne podejrzenie zostaje mu wybaczone, na co wódz rzecze mu: „Zaśnij spokojnie – gdybym ci nie przebaczył, już byś zasnął na wieki”. Zastrzega sobie jednak, że ma się on wybrać wraz z nim na potajemne spotkanie z Henrykiem. Oboje rozstają się.
Pankracy zostaje sam. Myśli o równorzędnym sobie wodzu. Czuje, że to nie jest zwyczajny wróg, którego mógłby po prostu pokonać. Zanim to uczyni, chciałby go wpierw przekonać do swoich racji i w miarę, gdyby przystał na takie rozwiązanie, darowałby mu dawne winy. Z tego też względu wygłasza monolog: „Dlaczegóż mnie, wodzowi tysiąców, ten jeden człowiek na zawadzie stoi? – Siły jego małe w porównaniu z moimi- kilkaset chłopów, ślepo wierzących jego słowu, przywiązanych miłością swojskich zwierząt… To nędza, to zero. – Czemuż tak pragnę go widzieć. omamić? – Czyż duch mój napotkał równego sobie i na chwilę się zatrzymał? – Ostatnia to zapora dla mnie na tych równinach – trza ją obalić, a potem… Myśli moja, czyż nie zdołasz łudzić siebie jako drugich łudzisz – wstydź się, przecię ty znasz swój cel; ty jesteś myślą – panią ludu – w tobie zeszła się wola i potęga wszystkich – i co zbrodnią dla innych, to chwałą dla ciebie. – Ludziom podłym, nieznanym nadałaś imiona – ludziom bez czucia wiarę nadałaś – świat na podobieństwo swoje – świat nowy utworzyłaś naokoło siebie – a sama błąkasz się i nie wiesz, czym jesteś. – Nie, nie, nie – ty jesteś wielką!”. Po tych słowach siada na krześle i rozpoczyna dalsze rozmyślania.
Następuje zmiana miejsca akcji. Mąż przebrany w czarny płaszcz idzie w towarzystwie Przechrzty. Przemierza bór, w którym znajduje się kilka szałasów, namiotów, jest tam także łąka, szubienica, ludzie rozpalają ogniska i skupiają się wokół nich. Mąż, idąc, obserwuje wszystko to, co się w tym miejscu dzieje. Henryk nakazuje Przechrzcie, żeby nie dawał po sobie poznać, że prowadzi wroga, obcego człowieka – ma z nim rozmawiać jak z dawnym znajomym, a przy okazji odpowiadać na wszystkie zadane przez niego pytania, ponieważ w przeciwnym razie zabije go, gdyż w gruncie rzeczy nie dba o jego życie wcale. Pierwszą rzeczą, która zwraca jego szczególną uwagę, jest tajemniczy taniec. Przechrzta odpowiada, iż jest to „taniec wolnych ludzi”. Taniec ten wygląda w ten sposób, iż kobiety i mężczyźni szaleją wokół szubienicy, śpiewają przy tym złe, szatańskie pieśni: „Chleba, zarobku, drzewa na opał w zimie, odpoczynku w lecie! – Hura – hura ! Bóg nad nami nie miał litości – hura – hura! Królowie nad nami nie mieli litości – hura – hura! Panowie nad nami nie mieli litości – hura! My dziś Bogu, królom i panom za służbę podziękujem – hura – hura!”.
Mąż zwraca się do pewnej Dziewczyny, iż raduje go widok takiej wesołej, rumianej niewiasty. Na to ona reaguje tymi oto słowami: „A dyć tośmy długo na taki dzień czekały. – Juści, ja myłam talerze, widelce szurowała ścierką, dobrego słowa nie słyszała nigdy – a dyć czas, czas, bym jadła sama – tańcowała sama – hura!”. Mąż odpowiada jedynie: „Tańcuj, Obywatelko”.
Pod dębem siedzi kilkoro lokajów, którzy nawzajem chwalą się, że dopiero co zabili swoich panów. Cieszą się także, że dopiero podczas morderczej pracy u ludzi z wyższych sfer, pucując ich buty, ścinając im włosy, w pocie czoła to czyniąc – dopiero wówczas poznali swe rzeczywiste prawa i postanowili je wyegzekwować, bez tego wyzysku nie mieliby pewnie o tych prawach najprawdopodobniej bladego pojęcia.
W dalszej kolejności Mąż natrafia na Chór Rzeźników, który wykrzykuje: „Obuch i nóż to broń nasza – szlachtuz to życie nasze.- Nam jedno czy bydło, czy panów rznąć. Dzieci siły i krwi, obojętnie patrzym na drugich, słabszych i bielszych – kto nas powoła, ten nas ma – dla panów woły, dla ludu panów bić będziem. Obuch i nóż broń nasza – szlachtuz życie nasze – szlachtuz – szlachtuz – szlachtuz”.
Kiedy Mąż wita się z pewną kobietą per „pani”, Przechrzta zwraca mu uwagę, by używał raczej innych słów, tj. „obywatelka” albo „wolna kobieta”. Na to Kobieta odpowiada mu: „Jestem swobodną jako ty, niewiastą wolną, a towarzystwu za to, że mi prawa przyznało, rozdaję miłość moją (…) Nie, te drobnostki zdarłam przed wyzwoleniem moim – z męża mego, wroga mego, wroga wolności, który mnie trzymał na uwięzi”. Henryk jest zatem świadkiem zepsucia moralnego, totalnego wyniszczenia zasad nawet u tak czystych istot, jakimi powinny być kobiety.
Kolejną postacią, która przewija się w obozie i którą dostrzega Mąż, jest Bianchetti – „dziwny żołnierz – oparty na szabli obosiecznej, z główką trupią na czapce, z drugą na felcechu, ż trzecią na piersiach”, „sławny Bianchetti, taki dziś kondotier ludów, jako dawniej bywali kondotiery książąt i rządów”. Mąż pyta mu się, nad czym się tak zadumał. Bianchetti wskazuje na „lukę między jaworami”, gdzie dojrzeć można osadzony na górze zamek, a wokół niego „mury, okopy i cztery bastiony” i poczyna zdradzać, jak ma zamiar zdobyć ów zamek, ale powstrzymuje go przed tym Przechrzta.
Mąż jest świadkiem dalszych obrazów ogromnej nędzy, rządzy zemsty, rozpusty i zepsucia obyczajów. Nie ma podziałów na ludzi czystych, niewinnych i na tych złych, wszyscy wydają się być równi w swym opętaniu i szaleństwie, nawet dzieci i kobiety śpiewają szatańskie pieśni, domagają się przemocy i przelewu krwi. Szczególnie agresywnie wypowiada się Chór Chłopów, który w zastraszającym tempie zbliża się do obozu rewolucjonistów: „Naprzód, naprzód, pod namioty, do braci naszych – naprzód, naprzód, pod cień jaworów, na sen, na miłą wieczorną gawędkę – tam dziewki nas czekają – tam woły pobite, dawne pługów zaprzęgi, czekają nas. (…)Wróć mi wszystkie dni pańszczyzny. (…)Wskrzesz mi syna, Panie, spod batogów kozackich. (…)Upiór ssał krew i poty nasze – mamy upiora – nie puścim upiora – przez biesa. przez biesa, ty zginiesz wysoko, jako pan, jako wielki pan, wzniesion nad nami wszystkimi. – Panom tyranom śmierć – nam biednym, nam głodnym. Nam strudzonym jeść, spać i pić. – Jako snopy na polu, tak ich trupy będą – jako plewy w młockarniach, tak perzyny ich zamków – przez kosy nasze, siekiery i cepy, bracia, naprzód!”.
Mąż zwraca się do Przechrzty: „Wasze pieśni, ludzie nowi, gorzko brzmią w moich uszach – czarne postacie z tyłu, z przodu, po bokach się cisną, a pędzone wiatrem blaski i cienie przechadzają się po tłumie jak żyjące duchy”. Po drodze widzi i słyszy jeszcze Chór Zabójców, Chór Filozofów(„My ród ludzki dźwignęli z dzieciństwa . My prawdę z łona ciemności wyrwali na jaśnią. – Ty za nią walcz, morduj i giń”), Chór Artystów („Na ruinach gotyckich świątynię zbudujem tu nową – obrazów w niej ni posągów nie ma – sklepienie w długie puginały, filary w osiem głów ludzkich, a szczyt każdego filara jako włosy, z których się krew sączy – ołtarz jeden biały – znak jeden na nim – czapka wolności – hurracha!”) oraz Chór Duchów („Strzegliśmy ołtarzy i pomników świętych – odgłos dzwonów na skrzydłach nosiliśmy wiernym – w dźwiękach organów były głosy nasze – w połyskach szyb katedry, w cieniach jej filarów, w blaskach pucharu świętego, w błogosławieństwie Ciała Pańskiego było życie nasze. Teraz gdzie się podziejemy?”).
Mąż porównuje tę chwilę niepewności, w której oczekuje na nieznanego sobie zupełnie człowieka, do momentu, w którym Brutusowi-zdrajcy ukazał się niegdyś duch Cezara: „Za chwilę stanie przede mną człowiek bez imienia, bez przodków, bez anioła stróża.- co wydobył się z nicości i zacznie może nową epokę, jeśli go w tył nie odrzucę nazad, nie strącę do nicości. Ojcowie moi, natchnijcie mnie tym, co was panami świata uczyniło – wszystkie lwie serca wasze dajcie mi do piersi- powaga skroni waszych niechaj się zleje na czoło moje.- Wiara w Chrystusa i Kościół Jego, ślepa, nieubłagana, wrząca, natchnienie dzieł waszych na ziemi, nadzieja chwały nieśmiertelnej w niebie, niechaj zstąpi na mnie, a wrogów będę mordował i palił, ja, syn stu pokoleń, ostatni dziedzic waszych myśli i dzielności, waszych cnót i błędów”. Nadchodzi godzina dwunasta, wówczas Henryk zapowiada, iż jest już gotowy do odbycia konfrontacji z drugim wodzem.
Dochodzi do spotkania Pankracego z Henrykiem. Ten pierwszy wyśmiewa się z wiary Męża, mówi, że jego własna jest lepsza i silniejsza. Arystokrata zapewnia, że nie wyrzeknie się wiary jego ojców, którzy przekazali mu „w spadku” panowanie i władzę nad ludem, że wszystko, co czyni, czyni w imieniu Boga, w którego wierzy. Pankracy próbuje przekonać Henryka i zmusić do przejścia na swoją stronę. Nie udaje mu się to, ponosi w tym druzgocącą klęskę. Co więcej – Henryk broni swej klasy, lecz raczej nie tego, jak ona wygląda w tej chwili, ale tego, jak wyglądać powinna, a więc szlachetnej arystokracji, której powierzone zostało opiekowanie się ludem, gdyż tylko taki porządek rzeczy może zagwarantować stałość i zgodę na świecie. Oboje rozstają się, każdy w swoim kierunku, każdy coraz bardziej zdeterminowany do walki.
Część czwarta:
a) opis:
Następuje tutaj „odautorski” opis okopów zamku Świętej Trójcy, gdzie też gromadzi się obóz arystokracji, której przewodzi Henryk: „Od baszt Świętej Trójcy do wszystkich szczytów skał, po prawej, po lewej, z tyłu i na przodzie leży mgła śnieżysta, blada, niewzruszona, milcząca, mara oceanu , który niegdyś miał brzegi swoje, gdzie te wierzchołki czarne, ostre, szarpane, i głębokości swoje, gdzie dolina, której nie widać, i słońce, które jeszcze się nie wydobyło. Na wyspie granitowej, nagiej, stoją wieże zamku, wbite w skałę pracą dawnych ludzi i zrosłe ze skałą jak pierś ludzka z grzbietem u centaura . – Ponad nimi sztandar się wznosi, najwyższy i sam jeden wśród szarych błękitów”.
b) dramat właściwy:
Arcybiskup oficjalnie mianuje Henryka przodownikiem, wodzem obozu arystokratów, powierza mu misję obrony przed obcą religią, aby zachował ciągłość tradycji chrześcijańskiej w swoim narodzie. Obarcza go więc odpowiedzialnością za cały lud. Wszyscy popierają Henryka i przysięgają mu wierność oraz posłuszeństwo do samego końca trwania walk (początkowo proponują mu pertraktacje z drugim obozem, lecz Mąż grozi im za to śmiercią na miejscu).
Mąż pyta, gdzie jest jego syn. Jakub odpowiada, iż zamknął się w celi w wieży północnej i że śpiewa tam prorockie pieśni. Orcio przepowiada ojcu rychłą klęskę jego wojska, albowiem słyszy jęki i widzi oczyma wyobraźni rozlewy krwi. Mężowi wydaje się, że jego syn oszalał i że to tylko omamy, nie wierzy w jego proroctwa, boi się tego słuchać. Odzywają się rozmaite głosy, które wieszczą tragiczny koniec Henrykowi: „Za to, żeś nic nie kochał, nic nie czcił prócz siebie, prócz siebie i myśli twych, potępion jesteś – potępion na wieki” – ten zaś nie widzi nikogo, ale głosy te wciąż odbijają się w jego uszach, co potęguje jego zdezorientowanie. Orcio mówi ojcu, że widział właśnie matkę, która kazała mu coś powiedzieć, lecz w tej chwili mdleje i nie zdąża dokończyć słowa. Mąż przeklina Marię, iż znowu nachodzi ich dziecko.
Klęska obozu arystokratów jest nieunikniona, Henryk chce jednak umrzeć z godnością, wraz ze wszystkimi. Co więcej – zaczyna wytykać rozmaite błędy ludziom z własnej klasy, np.: „A ty, czemu przepędziłeś wiek młody na kartach i podróżach daleko od Ojczyzny?” lub „A ty, czemu uciskałeś poddanych?”. Na te słowa poddani chcą go wydać Pankracemu, lecz Mąż przypomina, że mimo wszystko jest jednym z nich i że wiele wspólnie razem zrobili do tej pory, np.: „Z wami rozbiłem się na skałach Dunaju – Hieronimie, Krzysztofie, byliście ze mną na Czarnym Morzu”, po czym pyta: „Wyście uciekli do mnie od złego pana. – A teraz mówcie – pójdziecie za mną czy zostawicie mnie samego, ze śmiechem na ustach, żem wpośród tylu ludzi jednego człowieka nie znalazł?”.
Mąż prosi Boga o odwagę. W pewnym momencie słychać przeraźliwy strzał – okazuje się, że od strzału tego padł trafiony kulą sam Orcio. Na widok ten Henryk postanawia rzucić się w przepaść, lecz zanim to czyni, wypowiada znaczące słowa: „Poezjo, bądź mi przeklęta, jako ja sam będę na wieki! – Ramiona, idźcie i przerzynajcie te wały!”. Nadchodzi Pankracy i Leonard, ten pierwszy na wiadomość o samobójstwie Henryka, mówi do arystokratów: „on jeden spośród was dotrzymał słowa. – Za to chwała jemu, gilotyna wam”. Oboje dostrzegają bardzo jasne, przeszywające wzrok promienie słońca. Pankracy dostrzega w tych promieniach samego Chrystusa: „Jak słup śnieżnej jasności stoi ponad przepaściami – oburącz wsparty na krzyżu, jak na szabli mściciel. – Ze splecionych piorunów korona cierniowa”. Prosi o odrobinę ciemności, po czym krzyczy: „Galilaee vicisti!” („Galilejczyku, zwyciężyłeś”). Po tych słowach, w objęciach Leonarda, Pankracy umiera.
Opracowanie: Marta Akuszewska Bibliografia: Zygmunt Krasiński “Nie Boska Komedia”, oprc. J. Kleiner, wyd. 7, Wrocław 1962
http://lektury.crib.pl/book/export/html/48907
http://gazetawarszawska.eu/2013/12/30/nie-boska-komedia-oswiecim-27-stycznia-2014/
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.08.03 14:02 SoleWanderer Krystyna Janda Ona się za nas modli, czyli pani Honorata

Mówiłam, że chciałabym napisać książkę o moich gosposiach. Nigdy jej nie napiszę, ale pani Honorata na pewno godna jest książki.
Spotkałyśmy się na dwa dni przed moim pierwszym ślubem, w kościele. Ona - biednie ubrana, wiejska, stara kobieta ze śmiesznie zadartym nosem (perkatym, jak potem zawsze mówiła), ja - studentka III roku PWST, przerażona, że za dwa dni wyprowadzę się od rodziców i będę musiała rozpocząć samodzielne życie.
Zapytałam, dlaczego płacze. Odpowiedziała, że była dwanaście lat u krewnych, wychowała im dzieci, teraz jest już niepotrzebna, a na wieś wrócić nie może, bo oddała gospodarstwo wychowankowi, który jej nie chce. Słowem - nie ma gdzie się podziać.
Bez namysłu zaangażowałam ją jako gosposię i przyprowadziłam mamie do domu. Miała nocować u moich rodziców (pod Warszawą) i dojeżdżać codziennie rano do naszej małej, wynajętej kawalerki. Robić zakupy, gotować, sprzątać i na noc wracać znów do rodziców.
Wszyscy patrzyli na mnie przerażeni. Wyglądała bardzo biednie, nikt nie rozumiał, co mówi, bo mówiła najczystszą, najpiękniejszą gwarą z Tarnowskiego, a ja, dziwnie spokojna, czułam, że jest to jedna z najsłuszniejszych decyzji w moim życiu.
I tak się zaczęło moje dwunastoletnie życie z Honoratą. Dzięki niej bezpieczne, dzięki niej radosne, dzięki niej spokojne, dzięki niej, dzięki niej...
Dziś wiem, że po moich najbliższych była dla mnie najważniejszym człowiekiem, a spotkanie jej należało niewątpliwie do najszczęśliwszych przypadków w moim życiu.
Byłam zawsze ja, ona i moje dziecko. Mężowie, rodzina, przyjaciele, znajomi byli w jej oczach wrogami. Była ona i ja, ona mnie broniła, uważając, że wszyscy poza nią mnie krzywdzą i chcą wykorzystać.
Mówiłam do niej zawsze: "pani Honorato"; a ona do mnie - "ty", podobnie jak do wszystkich naszych znajomych. O moich mężach mówiła "ón". Wchodziłam do domu i od razu otrzymywałam poufną informację szeptem:... ón śpi, ónego nima, ón ma gościa ... "ón" - wróg, obcy, zagrożenie. W jej chłopskiej mentalności - pan, którego można i trzeba traktować z przymrużeniem oka, a na pewno nie dopuszczać do tajemnic domowych.
Dopóki chodziła po moim domu w rozdeptanych kapciach, śpiewała od piątej rano godzinki na zmianę z wyklinaniem naszego kota, wiedziałam, że nic złego stać się nie może ani mnie, ani mojemu dziecku. Bo ona modli się, czuwa, rządzi. "Kochana Matko! Jedyna Matko!" - to do Matki Boskiej... "A pójdziesz ty w cholerę, gadzie zatracony" - to do kota... I znów: "Najświętsza Matko! Móóóódl się za nami!" - do Matki Boskiej... Towarzyszyła mi pani Honorata przez dwanaście lat, uczestnicząc w życiu, karierze, rozwodzie, wychowaniu mojej córki.
Do tego wszystkiego trzeba dodać, że Honorata nie skończyła żadnej szkoły, czytała, sylabizując, nie bardzo znała się na zegarku, a jednocześnie była jedną z najinteligentniejszych osób, jakie znałam.
Mój zawód i moja kariera
Nie wiedziała dokładnie, co robię. Mówiła: pani nadaje... nadaje w radyju, w telewizyi, w teatrze, nadaje... Na czym to właściwie polega , nie wiedziała ani jej to nie interesowało. Uważała, że kobieta w mieście nie powinna pracować. Kiedy urodziłam dziecko, przeganiała reżyserów spod drzwi (nawet wybitnych, ale ona o tym nie wiedziała), mówiąc: nima jej, nie będzie nadawać, ma dzieciaka... A na wszelkie próby perswazji odpowiadała niezmiennie: weź se, chłopie, inną, co to, mało artystków, co to, ona jedna do nadawania, dajże jej spokój...
Próbowałam to potem odkręcać. Tłumaczyłam jej, żeby przynajmniej ich nie odpędzała, tylko pozwoliła mi z nimi porozmawiać. Nawet nie chciała o tym słyszeć.
Telefon
To ja uczyłam ją z niego korzystać. Mówiła do wszystkich dzwoniących po imieniu, opowiadając ludziom całe moje życie przy okazji.
Pół roku błagałam, żeby nie odkładała słuchawki na widełki, kiedy idzie mnie poprosić do telefonu, bo wtedy rozmówcę rozłącza. Krzyczałam w furii, że słuchawkę odkłada się obok aparatu. Wtedy mówiła: no przecie wiem, cego się wścikas...
Po czym odwracała się z godnością, obrażała i za chwilę robiła to samo.
Po pół roku nauki pewnego dnia zadzwonił telefon, kiedy byłam w wannie, jak zwykle opowiedziała temu komuś, co robię, jak długo i co ona o tym myśli, a w ogóle jak można się tak często kąpać, u nich na wsi Józek od Łapów umarł na dzień przed ślubem, bo się wykąpał i wsiadł na motor z mokrą głową, a ja codziennie z mokrą głową gdzieś lecę, po czym poszła poprosić mnie do telefonu. Kiedy mokra, ociekająca wodą zobaczyłam, że słuchawka leży na widełkach... dostałam szału! I wtedy ona podeszła spokojnie ze słowami:
A do słuchawki:
I z triumfem, a zarazem pogardą mi ją podała. Po prostu tym razem ten ktoś się jakimś cudem nie rozłączył, czekał, zupełnie zresztą nie rozumiem dlaczego - i pół roku nauki poszło na marne.
Ubieranie się
Ona zawsze w czyściutkiej sukience "na co dzień" i chustce w wielkie róże na głowie - i w domu, i poza domem. W niedzielę w brokatowej sukience "kościelnej" i w "gazowce" w róże. Trzecia, czarna suknia, na śmierć, i chustka w srebrne róże - prezent ode mnie z Ameryki - leżała w walizeczce pod łóżkiem.
Z okazji wszystkich uroczystości i rocznic chciała, żebym jej kupowała ciepłe "galoty" i wełniane pończochy, a raz w roku, na wiosnę, wiozłam ją na bazar Różyckiego po dwie pary butów - czarne sandały i brązowe półbuty.
Kiedyś jeździłyśmy autobusem (nie miałam samochodu). Po wejściu do warszawskiego autobusu mówiła głośno "pochwalony", szukała miejsca, po czym, często zganiając jakiegoś młodego mężczyznę, sadzała mnie - zawstydzoną, młodą, dwudziestoparoletnią - siłą, a sama (staruszka) stawała przy mnie, głośno oznajmiając pasażerom:
I uśmiechała się radośnie do wszystkich.
Potem zaczepiała pierwszą kobietę przede mną albo za mną i pytała, czy jest zdrowa, czy ma dzieci, do jakiego kościoła chodzi i co u nich ksiądz mówił w niedzielę na kazaniu. Wysiadając, życzyła całemu autobusowi szczęść Boże, a do mnie krzyczała:
Na początku wstydziłam się tego wszystkiego, później nie zamieniłabym tych podróży na nic innego.
Na bazarze zaczynał się niebywały teatr z targowaniem się, obrażaniem na sprzedawców, udawaniem, że nam nie zależy (bo i mnie kazała w tym uczestniczyć). Początkowo wściekła, chciałam płacić za wszystko i prawie ze łzami w oczach syczałam do niej, że to moje pieniądze i mogę sobie z nimi robić, co chcę. Później zrozumiałam, że to nie chodzi o pieniądze, że ona nie potrafi inaczej i że to jej sprawia przyjemność. A dumy z utargowanycłi dwudziestu złotych nie da się z niczym porównać.
Ja ubierałam się tak, że ona żegnała się za każdym razem na mój widok i mówiła:
Pewnego dnia przyszła ze spaceru z dzieckiem zadowolona i jakby z czymś wewnętrznie pogodzona. Zapytałam, o co chodzi... Odpowiedziała:
Kamień spadł jej z serca. Zawstydzało ją moje przebieganie z łazienki czy poszukiwanie bielizny rano, nago, a mnie nigdy nie przyszło do głowy, że to może być dla niej problem. Kochana pani Honorata. Kiedyś mi powiedziała, że jej nikt nigdy nie widział gołej, nawet mąż, a ja, śmiejąc się, zażartowałam, że może nie było co pokazywać (wulgarna idiotka).
Dziecko
Moją córkę ubierała tak, że wstydziłam się ją odbierać z przedszkola.
Potem machnęłam ręką na niekonwencjonalne zestawy wzorków czy kolorów, a nawet szokujący zestaw "spódniczka i spodenki" jednocześnie, żeby było ciepło... Bo po pierwsze, nie chciałam Honoracie robić przykrości, a po drugie, dziecko rzeczywiście nigdy nie chorowało, nigdy nie było nawet lekko przeziębione. Jakie więc znaczenie miały wymowne spojrzenia innych matek i kiwanie nade mną głowami? Dopóki Marysia nie zorientowała się, że coś jest nie tak, nie interweniowałam.
Swoją drogą, chciałabym móc pokazać państwu choć raz moją córkę ubraną "ciepło i wygodnie" przez Honoratę, tego się nie da, niestety, opisać.
Telewizja
Dla niej okno, w dosłownym znaczeniu, na świat to była telewizja. Oglądała telewizję tylko ze mną, kiedy wracałam wieczorem, często dopiero po spektaklu. Nigdy nie kładła się spać przed moim powrotem. Zawsze czekała, żeby mi towarzyszyć, przynajmniej kilka minut, i gadała, gadała, gadała... Oglądanie telewizji wyglądało mniej więcej tak...
Jest godzina jedenasta wieczór, powiedzmy - ostatnie wiadomości.
Ona:
Ja:
Ona (obrażona):
Za chwilę...
Ona:
Ja:
Ona:
Podają informacje, że przypłynęły do Polski owoce cytrusowe.
Ona:
Ja:
Ona (obrażona):
I tak latami.
Pewnego dnia, zmęczona, w samotności chciałam obejrzeć swoją rolę w Teatrze Telewizji.
Honorata przyszła z okularami na czubku nosa, "Expressem" (którego nigdy nie zapominałam przywieźć) i herbatą dla mnie. Cały czas sylabizowała gazetę na głos, komentując każde odcyfrowane zdanie.
W końcu nie wytrzymałam:
Spojrzała na ekran i nagle mnie poznała. Zamarła. Pierwszy raz zmaterializowało się to, o czym mówiłam tyle razy. Byłam tam i siedziałam jednocześnie koło niej. Powoli spoglądała to na mnie, to na ekran. Słyszałam, jak sapie z wysiłku i jak pracuje jej mózg... I nagle... roześmiała się chytrze, jak ktoś, kto i tak jest górą, i poszła spać. Wolała nie rozumieć. A może to grzech?
Rano była na mnie obrażona.
Zwierzęta
Gady - jak je nazywała.
A rezultat był taki, że odkąd pamiętam, była ona i kot. Kot zawsze przy niej, tłusty, zadowolony z życia, wsuwający pysk do wszystkich garów, jak mówiła, przeganiany ścierką, ale w jakiś dziwny sposób przez Honoratę lubiany.
Kiedy Marysia skończyła cztery lata, uznałam, że dziecko lepiej się chowa z psem. Kupiłam młodego boksera, podrzuciłam go do domu i... zniknęłam "w odmętach sztuki".
Minął rok, starałam się pomagać, wychodziłam czasem z psem na spacer, jeździłam w wolnym czasie z dzieckiem i psem na całe dni do lasu, ale tego wolnego czasu miałam bardzo mało.
Pies tymczasem urósł, stał się silny i niebezpieczny. Honorata nie skarżyła się nigdy, a ja nie zastanawiałam się nad "drobiazgami".
Pewnego dnia wróciłam do domu wcześniej, cieszyłam się, że odbiorę Marysię z przedszkola. Przed naszym kioskiem "Ruchu" zobaczyłam długą kolejkę, a moją panią Honoratę na miejscu sprzedawcy, uspokajającą ludzi, że ten pan zaraz wróci, jeszcze tylko minutkę, uśmiechniętą i strasznie "ważną". Po chwili ujrzałam kioskarza, który wracał ze spaceru z moim psem. Zamienili się z Honoratą miejscami, pan zaczął sprzedawać, popijając gorącą kawę, a Honorata, zaprzyjaźniona z całą kolejką, ruszyła z psem do domu.
Okazało się, że prawie siedemdziesięcioletnia staruszka nie mająca siły na spacery z silnym i nie wychowanym psem, który niemal ją przewracał, i tak sobie poradziła. Umowa z kioskarzem: szklanka kawy za spacer z psem - była dla obojga korzystna.
Ta historia pierwszy właściwie raz uświadomiła mi "wielkość" Honoraty, jej wspaniałomyślność i moją "małość", egoizm i wygodnictwo.
Teraz jeszcze widzę ją, huśtającą się spokojnie na bujanym fotelu i wałkującą kota nogą na podłodze (ulubiona pieszczota), kiedy zostawiłam ich oboje samych, nie wiadomo na jak długo, tuż po ogłoszeniu stanu wojennego.
Gdy w rok później, pewnego dnia wieczorem, weszłam z dzieckiem do domu po podróży samochodem na trasie Paryż-Warszawa, bez przerwy, zastałam taki sam obrazek - niezmącony spokój, Honorata w fotelu, wałkująca nogą kota, z różańcem w ręku.
Zapytałam, dlaczego nie ogląda telewizji, dlaczego siedzi po ciemku. Odpowiedziała:
I jak gdyby nigdy nic, jakby nie było tego jej roku samotnego życia w stanie wojennym i naszej nieobecności, poszła nam zrobić herbatę...
Wychowanie dziecka
Honorata nie miała swoich dzieci. Pewnie wiele razy w życiu roniła je gdzieś podczas pracy w polu, ale nie wiedziała o tym. Opowiadała to tak:
Moje dziecko kochała jak własne, a ponadto Marysia była jej jedynym towarzystwem przez wszystkie te lata.
To Honorata wychowała moje dziecko. Inaczej być nie mogło. Początkowo byłam tym przerażona, a potem zrozumiałam, że to moje i Marysi szczęście. Wszystkie zaś podręczniki na temat psychologii dziecka, książki mówiące o wychowaniu i metodach postępowania z dziećmi, w obliczu jej metod nie miały żadnego znaczenia. Radość z tego, że się żyje, szczęście, które dają najprostsze rzeczy, prawdziwe, autentyczne dziękowanie Bogu za każde przebudzenie, za każdy zakończony dzień, każdą radość i smutek, nawet nieszczęście, miłość do ludzi i świata - oto filozofia, dzięki której wszystko nabiera harmonii. Honorata na dobranoc, sylabizując, czytała Marysi kronikę sądową z "Expressu". Opowiadała, jak w jej wsi ludzie umierali, rodzili się, chorowali i pobierali. Historie kolejnych klęsk żywiołowych, pożarów, powodzi, wichur, kołysały Marysię do snu. Opowieści o wschodach i zachodach słońca, wiośnie na wsi, pracy, świętach, postach i odpustach. A wszystko to gwarą, opowiadane pięknie, z miłością i tęsknotą.
Jajko sadzone albo zsiadłe mleko z kartoflami na kolację przez cały rok, wbrew zaleceniom pediatry, kluski, kluseczki, pierożki, omlety, nie wiem już co. Potem odchudzanie Marysi, przy akompaniamencie lamentów Honoraty nad biednym dzieckiem, co to je "stary Żyd" tak głodzi - jak mawiała nieodrodna córa polskiego ludu o lekarzu, który jednocześnie budził jej najwyższy respekt i podziw i tylko jemu pozwalała leczyć swój reumatyzm.
Moje awantury o to, że Marysia ma wszystko robić sama, że ma sobie sama zdejmować buty, żeby staruszka się nie schylała - po czym setki razy widziany obrazek, poprzedzony śpiewnym: "Maryś, Maryś, a zezujze buciki, córuś..." i Honorata na kolanach, zdejmująca buty pięcioletniemu dziecku.... Tak, moje dzikie o to awantury i porozumienie, konszachty ich obu przeciwko mnie! A wszystko przesycone miłością, dobrocią i cierpliwością Honoraty.
Nie ma takich książek na świecie, z których można by się tego nauczyć. Do dziś widzę Honoratę z "kościelnym" kalendarzem w ręku, uczącą Marysię, co kiedy zakwita, w dzień jakiego świętego, i Marysię uczącą Honoratę, jak się obsługuje pralkę, robot kuchenny czy inne urządzenie.
Rozwód
To Honorata o nim zadecydowała. Obserwowała, chodziła cicho, nie wtrącała się, aż pewnej nocy przyszła do mnie i powiedziała:
I tak się stało. Nie wiem, czy bez niej miałabym dość siły, by podjąć tę decyzję.
Nowy mąż
Pewnego dnia wieczorem siadła przy mnie.
Ja:
Ona:
Ja:
Ona:
Rozmowa dotyczyła mojego późniejszego drugiego męża.
Kościół
Honorata budowała wszystkie kościoły. Zmieniła ze mną siedem mieszkań, siedem parafii, każdy kościół budowała. Później, kiedy już prawie nie chodziła, zawoziłam ją samochodem do kolejnego budowanego kościoła i zostawiałam prawie na cały dzień latem, odbierałam po ostatniej mszy, to było całe jej szczęście.
Dziś Honorata jest w pensjonacie dla emerytowanych sióstr zakonnych i księży (co było zawsze jej marzeniem). Kiedy wysyłam Honoracie pieniądze, w miejscu na korespondencję zaznaczam na przekazie: to nie na kościół! To dla Pani! Ale i tak nie wierzę, że zatrzyma tę sumę dla siebie, więc dodaję paczkę z jej ulubionymi przysmakami.
Moi znajomi
Zawsze była u mnie bardzo samotna, dlatego każdy gość, listonosz, inkasent stanowił dla niej atrakcję i nie chciała go wypuścić z domu. Przez lata zaprzyjaźniła się z wieloma moimi znajomymi, a byli i tacy, którzy przyjeżdżali na rozmowę tylko do niej, podczas mojej nieobecności. Inni niebacznie wpadali w jej ręce i musieli zjeść pierożki, wypić herbatę i wysłuchać garści ponadczasowych, niewzruszonych prawd życiowych.
Pewnego wieczoru wróciłam do domu jak zwykle zmęczona, zła, niechętna do rozmów, po jakimś niepowodzeniu.
Ona:
Ja (zła):
Ona:
Ja:
I poszłam sobie.
Przez kilka dni wracałam późno. Ona się nie odzywała, odpowiadała tylko na pytania. Nie zwróciłam na to uwagi. Przyszła niedziela. Budzę się. Dziewiąta rano, Honorata nie poszła do kościoła. O dziesiątej idę do niej do pokoju. Płacze.
Nie odzywa się.
Wreszcie wyznaje:
Tłumaczyłam, błagałam, przepraszałam. Nic nie pomagało. Od poniedziałku zaczęła post, co w jej wieku mogło być na dłuższą metę niebezpieczne. Bardzo ją to osłabiło.
Kolejnej niedzieli skapitulowałam, poszłam do kościoła, do księdza, wszystko mu opowiedziałam (na szczęście, trafiłam na rozsądnego) i poprosiłam o pomoc. Przyszedł po południu, a po godzinie Honorata poszła z nim do kościoła na wieczorną mszę. Po powrocie zjadła kolację.
Sztuka
Zastałam ją kiedyś oglądającą solo na perkusji jakiejś sławy światowego jazzu. Nie mogła uwierzyć własnym oczom.
Po kilku minutach jego zmagań, a jej śmiechu i niedowierzania:
Żyłyśmy razem dwanaście lat. Dwanaście lat mojej pracy, kariery, premier, histerii, załamań, rozstań, nieobecności, egzaltacji, sukcesów, niepowodzeń, kontraktów zagranicznych, przyjęć, nagród, wywiadów, filmów.
Dwanaście lat jej nienaruszalnych zwyczajów, spokoju i zasad, niezależnie od tego wszystkiego.
Teoretycznie, moje życie i jej nie mogło przebiegać harmonijnie, a jednak udało się.
Dziś wiem, że dopóki Honorata żyje, nawet gdzieś tam daleko, mnie i mojej rodzinie nie stanie się nic złego, bo ona się za nas modli. Dopóki żyje, ja czuję się bezpieczna.
PS. Nie mogłam jej zabierać do teatru, bo kiedy wchodziłam na scenę, głośno się z tego cieszyła i oświadczała całej sali, że "należę do niej". Pytała siedzących obok ludzi, czy im się podobam, a na próby uciszania reagowała oburzeniem.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2018.06.25 11:16 Arald98 Biedronki i ich chujowy software

Biedronki mają, ze wszystkich owadów, najbardziej chujowy software, jaki istnieje. Serio kurwa.
Bo taka na ten przykład pszczoła - zapierdala, szuka kwiatów, nawiguje na słońce, zbiera nektar, znosi do gniazda - no w chuj skomplikowane. Zresztą, kurwa - mucha. Mucha też musi wyczuwać woń gówna i ścierwa, nawigować, szukać pożywienia, złożyć jaja w jakimś dobrym ścierwie. Wcale nie takie proste.
A jak działa biedronka?
Otóż pierwszy punkt algorytmu biedronki brzmi:
  1. Zapierdalaj w górę.
Nie wiem, czy bawiliście się kiedyś biedronkami. Jak się to weźmie na rękę, to zawsze idzie w góre. Zawsze kurwa. Zawsze. Jak się jej w połowie drogi odwróci rękę, to się zatrzyma i zmieni kierunek, żeby isć w górę. Można se tak ruszać pińćset razy i zawsze jebana w górę. Biedronka to taki jebany owadzi odpowiednik gradientu. Zawsze się kieruje w górę zbocza.
Ma to w chuj zabawne konsekwencje, jak się biedronkę postawi na płaskiej powierzchni. Zaczyna iść w przypadkowym kierunku, bo kurwa nie ma jak iść pod górę. Najlepiej jak dojdzie do krawędzi. Wtedy ten jej zjebany mósk cannot into logika, tylko zaczyna iść wzdłuż krawędzi. W dół nie zejdzie, bo kurwa algorytm, a na płaskie też nie wróci, chuj wie czemu.
Kiedyś z kolegą ze studiów znaleźliśmy na wykładzie biedronkę. Ławki w auli były w chuj długie, na jakieś 30 m. Mówię mu: pacz kurwa i położyłem biedronkę na ławce. Doszła do krawędzi i idzie wzdłuż. Idzie kurwa i idzie, doszła do końca, skręciła i dalej wzdłuż kolejnej krawędzi, a potem jeszcze raz i szła znowu w naszą stronę. 45 minut jebana szła przez te 30 metrów i ni kurwa chuja nie ogarnęła, że sytuacja jest przejebana i może by gdzieś polecieć, bo gówno. Nie, kurwa.
Jakby ławka miała kilometr, to by jebana zdechła po drodze.
Ciąg dalszy algorytmu brzmi:
  1. Jak jesteś na szczycie to poleć byle kurwa gdzie.
Jak już pozwolicie wejść biedronce na szczyt palca, czy chuja, czy czegoś, to obróci się dookoła, upewni, że gradient się wyzerował i fruuuu kurwa w losowym kierunku. Czasem potrafi wylądować znowy na tej samej ręce xD
  1. Jak już leziesz i coś znajdziesz do żarcia, to opierdol.
Nie no, akurat całkiem spoko punkt. Tylko kurwa, metoda szukania po chuju.
  1. Jak cię coś przestraszy - to się zesraj.
Wiem, że ta żółtobrązowa maź to nie sraka, ale kurwa, jakie lepsze słowo może to opisać. Ewentualnie rzygi? Chuj tam semantyka. Ważne, że jak biedronkę spotka zagrożenie, to zwija nóżki i sra tym smrodem. Kurwa. KURWA. Przecież ma skrzydła, mogłaby spierdalać. Ale nie, kurwa. Zesraj się. Najlepsze jak się wpierdoli biedronkę do pajęczyny. Jak byłem mały to wrzucałem tam różne owady. Jak wrzucisz muchę, to do ostatniej chwili walczy, żeby odlecieć i nawet czasem zdąży, zanim ją pająk dorwie. Rzadko, ale jednak. Pszczoła to już w ogóle siła, stronk i mało która pajęczyna utrzyma.
A biedronka co?
ZESRA SIĘ KURWA. Przychodzi pająk, paczy, okurwajakjebie.jpg. Co robi? XDDDDD owija kurwę pajęczyną i wypierdala z pajęczyny. Nie dość, że kurwa nie zje, bo smrut, to jeszcze jebana zdechnie z głodu, bo ją opędzlował jak pojebany pajęczyną XDDDDD
Acha - jeszcze jedno - przyglądaliście się, jak wyglądają oczy biedronki? To nie są te kurwa wielkie białe plamy. Nie. Oczy biedronki to małe kropeczki na tej durnej mordzie. Co ona tym widzi? Pewno chuja widzi. Mucha ma wyjebane w kosmos, dizajnerskie oczy, bo musi być czujna, patrzeć, analizować. To samo pszczoła.
ALe nie kurwa biedronka. Po chuj jej oczy, jak tylko lezie w górę, lata pisiont centymetrów i sra? xD
W tym roku najebało biedronek jak pokurwionych. Możecie się pobawić, sprawdzić. Tylko uwaga - bo SIĘ ZESRAJĄ!
submitted by Arald98 to JBwA_SekcjaPast [link] [comments]


2018.06.24 22:02 wellyesbut Biedronki mają ze wszystkich owadów najbardziej chujowy software jaki istnieje.

Serio kurwa. Bo taka na ten przykład pszczoła - zapierdala, szuka kwiatów, nawiguje na słońce, zbiera nektar, znosi do gniazda - no w chuj skomplikowane. Zresztą, kurwa - mucha. Mucha też musi wyczuwać woń gówna i ścierwa, nawigować, szukać pożywienia, złożyć jaja w jakimś dobrym ścierwie. Wcale nie takie proste. A jak działa biedronka? Otóż pierwszy punkt algorytmu biedronki brzmi:
  1. Zapierdalaj w górę. Nie wiem, czy bawiliście się kiedyś biedronkami. Jak się to weźmie na rękę, to zawsze idzie w góre. Zawsze kurwa. Zawsze. Jak się jej w połowie drogi odwróci rękę, to się zatrzyma i zmieni kierunek, żeby isć w górę. Można se tak ruszać pińćset razy i zawsze jebana w górę. Biedronka to taki jebany owadzi odpowiednik gradientu. Zawsze się kieruje w górę zbocza. Ma to w chuj zabawne konsekwencje, jak się biedronkę postawi na płaskiej powierzchni. Zaczyna iść w przypadkowym kierunku, bo kurwa nie ma jak iść pod górę. Najlepiej jak dojdzie do krawędzi. Wtedy ten jej zjebany mósk cannot into logika, tylko zaczyna iść wzdłuż krawędzi. W dół nie zejdzie, bo kurwa algorytm, a na płaskie też nie wróci, chuj wie czemu. Kiedyś z kolegą ze studiów znaleźliśmy na wykładzie biedronkę. Ławki w auli były w chuj długie, na jakieś 30 m. Mówię mu: pacz kurwa i położyłem biedronkę na ławce. Doszła do krawędzi i idzie wzdłuż. Idzie kurwa i idzie, doszła do końca, skręciła i dalej wzdłuż kolejnej krawędzi, a potem jeszcze raz i szła znowu w naszą stronę. 45 minut jebana szła przez te 30 metrów i ni kurwa chuja nie ogarnęła, że sytuacja jest przejebana i może by gdzieś polecieć, bo gówno. Nie, kurwa. Jakby ławka miała kilometr, to by jebana zdechła po drodze. Ciąg dalszy algorytmu brzmi:
  2. Jak jesteś na szczycie to poleć byle kurwa gdzie. Jak już pozwolicie wejść biedronce na szczyt palca, czy chuja, czy czegoś, to obróci się dookoła, upewni, że gradient się wyzerował i fruuuu kurwa w losowym kierunku. Czasem potrafi wylądować znowy na tej samej ręce xD
  3. Jak już leziesz i coś znajdziesz do żarcia, to opierdol. Nie no, akurat całkiem spoko punkt. Tylko kurwa, metoda szukania po chuju.
  4. Jak cię coś przestraszy - to się zesraj. Wiem, że ta żółtobrązowa maź to nie sraka, ale kurwa, jakie lepsze słowo może to opisać. Ewentualnie rzygi? Chuj tam semantyka. Ważne, że jak biedronkę spotka zagrożenie, to zwija nóżki i sra tym smrodem. Kurwa. KURWA. Przecież ma skrzydła, mogłaby spierdalać. Ale nie, kurwa. Zesraj się. Najlepsze jak się wpierdoli biedronkę do pajęczyny. Jak byłem mały to wrzucałem tam różne owady. Jak wrzucisz muchę, to do ostatniej chwili walczy, żeby odlecieć i nawet czasem zdąży, zanim ją pająk dorwie. Rzadko, ale jednak. Pszczoła to już w ogóle siła, stronk i mało która pajęczyna utrzyma. A biedronka co? ZESRA SIĘ KURWA. Przychodzi pająk, paczy, okurwajakjebie.jpg. Co robi? XDDDDD owija kurwę pajęczyną i wypierdala z pajęczyny. Nie dość, że kurwa nie zje, bo smrut, to jeszcze jebana zdechnie z głodu, bo ją opędzlował jak pojebany pajęczyną XDDDDD Acha - jeszcze jedno - przyglądaliście się, jak wyglądają oczy biedronki? To nie są te kurwa wielkie białe plamy. Nie. Oczy biedronki to małe kropeczki na tej durnej mordzie. Co ona tym widzi? Pewno chuja widzi. Mucha ma wyjebane w kosmos, dizajnerskie oczy, bo musi być czujna, patrzeć, analizować. To samo pszczoła. ALe nie kurwa biedronka. Po chuj jej oczy, jak tylko lezie w górę, lata pisiont centymetrów i sra?
submitted by wellyesbut to Polska [link] [comments]


2018.05.16 01:28 koops6 Satanista

SATANISTA
Kilka lat temu poszliśmy ze znajomymi do klubu. Było nas dość sporo, każdy miał wolne bo to dzień po świętach bodajże, mieszana grupa. Zabalowaliśmy hardkorowo, było już pewnie koło 3 w nocy, każdy ostro nawalony i w zasadzie to mieliśmy już kończyć ten jakże uroczy wieczór i rozchodzić się do domów.
Jednak wtedy mój dobry ziomek oznajmił że spotkał w klubie swojego kumpla, mega kolesia którego musimy poznać bo jest zajebisty i chce nas zabrać do siebie na domówkę. No git, przedni pomysł.
Jednak nim powiem coś więcej to muszę Wam wytłumaczyć w paru zdaniach jakim człowiekiem jest tenże mój kolega (którego na rzecz tego fanpage będziemy tutaj zwać DŻONY SNAJPER, bo tak ;d). Otóż Dżony jest całkiem inteligenty, możesz z nim pogadać na wiele tematów, może nie jest super ekspertem ale w każdy zna chociaż powierzchownie, ma własne zdanie itd.
Ale ... jest też patosem w chuj ;D Może nie takim co biega po ulicy, wali typów z bara, zaczepia kobiety itd ale jest takim konkretnym, specyficznym patosem że nawet wszystkie "mordeczki" w naszym mieście go na swój sposób respektują - bo nie ma to jak biegać po mieście nago po naćpaniu się koki, co nie ? xD Albo nachlać się absyntu i udawać wężosmoka w centrum handlowym.
No i ogólnie kolo jest dość znany i lubiany czy to w środowisku niedorozwiniętych uśmiechających się szkorbutem i parujących fetą zwierząt, czy też normalnych ludzi - z każdym znajdzie wspólny język i temat - czy to z nerdem, czy ze studentką filozofii czy z typem co wyszedł z paki w ktorej siedział 20 lat za zajebanie swej rodziny - i co więcej każda z tych osób zapała do niego sympatią.
Dżony Snajper ma niestety pewne dwa minusy - po pierwsze nie zna słowa "dość" gdy chodzi o imprezowanie, a po dwa ... cóż, ciężko to wyjaśnić ale on gloryfikuje patologię. Sam z niej nie pochodzi ale lubi z takimi przebywać, wydaje mi się że naoglądał się za małolata filmów w stylu Trainspotting i zakochał się w zyciu żyjących poza system samobójców.
Tylko że w filmach tacy ludzie mają ideologię, są inteligentni, mają zasady - a w prawdziwym zyciu są oni często ścierwem najgorszego sortu - co z tego, Dżony po pijaku bawi się z takimi, zaprosi takich do domu, wpuści na imprezę przy ogólnym niesmaku towarzystwa. I nie widzi że naćpany typ którego wpuścił nie umie sklecić dwóch zdań, a oczami biega po mieszkaniu z nadzieją że coś ukradnie albo zgwałci - nieee, w jego oczach ma przed sobą buntownika o wolność i deptanie norm narzuconych przez zaśniedziałe społeczeństwo.
Cóż, teraz więc wiecie czemuż to po oznajmieniu mi przez Dżonego Snajpera że spotkał "świetnego kolesia którego musimy zapoznać i weźmie nas na swą domówkę o 3 nad ranem" byłem w zagwozdce niczym prawdziwy hazardzista - albo czeka mnie dziś jakaś świetna, szalona impreza którą zapamiętamy na resztę życia albo znajdę się otoczony wyrzutkami których nie chciano nawet w więzieniu.
Decyzję trzeba było podjąc natychmiast bo akurat mieliśmy opcję podwózki i jeżeli nie zdecydujemy teraz to dupa, bo "świetny koleś" jedzie teraz i jak się nie zabieramy to nie czeka na nas bo na domówkę mu spieszno. Moja grupa była w stanie nietrzeźwości i późno-nocnego niezdecydowania tak więc Dżony Snajper utkwił oczekujące spojrzenie we mnie, i wiedziałem że to moje zdanie i ma odpowiedź przeważą w naszych dalszych losach.
Żałując ze nie było mi przed odpowiedzią chociażby zerknąć na "świetnego kolesia" postawiłem wszystko na jedną kartę i rzuciłem "No kurwa, jasne że jedziemy."
Dżony Snajper uszczęśliwiony pobiegł w tłum kłębiący się w klubie i za chwilę przyprowadził swojego znajomka - i tak oto poznałem Satanistę.
I wtedy też dotarło do mnie jak złą decyzję podjąłem.
Cóż tego że była zła i znalazłem się w patologii to pewnie się domyślacie, bo inaczej bym tego nie opisywał tutaj, prawda ? Opis Satanisty i jego domóweczki wieczorem albo jutro - ciao bambino, ciąg dalszy nastąpi !
Dżony Snajper przyprowadził "tego świetnego kolesia którego musimy poznać". Był to wychudzony, powykręcany od fety typ z mordą który świadczyła jednocześnie o tym że jest i lamusem jak i patogenem. Wyraz twarzy z kolei świadczył o tym że sam ledwo ogarnia.
Wyszliśmy przed klub, szybka rozkmina kto idzie a kto nie. Dżony wrócił się do wnętrza lokalu, znaleźć i wypytać resztę ekipy o to czy chcą iść na tę domówkę. Wszyscy mieli dość ciężki przekaz, jedna z koleżanek była tak napierdolona że trzeba było ją praktycznie nieść. Znajomi próbowali ją ogarnąć a ja tymczasem stałem ze "świetnym kolesiem".
On tymczasem, mimo iż był konkretnie najebany, łaził w te i we wte (pewnie przez fetę), rozkładając chude łapsa na boki, tak że mógłbym mu pomiędzy ramię a brzuch wsadzić łeb a jeszcze ktoś koło mnie by się zmieścił. Wyciągnął telefon i puścił jakiś rap na cały regulator.
Czekamy na Dżonego, zaczynam się wkurwiać i żałować decyzji. Nagle nasz nowy towarzysz mnie zagaduje :
Spojrzałem na niego lekko zaskoczony, nie bardzo wiedząc jak skwitować te wyznanie. Na szczęście nie musiałem bo zaraz sam się odezwał ponownie.
Dopiero wtedy sczaiłem że z jego telefonu rzeczywiście rozlegają się utwory Słonia. Wiecie, zapewny gdyby on powiedział mi o tym sataniźmie dzisiaj czy pół roku temu to od razu zrozumiałbym że to przez bycie fanem Słonia. Jednak to było kilka lat temu, Słoń wydał dopiero jedną czy dwie płyty, nie był tak znany i na topie, tak więc nie skojarzyłem faktów od razu.
W sumie to zabawne, jeszcze niedawno każdy pseudofan hip-hopu wyzywał "brudasów" od satanistów a teraz sam dumny się tak zwie (przez "brudasa" mam na myśli metalowca, nowe pokolenie pewnie słysząc "brudas" myśli teraz o Muzułmanach ;D).
"Satanista" łaził w prawo i w lewo, wożąc się i machając chudymi łapkami, cały czas nakurwiając na full muzę.
Chwila ciszy. Widzę że nie ogarnia. Nagle ni z gruchy ni z pietruchy.
Zawył. Kilka wychodzących z klubu grupek nie zwróciło uwagi, inni się śmieli lub przyspieszyli kroku. Parę osób krzyknęło do niego coś w stylu "Stul tę pizdę lamusie !"
A mnie zaczęła odchodzić ochota podążenia na tę "domówkę". Chociaż wciąż po cichu miałem nadzieję że typ nie okaże się patologią (to znaczy : poza tym że umysłową) a będzie jedynie bananem który pozuje na rąbniętego chłopaka z ulicy by wyglądać "groźnie" a na chacie będzie normalne party pełne spoko ludzi którzy mają go w dupie i po prostu korzystają z wolnej chaty tego podludzia.
Nie byłby to pierwszy raz.
Objął mnie ramieniem i poklepał. Parował fetą i pachniał potem.
Dżony i reszta ekipy wyszli. Podjechały nagle jakieś dwa auta, jak się okazało oba prowadzone przez znajomych Dżonego.
Szybka piłka kto jedzie na tę domówkę Satanisty, kto zostaje w klubie, kto idzie do domu. Ludzie mają ciężki przekaz, schodzi się, kierowcy się niecierpliwią. Satanista jeszcze kilku osobom powiedział że o tym kim jest, i jeszcze kilka razy zapytał dlaczego (okazuje się że to dlatego że słucha Słonia, dacie wiarę ?) .
Finalnie wypadło na to że poza gospodarzem jadę ja, Dżony Snajper, nasz w miarę trzeźwy kumpel który podobnie jak ja miał minę w stylu "pożałujemy tego", nasz inny kumpel który był na granicy wyjebania się na pysk z przepicia, oraz dwie koleżanki - jedna najebana jak Meserszmit oraz druga która była dość ogarnięta i chyba jechała z nami bo włączyło jej się w głowie że musi porobić nam za niańkę.
Wsiedliśmy do aut, koledzy Snajpera byli na tyle mili (lub w niego zapatrzeni) że obaj przyjechali o 3 w nocy tylko po przerzucić jego (a także i nas) z jednego końca miasta na drugi. Debile albo dobrzy przyjaciele.
Usadowiliśmy się w autach i jedziemy. Niestety byłem w tym samym aucie co gospodarz czekającej nas imprezy, tym samym musiałem słuchać pewnego dialogu o jego upodobaniach religijno-muzycznych (możliwe że Wam wspominałem ?) który powtórzył każdemu, w tym kierowcy, minimum 3-5 razy.
Gdy auta wjechały do dzielnicy armeńskich imigrantów wiedziałem już że moje nadzieje o normalnej imprezie są jednak mrzonką.
Dotarliśmy w końcu na miejsce - obskurna dzielnica do której lepiej się nie zapuszczać, no chyba że w czołgu. Wysiedliśmy, ekipa siedmioosobowa licząc z Satanistą. Pomogliśmy wyjść koledze i koleżance którzy już niedomagali. Dżony zamienił parę słów z kierowcami i obaj się zwinęli, a ja zacząłem żałować że nie odjechałem z nimi.
Satanista tymczasem zaczął nas prowadzić - szczerze mówiąc to zdziwiłem się że czeka nas dłuższa podróż z buta bo najbliższe budynki zdawały mi się przeznaczone co najwyżej do rozbiórki. Już miałem zapytać Satanisty czemu nie kazał nas podwieźć pod swój blok/dom tylko zostawić nas w tej opuszczonej okolicy, kiedy, pogłębiając me zdziwienie, wszedł on do jednej z rozpadających się kamienic.
Wymieniłem znaczące spojrzenie z trzeźwym kumplem i trzeźwą koleżanką. Wzruszyli ramionami. Nie uszło to uwadze Dżonego Snajpera i wydawało mi się że on sam jest zakłopotany sytuacją w którą nas wciągnął. Pozostałym towarzyszom - czyli idącym niemal na czworaka kumplowi i kumpeli było wszystko jedno.
Po wejściu do klatki schodowej okazało się budynek z pewnością nie jest opuszczony - zewsząd dobywały się dźwięki patologii - wrzaski, wyzwiska, płacze dzieci, ujadanie psów, dźwięki których określać nawet nie mam zamiaru, oraz muzyka najgorszego sortu wydobywająca się z bardziej pierdzących aniżeli grających urządzeń. Gdzieś z głębi dobywała się muzyka - sądziłem że to na ta cała wspomniana domówka Satanisty.
Jednak okazało się że nie - minęliśmy dziurawe drzwi które nie tłumiły dźwięków imprezy (dziura w drzwiach nie była nawet niczym zakryta i można było spokojnie wsadzić tam głowę i ujrzeć dantejskie sceny dziejące się w środku) i ruszyliśmy na górę. Było ciemno, więc szliśmy po omacku, drewniane schody skrzypiały, wielu z nich brakowało. Były niesamowicie strome. Moja koleżanka, ta trzeźwiejsza, potknęła się w pewnej chwili ale złapałem ją za dłoń. Wiedziałem że gdyby dało sie cokolwiek dojrzeć to wysyłałaby mi oczyma bezgłośny sygnał "WYPIERDALAJMY STĄD, I TO JUŻ." Zamiast tego wbiła mi nagle paznokieć w przegub - znamy się na tyle że była to zrozumianym przeze mnie zamiennikiem.
Cóż, szczerze mówiąc nie miałbym nic przeciwko opuszczeniu tego miejsca - wręcz pragnąłem tego. I nie oponowałbym by oznajmić to przy Sataniście, mniej lub bardziej umiejętnie kryjąc oczywiste tego powody. Wiedziałem natomiast dwie rzeczy : A - Reszta ekipy ma słabą wolę i wystarczy jedno słowo Dżonego znaleźli się pod jego czarem i by ochoczo szli z nim choćby do chlewu, ciesząc się z nadchodzącej przygody. B - Dżony będzie nas namawiał, święcie wierząc że patologiczni ludzie skrywają w swych sercach dobro i jakąś tajemniczą, mistyczną mądrość, którą cuchnący niedorozwój się z nami podzieli pijąc wódkę, a my doznamy objawienia i obalimy system.
Stwierdziłem że wejdziemy a za pół godziny zacznę dawać sygnały mądrzejszej i trzeźwiejszej części ekipy że robimy sprytną ewakuację. Dżony niech zostanie i zdycha na dżumę jeżeli tak mu się to podoba.
Weszliśmy na, jak zdawało mi się, najwyższe z pięter tej parodii przedwojennej kamieniczki. Okazało się że przed nami stanęły jeszcze jedne schody - strome, pionowe wręcz niczym drabina. Wyglądało to tak jakby na najwyższym piętrze ktoś dobudował "izbę" jak pawlacz, bo mieszkań mało a trzeba upchnąć całą patologię.
Jakiś cudem cały orszak wlazł tam i nikt, nawet ci ledwie trzymający się na nogach nie zrobili sobie krzywdy.
Stanęliśmy przed popękanymi drewnianymi drzwiami. Moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, poza tym w tym miejscu klatki wpadało nieco światła z zewnątrz, także mogłem obserwować Satanistę. Myślałem że wyciągnie klucz ...
... okazało się że nie. Wsadził rękę do wybitej dziury w drzwiach. Zamka do drzwi nie było. Gmerał tam przez chwilę. Nagle zawył KURWO JEBANA. Zaczął szukać czegoś na podłodze. Podniósł coś co wyglądało na mały metalowy albo drewniany hak. Wsadził go w tę dziurę i zaczął ponownie gmerać aż usłyszeliśmy jakieś dziwne metalowe kliknięcie a drzwi się otworzyły. Zweryfikowałem swe plany : "pół godziny to za wiele, pieprzyć konwenanse, spierdalamy za 5 minut".
Nadzieja matką głupich. Jeżeli po wejściu do kamienicy miałem jeszcze jakąkolwiek nadzieję (chyba tylko przez upojenie alkoholowe) to widząc jak Satanista otwiera drzwi za pomocą haka którym grzebał w dziurze - porzuciłem resztki tejże nadziei i uznałem że nic co dojrzę wewnątrz nie zdoła mnie już zaskoczyć.
Gdy weszliśmy, gospodarz zapalił lampkę - więc jednak, pomimo ciemności na klatce, do kamienicy musiał być podłączony prąd (chyba że działała na baterie, nie przyjrzałem się). Pokoik, a raczej izbę oblało na tyle światła że można było od biedy nazwać to co nastało "półmrokiem".
Pokoik miał może z 4 na 5 metrów. Co (jednak !) mnie zaskoczyło to to że nie było żadnych drzwi. Nic, nada. Nawet drzwi prowadzących do jakiegoś kibla - uderzyło mnie to od razu. Ot, dziurawe drzwi którymi weszliśmy oraz duże okno naprzeciwko nich. Ten pokoik stanowił zarazem całe mieszkanie.
W pokoju znajdowały 3 (oddalone od siebie na tyle ile się dało) łóżka-barłogi. Pośrodku stał mocno odrapany stolik, pełen dziur, pozasychanych (chyba) glutów i pozdzieranych naklejek które pamiętały jeszcze pewnie komunę. Jedyną rzeczą która była tutaj nowa była wielka plazma (orzechy przeciwko diamentom że kradziona ?) ktora jednak stała na wysokości kolan, na drewnianym czymś co zapewne było kiedyś taboretem. Sam telewizor nosił na sobie ślady które widać było nawet w półmroku - jakby by jakiś czas temu obrzygany albo oblany a nikt nie zadał sobie dostatecznie wiele trudu by wyczyścić go bardziej aniżeli "z wierzchu".
Tyle dojrzałem w tym półmroku. Nie dostrzegłem wtedy nawet że w najdalej oddalonym barłogu ktoś śpi pod kocami.
"Cóż, nie jest tak źle" - pomyślałem wtedy - "Mam co najmniej dwoje sprzymierzeńców, trzeźwego kumpla i trzeźwą kumpelę. Kiedy powiemy zaraz że czas spierdalać z tej jakże zacnej domówki to oni od razu mnie wesprą. Tamta pijana dwójka będzie się upierać żeby posiedzieć (z lenistwa i pijaństwa) ale zaciągniemy ich. Dżony Snajper będzie udawał zaskoczonego ale też się nie będzie się opierał widząc gdzie my jesteśmy. Satanista z kolei mnie nie obchodzi.
Cóż i tak pozostaje się cieszyć że nie znaleźliśmy się wśród 20 wytatuowanych i zaćpanych koksów."
Usiedliśmy na łóżku blisko drzwi. Ja, moi trzeźwy i nietrzeźwy kumple. Obok walnęliśmy tę nawaloną koleżankę. Ta trzeźwiejsza kucnęła obok nas - nie chciała nawet siadać. Dżony jako jedyny usiadł z gospodarzem, chyba tylko po to by nie było głupio że wszyscy się gnieżdża z dala od niego.
Sataniście to jednak i tak nie przeszkadzało - feta, albo coś innego, dało o sobie znać - znów puścił z telefonu Słonia i wożąc się, porykując coś pod nosem łaził w kółko gibając sie jak Indianie w bajkach gdy tańczą wokół totemu.
Dżony walił jakieś niemrawe żarty by rozluźnić atmosferę. Satanista porykiwał śmiechem, tak samo mój pijany kumpel. Koleżanka która zgasła też chichotała od czasu do czasu, gdy coś do niej dotarło. Ci trzeźwi odpowiadali mruknięciami i półsłówkami. Było już jasne że TO jest ta cała "świetna domówka świetnego koleżki", a poza nami to gospodarz jest jej jedynym gościem.
Wysłałem Dżonemu wkurwione spojrzenie. Gdy spojrzał mi w oczy z drugiego końca pokoju, odpowiedział mi spojrzeniem, który przez wieloletnią znajomość zrozumiałem jako "no co ?".
"Ty już kurwa wiesz co" - wsadziłem telepatyczny przekaz w me spojrzenie i nić znajomości. Wzruszył ramionami.
Trzeźwa koleżanka zapytała czy wyjdę z nią na dwór na fajkę. Satanista od razu że tu można palić - jasne, przecież kurwa widzimy że pety leżą po całej podłodze. Ona jednak że chce wyjść na dwór w jakimś celu, chce pogadać. Wyszliśmy.
Na zewnątrz oznajmiła mi tylko że już tam nie wraca, że zamawia taksówkę i spierdala. Bała się, brzydziła - nie winiłem jej nawet za to że zostawia mnie tam. Dobrze wiedziałem co jest grane : my się będziemy męczyć i czekać aż ci pijani zdecydują się pójść stamtąd, oczywiście zbyt najebani by zrozumieć że to jedyna opcja którą rozpatrzył by każdy normalny człowiek. A nawet jeżeli zacznie to do nich docierać to Dżony będzie pierdolił że jest przecież fajnie a ci idioci będą wierzyć, nie wiedzieć czemu ulegając jego krasomówstwu.
Zapytacie pewnie - czemu nie napisać sms'a temu trzeźwemu kumplowi co został i nie odjechać we trójkę ? Odpowiedź jest prosta : zostawilibyśmy w patologii, poza Dżonym i tym pijanym kumplem - tę nawaloną do nieprzytomności koleżankę.
A nie ufałem tym dwóm na tyle by ją z nimi pozostawić. Wiedziałem że w popartej alkoholem naiwności gdy będą się zbierać to są w stanie ją zostawić tam, wierząc w słowo Satanisty że nic jej przecież nie będzie.
Wyobrażacie sobie co by się stało z upitą do nieprzytomności dziewczyną z dobrego domu gdyby została całą noc w takim miejscu, w łóżku naćpanego gnoja ?
Tak więc widzicie, sytuacja nie była zabawna. Podjechała taksówka, moja znajoma przeprosiła mnie po raz kolejny, wymusiła kolejną przysięgę że za nic nie zostawię tamtej i odjechała. Zapewniłem że nie mam jej tego za złe ale jednak, gdy odjechała, poczułem ukłucie żalu, odtrącenia i złości. Wróciłem na górę, pozbawiony jednego z dwóch sprzymierzeńców.
Znów pieprzony, odpowiedzialny ja, na którym można wymusić zadbanie o kogoś.
Gdy wlazłem na górę zobaczyłem całkiem "przyjazną" atmosferę - Dżony opowiadał jedną z niesamowitych opowieści ze swego życia. Obaj moi kumple zaśmiewali się do łez. Satanista nadal robił kółka, robiąc "tubę" z dłoni dla telefonu i też się czasem śmiał, choć nie wiem ile rozumiał. Nawet ta pijana dziewczyna zaczynała nieco kontaktować - chichotała a powieki były półprzymknięte. Dobry znak.
... złym znakiem było to że ten mój pijany kumpel pił inne piwo niż te z którym wszedł. Jego piwo, w puszce, stało koło jego nogi. Pił piwo butelkowe ... które jak zauważyłem musiało stać już niewiadomo ile w tym syfie i robiło nawet za popielniczkę bo pływały w nim pety. Miałem odruch wymiotny ale powstrzymałem się od rzygania. Delikatnie wyciągnąłem mu piwo z dłoni, udając że chce łyka, a tak naprawdę podmieniłem tę popielniczkę na jego piwo. Nie poinformowałem go. Przy odrobinie szczęścia nie złapie HIVa.
Usiadłem. Korzystając z tego że Dżony nadal opowiada powiedziałem dyskretnie trzeźwiejszemu kumplowi że zara bierzemy tamtą laskę choćby na plecy i wypierdalamy, z chłopakami albo bez.
Pokiwał ochoczo głową. Zrobiło mi się lepiej.
Niestety, najgorsze miało dopiero nadejść. Rozluźniłem się. Siedziałem między moimi dwoma kumplami, Dżony naprzeciwko a Satanista łaził po pokoju jak Indianin. Kumpela która została wpółdrzemała koło nas. Zrobiło się zabawnie, dodatkowo raczyłem się świadomością że niedługo bez problemów schodzimy na dół i wsadzamy dupska w taxi.
Postanowiłem wykorzystać tyle ile się da z tej nędznej sytuacji i oddać się zajęciu które lubię - ponabijać się z idioty. No bo w końcu Idioci to podludzie. Głupotę należy tępić., prawda ?
No i mam z bliskimi kumplami taką ... "zabawę". Jak zauważyliście ostatnio w modzie jest że różne ziomeczki odzywają się do siebie nawzajem per "mordo" albo "prawilniaku". No to my se robimy z tego jaja i przykładowo, dzwoniąc do kumpla, mówię do niego "No siema Prawilny Ryju" albo "Harda Paszczo" i tym podobne, aż do absurdu
I postanowiłem tytułować tymi imionami Satanistę. Wiedziałem że nie bardo będzie wiedział o co chodzi a moi kumple będą z tego zlewać. Satanista chrzani coś tam w stylu "Przybiłem kiedyś piątkę Eldo" albo "Raz zajebałem w nos dwie sztuki naraz, sam". A ja na te jego teksty odpowiadałem :
"No nie no, strasznie Prawilna z Ciebie Ryjówka" albo "Jesteś Najszpachwinniejszym z Dobrych Chłopaków Co Nie Sprzedają".
Tytuły robiły się coraz dłuższe i głupsze. Moi kumple, w tym Dżony, parskali śmiechem. Satanista był lekko zagubiony ale ... po każdym z moich komentarzy potrafił przybić mi piątkę i po krótkim przetrawieniu informacji zakrzyknąć "NO KURWA ! A JAK ! JEBAĆ KSIONDZÓW MORDO!"
Trwało to przez dłuższą chwilę, było nawet zabawnie. Miałem już zarządzać wyjście, kiedy nagle ktoś otworzył drzwi z kopa. Do wnętrza wpadła odziana w ortalion dziewczyna z nadwagą. Na mordzie pisała się agresja i głupota. Lat mogła mieć 20, a mogła 30 - przećpana i przepita facjata nie pozwalała dokładnie określić.
Miałem okazję oglądać pato-gatunek w środowisku naturalnym. I widziałem że wszyscy, nie wyłączając Dżonego Snajpera, jesteśmy zagubieni. W zachowaniu Satanisty i Grubej nie było niczego ludzkiego, niczego z czego normalny człek mógłby wywnioskować co się dzieje.
Zakładałem że sytuacja jest raczej nerwowa - ona stała w drzwiach zdyszana i rozczapierzona. On zastygł bez ruchu w połowie tego swego indianskiego tańca i patrzył na nią z otwartą mordą i miną przyłapanego dziecka. Stali naprzeciw siebie jak zwierzęta, który niby żyją w jednym stadzie, ale wciąż istnieje w nim walka o dominację.
"No co ?" - Bąknął. "CO SIĘ ODPIERDALA ?" - zawyła na niego. "niiic ... pijemy ..." - odparł.
Wyciągnęła zza pazuchy piwsko i usiadła z nami. Ot tak po prostu.
Kurwa mać. Co to było ? Myślałem że to jakaś sąsiadka której przeszkadzały rozmowy nocną porą (mimo darcia japy w całej kamienicy). Że to jakaś zaćpana agresywna mieszkanka. Że to jego współlokatorka, siostra, dziewczyna, który zrobiła sobie z nas jaja. Ale nie, nie otrzymaliśmy wyjaśnień. Ot, normalne zachowanie patologii. Usiadła i zaczęła, jak każdy niewychowany człowiek opowiadać coś o jakimś typie co ją wkurwił. Co chwila "zajebaniec zajebany" "ten chuj" itd. Żłopie to piwsko i opowiada. Chuj że nikt z nas nie wie o co chodzi ani kim ona w ogóle jest. Jeszcze żeby ona mówiła to tylko do Satanisty, ale gdzież tam - ona jeszcze do nas, co parę zdań opowieści "rozumiesz to kurwa jaki chuj?". Kiwałem głową gdy akurat pytała mnie, ale tak naprawdę nie rozumiałem bo po pierwsze nie słuchałem, po drugie mówiła nieskładnie a po trzecie nadal byłem w szoku po jej wtargnięciu.
Wejście Grubego Smoka miało jeszcze jedną konsekwencję : na najdalszym z barłogów coś się poruszyło - okazało się że spał tam jakiś niezauważony dotąd okolo 40letni mężczyzna. Rozejrzał się zaskoczony a po chwili jakby lekko zrezygnowany ale i wkurzony obecnością nieznajomych wstał. Spał w spodniach i koszulce, miał na sobie nawet buty. Nie był duży ani napakowany ale miał w wyrazie twarzy coś takiego że podświadomie wiedziałeś że nawet będąc trzykrotnie większy od niego nie powinieneś go zaczepiać.
A poza tym przeciwieństwie do Satanisty i Grubej ten Koleś miał w oczach inteligencję.
Satanista również i jego nie przedstawił. Mruknął mu cześć a my poszliśmy jego przykładem. Ten odmruknął coś, usiadł na łóżku i wyciągnął spod niego otworzonego już wcześniej Kasztelana. Najbardziej rozdarta osoba, czyli Gruba, pytała go o jakieś bzdury drąc mordę HEHEHE CO KURWA RUCHAŁES ŻE SIĘ SPAĆ CHCIAŁO CHYBA HEHEHEHEH. Koleś odpysknął jej coś pod nosem i nie zwracał na nią więcej uwagi, także zaraz i ona przestała.
Po pięciu minutach ja i mój trzeźwy kumpel zarządziliśmy wyjście. Dżony i Pijany Kumpel się ociągali, koleżanka jęczała w półświadomym sprzeciwie - jednak i tak zaczynali się zbierać. Zadowolony widziałem że koniec tej wielkiej pomyłki już w zasięgu ręki.
Nagle Rozbudzony Koleś, który tlił szluga i popijał swego Kasztelana odezwał się.
(Mnie już nawet nie zdziwiło że kolejna patologia go dobrze zna)
Nastała ciężka cisza, nawet Gruba się zamknęła. Od razu połapaliśmy się że chodzi o te "ryjówki" itp. Dżony zaczął coś niemrawo tłumaczyć, zganiać winę na ogół itd.
Koleś spojrzał jednak na mnie i powiedział "To Ty ?"
"No tak, ja."
Patrzył na mnie chwilę w ciszy paląc papierosa. Cisze można było już kroić nożem. Po chwili rzekł "Dobra beka stary" i uśmiechnął się.
Każdy jednak wiedział o co chodzi. To było celowe - facet był na tyle inteligenty że wiedział że zasieje w każdym przez chwilę ziarno niepokoju. Nie był niegroźnym głuptasem jak jego znajomkowie.
"Posiedźcie sobie z nami jeszcze, mam bimber, z chęcią go otworzę i was poczęstuję."
Mialem zaoponować, tym bardziej że to brzmiało bardziej jak rozkaz niż zaproszenie, ale Dżony i Satanista ucieszeni tą wielką zgodą która nastała zaczęli wiwatować. Mój pijany kumpel dołączył do nich. Koleżanka znowu zasnęła.
Spojrzałem na mego trzeźwego kolegę. Wzniósł oczy do nieba. Sytuacja która już tak ładnie się rozwinęła znów zaczęła wyglądać beznadziejnie.
40latek pogrzebał chwilę pod łózkiem i wyciągnął mocno sfatygowaną butelkę po litrowej wodzie mineralnej. Przezroczysta zawiesin która ją wypełniała była zapewne tym wspomnianym bimbrem.
Zacząłem obmyślać plan który pozwoli grzecznie ale stanowczo odmówić spożycia oraz opuścić ten lokal wraz z kolegą i nieprzytomną dziewczyną - niemniej jednak podświadomie czułem że obudzenie się tego starszego faceta będzie przeszkodą cokolwiek bym nie wymyślił ... Zgred łyknął solidnie bimbru, po czym podał go reszcie patologii - Sataniście i Grubej. Nie zdziwiło mnie że również i oni ochoczo pociągnęli ze sfatygowanej butelki po Muszyniance, tak samo jak nie zdziwiło mnie że Dżony Snajper i mój pijany kumpel równie chętnie przyłożyli do niej usta.
Sam bimber mnie nie odrzucał, brzydziłem się raczej myślą dotykania wargami czegoś co dotykały wcześniej te zwierzęta i leżało tutaj Bóg wie ile, służąc być może wcześniej za toaletę (przypominam, w tej izbie nie było nawet łazienki a nie sądziłem by za każdym razem te opijusy biegały z samej góry do jakiegoś wychodka na zewnątrz - oczami wyobraźni widziałem retrospekcję w której patosy odlewają się do butelki a parę dni później wylewają szczyny by nalać do niej bimbru).
Kiedy zechcę to potrafię być asertywny - powiedzieć NIE i tyle, mimo irytującego pierdolenia nie dać się przekonać gdy naprawdę czegoś nie chcę. Kiedy, na propozycję bimbru odparłem że ja spasuję mam dość, rozległo się ogólne trajkotanie z którego wyławiałem jedynie "No co Ty Mordo" "Dawaj, pij, nie pierdol", "Pijemy wszyscy, nie wal w chuja" "Ej jestem satanistą, a wiesz czemu ? Bo słucham Słonia" i tym podobne. Zbywałem to wszystko gestem "Talk to the motherfuckin' hand".
Do momentu kiedy Zgred wstał i podszedł do łóżka które dzieliłem z kolegą i koleżanką, pofatygował się pod sam mój ryj z tą swoją butelczyną i bardzo spokojnie powiedział "Musisz się napić, jesteś moim gościem a to bimber mojej roboty. Nie wypada chociaż nie skosztować."
"Dobrze, skoro to Twoja robota to wezmę łyka choćby dla spróbowania" - odparłem z przesadną teatralnością, co miało wyglądać przemienienie sytuacji w żart - a tak naprawdę było moją próbą bezkonfliktowego wyjścia z niej.
Nie podobał mi się ten staruch. Było z nim coś nie tak. Najbardziej nie pasującą do niego rzeczą były oczy w których widać było przenikliwą inteligencję - tak oderwaną od jego aparycji, kamratów i otoczenia że aż zdawały się być groźne i nie z tej bajki. Może przywiązuję do tego za dużą wagę ale czytałem z nich jakiś zimny sadyzm i podłość.
Cóż, może popadałem w lekką paranoję ale miałem ku temu powody - gość był dziwnie nachalny. Widziałem że niezbyt pasuje mu nasza obecność, nie zachowywał się jak ten zapijaczony Satanista który skakał wokół nas jak piesek by było nam fajnie, a pomimo to wciąż nalegał by zostać chwilę dłużej, by siedzieć tam i z nim pić.
Nie podobało mi się też spojrzenie którym oblepiał co chwila ciało naszej nawalonej koleżanki. A ta jak wiecie to ona była jedyną kotwicą trzymającą mnie jeszcze w tym miejscu - bez niej wyszedłbym stamtąd w trybie natychmiastowym i wsiadł w taksówkę nim ktokolwiek by się kapnął - sztuczka trudna do wykonania gdy niesiesz pijaną dziewczynę.
Tak więc siedziałem tam rozkminijąc plan ucieczki i pogłębiając się w paranoi że Zged chce nas upić bo chce nas/kogoś z nas w jakiś sposób skrzywdzić. Nie pytajcie mnie dlaczego w to wierzyłem - tak po prostu było, szósty zmysł mi to komunikował naprawdę wyraźnie. Chce nas upić by okraść ? Chce się ze mną napierdalać za te "harde ryjówki" ? Chce czekać aż padniemy albo da się nas wygnać i spróbuje przelecieć tę dziewczynę ? Albo może po prostu patologiczny umysł nakaże mu zachowanie którego normalny umysł nie przewidzi i nagle wyciągnie na nas bez powodu kosę ?"
Tak czy siak dzwonek w głowie bił na alarm.
A co do bimbru który trzymałem w dłoni to zostałem uratowany przez niespodziewane szczęście - Zgred stał nade mną i skurwiel naprawdę wyczekująco patrzył czy skosztuje (moja paranoja podpowiadała mi że mogły być tam proszki nasenne xD) ale wydarzyło się coś co odwróciło jego uwagę.
Satanista wyciągnął skądś saszetkę z białym proszkiem i zawył tryumfująco. Kilka "głodonosków" zaczęło również zacieszać, w tym Dżony i Grubaska. Zgred odwrócił się jak oparzony.
"Te, te, te, kurwa ! Satanista ! Pozwolił Ci kto ?" - Zgred rzucił się przez pokój jednym susem i wyrwał mu proszek z ręki. Gruba, Satanista i Dżony Snajper zaczęli od razu się z nim kłócić.
Powstało zamieszanie, Dżony od razu wyliczył ile kto z nas zajebie w nos i próbował się doprosić by Zgred posypał nam wszystkim. Wyciągnął portfel i zaczął się z nim rozliczać. Zgred jednak nie chciał się dzielić. Powstało zamieszanie.
Znałem już patologię na tyle że wiedziałem że przez najbliższe 3-4 minuty Zgred będzie oponował, oni będą go przekonywać, Dżony wzbije się na wyżyny krasomówstwa, padną obietnice że jutro rano dostanie tyle prochu że mu się to zwróci z nawiązką itd. Aż w końcu Zgred da się przekonać i zacznie się sypanie.
Niezmienny rytuał odprawiany przez Podludzi niczym Zdrowaśka klepana przez mohera.
Niemniej ucieszyłem się z zamieszania. Położyłem butelkę z tym niby-bimbrem na usyfionej pełnej petów podłodze. Puściłem oko to mego trzeźwego kumpla.
"My już łyknęliśmy, nie ?"
"No oczywiście że tak."
W tym czasie patologia dokończyła swe wielkie biznes plany i zaczęło się sypanie "szczurów" na upierdolonym taborecie.
Zgred przypomniał sobie o swoim bimbrze i podczas gdy Dżony i Satanista sypali (w asyście Grubej która darła na nich mordy tak jakby dzielili złoto które zajebała z Fortu Knox) podszedł do nas.
"Czemu nie pijesz ?"
"Bo już wypiłem"
"Co ty pierdolisz ?"
Podniósł butelkę na wysokość oczu i przyjrzał się jej.
"CO TY KURWA PIERDOLISZ ŻE PIŁES JAK NIC NIE UBYŁO ?"
"Uspokój się człowieku, wziąłem małego łyka na spróbowanie, dlatego ubyło mało".
Położył mi butelkę na kolanach.
"Pij kurwa tak żebym widział, teraz przy mnie."
Oho, zaczęło się. Udawałem szok.
"Coo ? O co ci biega ? Dlaczego niby ?"
"No pij kurwa !"
"Nie, mówiłem ci że jestem najebany i nie chcę już pić - wziąłem łyka dla spróbowania bo to bimber Twojej roboty i mi styknie. Czemu Ci tak zależy ?"
"NIE PIERDOL NIC NIE WYPIŁES"
Dopiero teraz ekipa która zajmowała się sypaniem kapnęła się że zaczyna się jakaś awantura.
  • Ej, daj spokój, przecież wypił, widziałem - powiedział Dżony Snajper.
  • No przecież widzę że nic nie ubyło ! Nie pił !
  • Możesz mi wyjaśnić - zapytałem, korzystając że cała uwaga się skupiła na nas - dlaczego aż tak ci zależy żebym się napierdolił ?
Zapadła cisza, Dżony uznając że kryzys już zażegnany zaczął niemrawo opowiadać coś Grubej i Sataniście, próbując rozluźnić atmosferę.
Zgred patrzył się na mnie nienawistnym spojrzeniem. "Co ty planujesz skurwielu ?" - pomyślałem sobie. Przecież wiedziałem że tak naprawdę ani przez chwilę mu nie chodziło o to bym zakosztował i ocenił jego kunszt. Wiedziałem że nie rzuci żadną odpowiedzią, wymówką usprawiedliwiającą dlaczego chce być pewien że każdy z nas się napił tego syfu. No bo co miał powiedzieć ? "Mam nadzieję że będzie w stanie umożliwiającym mi przejrzenia waszych portfeli i zgwałcenie znajomej ?"
"Dobra, tej, chuj z tobą, więcej dla nas." - powiedział Zgred. Odchodząc mruczał coś pod nosem po o ciotach co się boją pić, ale uznałem że udam niedosłyszenie tej zaczepki. Zacząłem się coraz bardziej czuć jak w surrealistycznym śnie, gdzie stado szczęśliwych lemmingów prowadzone jest na rzeź przez wilka przebranego za jednego z nich a ja jako jedyny znam prawdę, wiedząc że nikt mi nie uwierzy.
Spojrzałem na mojego trzeźwego kumpla. Miałem wyrzut do niego że podczas słownej szarpaniny o bimber milczał jak mała pipka patrząc się w podłogę, ale z drugiej strony cieszyłem się że widzę po jego spojrzeniu że ma podobne odczucia co i ja, a sprzymierzeniec, choćby i milczący, był mi teraz na wagę złota. Reszta była zajęta sypaniem.
Namawianie zaczęło się od nowa, tym razem poszło o ćpanie. Szczerze mówiąc to nawet nie wiem co to było - stawiałbym że jakaś feta najgorszej kategorii, bo o kokę to bym tych biednych robaczków nawet nie śmiał podejrzewać.
Oczywiście odmówiłem. Nie to żebym był jakimś przeciwnikiem dragów. Wszystko jest dla ludzi, to po pierwsze. Ale tak jak z alkoholem - dragi muszą być odpowiedniej jakości a sytuacja i ludzie muszą być na poziomie. Ćpać syf z brudnego taboretu w towarzystwie tych wszy to gorsze niż picie taniego jabola z menelami pod sklepem o 6 nad ranem.
Poza tym nawet gdybym był mnie wybredny to pozostaje mój brak zaufania do Zgreda.
Tym razem jednak namawianie nie było aż tak nachalnie - widocznie w głębi serc cieszyli się że więcej dla nich, a to z pewnością cieszyło ich bardziej aniżeli tamten bimber.
Uznałem że nie jest tak źle - zaraz wkręcą się w gadke a ja w tym trajkotaniu zarzucę sobie znajomą na ramię i wyjdziemy.
Niestety, Zgred podszedł nagle do nas ponownie i ku mojemu zdziwieniu zaczął szturchać ramię naszej koleżanki.
  • Hej, Królewno. Chcesz szczura ? Dawaj, zostało bo koledzy się bali, wiesz ? Chodź, weźmiesz ich porcję to będzie ci lepiej, otrzeźwiejesz od razu.
  • Daj spokój, ona tego nie chce, to po pierwsze, a po drugie to ona nie ogarnia. Nie widzisz że zasnęła ?
Zgred jakby mnie nie widział. Trzymał jej rękę na ramieniu i nadal "królewnował". Naprawdę nie chciałem by się to skończyło na rękoczynach, ale wiedziałem że : A - same słowa na niego nie podziałają. B - jak go odepchnę od niej, nawet delikatnie, to tylko na rękoczynach się to może skończyć.
Nie żebym bał sie bójki samej w sobie. Gorzej że miałem do czynienia z pijaną i naćpaną patologiczną postacią która przegrała życie. Kto wie co takiemu strzeli do łba ? Poza tym byliśmy w siedlisku takiego bydła.
Także tak, uniknięcie rękoczynów było naprawdę wysokim priorytetem. A to że gość mnie nie lubi czułem już od momentu gdy zapytał Dżonego kto z nas robił sobie jaja z Satanisty. Nie wypicie bimbru i zapytanie go dlaczego tak mu zależy pogłębiło tylko tę naszą wzajemną niechęć.
"Nie lubi Cię bo tylko ty jesteś tu na tyle ogarnięty by robić za zawór bezpieczeństwa który nie da ponieść się tej ekipie bo wie co jest grane" - powiedziała mi moja stara, dobra paranoja.
Koleżanka rozbudziła się lekko, na tyle by wyjęczeć "nie chcę" i zgasnąć ponownie. Zgred stał nad nią i zapytał jeszcze z 5 razy "czy aby na pewno" i odpuścił dopiero gdy wyjęczała coś co od biedy można było uznać za "acha".
Myślałem że da sobie spokój, ale nie - wrócił z bimbrem i usiadł na krawędzi łóżka. Tak blisko niej że dotykał ją całym bokiem swego ciała. Odkręcił butelkę i próbował jej podsunąć ją pod samą twarz. "Napij się, dawaj". Gdy nie było odpowiedzi to próbował ją znowu szturchać - tym razem szturchanie przypominało raczej klepnięcia w tyłek.
Miarka się przebrała, objąłem ją ramieniem i odsunąłem od niego na ile się dało - tak że mój trzeźwy kumpel który siedział na drugiej krawędzi łóżka niemal z niej zleciał, ja znalazłem się na jego miejscu, a ona na moim. "Kurwa mać człowieku, sam jej przed chwilą chciałeś dać fety na otrzeźwienie a teraz chcesz ją poić bimbrem ? Nie widzisz w jakim jej stanie czy po prostu chory jesteś ?"
Typ patrzył na mnie szklistym od używek spojrzeniem. Był wkurwiony nie na żarty, widziałem że ma wielką chęć po prostu mi zajebać, ale wstrzymuje się. W zasadzie to nie wiem czemu - wydawało mi się że gość był niespełnionym samcem alfa który nagle kapnął się że niczego w życiu nie osiągnął a najlepsze lata już za nim. Tacy frustraci zawsze są skorzy do walenia w ryj. Nie wiem, może nie chciał jeszcze tracić przyjaznej maski przed resztą ekipy ?
Niemniej i tak zrobił coś godnego naćpanego niedorozwoja - złapał ją za drugie ramię ... i pociągnął w swoją stronę, dość mocno. Rozumiecie ? Jak pieprzony jaskiniowiec, chciał chyba żebyśmy siłą wyrywali sobie oniemiałą kobietę, i chyba myślał że ten który wygra w tej parodii przeciągania liny będzie miał niekwestionowane prawo wbicia w nią swego fiuta.
Dobra, nie ma co zwlekać i czekać na okazję, zrozumiałem że później może być tylko gorzej. Wstałem. Zacząłem jej pomagać wstać, ale ten pijany cwel, nadal leżąc na łóżku zaczął ciągnąć ją na ten paskudny barłóg.
"Co wy robicie ? Gdzie idziecie ? Siedźcie kurwa, no co wy ?"
Wyszarpnąłem jej rękę z jego uścisku, bez agresji ale stanowczo, jednocześnie szykując się na cios na odlew, który na szczęście nie nastąpił. Mój trzeźwy kumpel pojął w lot i stanął koło mnie. Reszta zaczęła się nam przyglądać.
"Chcecie już iść ? Szkoda ..." - powiedział Dżony Snajper. Widziałem że z jednej strony mu głupio bo rozumie w co nas wpętał, ale z drugiej nie chce przynać że ci Idioci to podludzie, przecież to tylko pijackie niegroźne żarty przeciwników systemu i norm społecznych, nieprawdaż ?
Podczas gdy kolega pomagał mi prowadzić kumpelę do drzwi, Zgred wstał i stanął zagradzając je.
"Ej to jak chcecie wypierdalać to droga wolna, ale koleżanka powinna zostać. Otrzeźwieje na spokojnie jak się prześpi i posiedzi sobie z nami"
"Nie, wydaje mi się że ona ma na dzisiaj dość wrażeń, wiesz ? Powinna iść do domu" - powiedziałem i zrobiliśmy krok w stronę drzwi.
"Nie, nie powinna" odparł spokojnie.
"Ej stary ..." - zaczął Dżony
"Zamknij mordę, nie do Ciebie mówię" - rzucił mu Zgred.
Rzuciłem okiem po towarzyszach. Wiedziałem że na Dżonego niby mogę liczyć gdyby Zgred się na mnie rzucił, ale nie pocieszało mnie to. Grubaska patrzyła na nas. Była wprost obrzydliwa, wcierała sobie resztę fety w dziąsła i chłonęła nasz widok, podniecona wiszącą w powietrzu atmosferą możliwej bójki na pięści dyszała ciężko. Satanista z rozdziabioną mordą rzucał oczami od jednej osoby do drugi. Mój nietrzeźwy kumpel zgasł i nic go już nie obchodziło. Nie widziałem tylko tego który pomagał mi trzymać dziewczyną ale widziałem że się boi a ręka mu się lekko trzesię. Cóż, nie winiłem go wcale.
"Odejdź od drzwi, ona musi wyjść"
"Ty wypierdalaj ale ją zostaw"

submitted by koops6 to JBwA_SekcjaPast [link] [comments]


2018.04.23 11:52 SoleWanderer Narodowcy donoszą na prezesa do Wyborczej. Śmiertelny wróg prosi o pomoc: No szczerze, nie znosimy gnoja

Kawaler Krzyża Zasługi do żony: - Masz wykonywać polecenia, moje i mojej mamy, inaczej będę cię traktował jak sukę – Jest pan moim śmiertelnym wrogiem – oświadczył męski głos w słuchawce. – A jednak do nikogo innego nie mogę się zwrócić o pomoc. Jestem narodowcem z Lublina. Mamy tu problem. Przewodzi tu nami paskudny człowiek. Znęca się nad rodziną, zarabia na weteranach, a sam kreuje się na wzór do naśladowania. Jest odznaczany przez państwo. Wielu z nas się to nie podoba. No, szczerze: nie znosimy gnoja. Ale bez pomocy się nie oczyścimy. Po naszej stronie nikt raczej tego nie opisze, nie chcą kalać gniazda. Ale ja już nie mogę patrzeć, czuję wściekłość, sumienie mi nie daje spokoju. Inaczej bym się do śmiertelnego wroga nie zwracał, czy pan to rozumie? On nazywa się Karol Wołek i jest prezesem Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Proszę mu się przyjrzeć. Na razie chyba nie powiem więcej.
Szczerze przyznam, aż mną telepie, że z panem rozmawiam.
Roman Kroczący Karierę prezesa Wołka można by zmieścić w październikach.
Październik 2007 roku. 24-letni działacz Młodzieży Wszechpolskiej lokuje się tylko dwie pozycje pod Romanem Giertychem na liście LPR w wyborach do Sejmu. Nie dostaje się.
Giertych dzisiaj: – Wołek? Co za Wołek? Jakaś płotka. A ja z tymi świrami nie mam już nic wspólnego.
Październik 2010 roku. Czytelnicy z Lublina skarżą się, że kioskarze wkładają do środka „Wyborczej” „Gońca Lubelskiego”, czyli miesięcznik lubelskiej Młodzieży Wszechpolskiej. Robi się afera. Kioskarze tłumaczą, że „przyszły jakieś studentki i tak właśnie poleciły im robić”. Naczelnym „Gońca” jest wtedy 27-letni Wołek.
Październik 2014. Dwie osoby próbują zagłosować przez internet na lubelski budżet obywatelski. System komputerowy wyświetla błąd – już oddali swój głos. Sprawę bada ratusz. Okazuje się, że głosy przynajmniej 20 osób w internetowym głosowaniu zostały oddane bez ich wiedzy i zgody. Wszystkie na trzy projekty. Pierwszy to postawienie pomnika Romana Dmowskiego w okolicach lubelskiego Zamku (miałby kosztować 499 tysięcy złotych). Drugi – Szlak Pamięci Żołnierzy Wyklętych, trzecim jest zorganizowanie Uroczystości Narodowego Dnia Pamięci Wyklętych. Autorem wszystkich trzech jest 31-letni Karol Wołek.
„Dmowski mógłby zostać pokazany dynamicznie. Idąc, krocząc, obrazując dynamizm swej działalności i innowacyjności” – opisuje przyszły pomnik Wołek. W tym czasie jest nauczycielem historii i WOS-u w Gimnazjum nr 19 im. Józefa Czechowicza w Lublinie. Pnie się też po szczeblach Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, to organizacja kombatancka, zrzesza weteranów polskiego nacjonalistycznego podziemia z czasów II wojny. Powstała w 1990 roku. Ma oddziały w całej Polsce. Opiekuje się weteranami, organizuje rajdy, edukuje w duchu narodowym, wydaje publikacje o Wyklętych. Wołek jest tu najpierw skarbnikiem, a potem wiceprezesem.
Październik 2015. Umiera Zbigniew Kuciewicz. Kombatant, żołnierz NSZ-u, uczestnik powstania warszawskiego. I dotychczasowy prezes ZŻ NSZ. Na nowego prezesa kombatanckiego związku zostaje wybrany 35-letni Karol Wołek.
Tego października wybory wygrywa też Prawo i Sprawiedliwość.
Nowy prezes związku nie mógłby mieć większego szczęścia, otwierają się nowe możliwości. Wołek zgłasza się po dotacje, zapraszany jest na uroczystości, udziela wywiadów, przemawia. Najczęściej o tym samym: wychowywaniu młodego pokolenia, kształtowaniu młodzieży, wartościach, które należy jej przekazać, i wzorcach, które trzeba w sobie umacniać.
Październik 2017. Prezydent Andrzej Duda decyduje o przyznaniu Karolowi Wołkowi Srebrnego Krzyża Zasługi.
„Do lasu pana nie wywiozę” – Teczkę z papierami, z którymi powinien się pan zapoznać, zostawię do odbioru w sklepie spożywczym Pokusa w Lublinie. Miałem już nic nie mówić, ale nie zdzierżę – słyszę po kilku dniach ten sam męski głos w słuchawce.
Potem zmienia jednak zdanie.
– Chyba za duże ryzyko. Jeszcze mnie ktoś zobaczy, jak to zostawiam? Zróbmy inaczej. Proszę czekać na przystanku autobusowym o 16.45. Przyjadę autem – mówi. – I niech pan się nie martwi, do lasu przecież pana nie wywiozę – dodaje.
– Dopiero w tym momencie zacząłem się martwić – odpowiadam.
Przez chwilę słychać tylko szum.
– Co ja robię, no co ja, kurwa, robię? Z „Wyborczą”? – woła. I zaraz wzdycha. – Trudno. Są sprawy ważniejsze. Czołem! – rozłącza się.
Czekam w deszczu. Spóźnia się. Stare auto, trzeszczy w nitach, wyje.
– Ma pan całkiem sympatyczną twarz… – otwiera drzwi i przekrzykuje warkot silnika.
– Dziękuję…
– …jak na kogoś z „Wyborczej”! Dziwna sprawa, czuję do pana zaufanie, powiedziałbym, metafizyczne. Nawet moglibyśmy się zakumplować. Oczywiście gdybyśmy nie byli żołnierzami w przeciwnych okopach. Proszę – wręcza teczkę.
„...znęcał się psychicznie i fizycznie nad żoną. Wszczynał awantury, podczas których wyzywał ją słowami wulgarnymi, poniżał, szarpał, popychał, kopał po ciele, uderzał w twarz, w nocy nie dawał spać, ściągając kołdrę, i polewał zimną wodą, zabraniał kontaktu z rodziną...” – czytam.
To kserokopia aktu oskarżenia. Karola Wołka.
– Gnój. Widzi pan, jaki gnój? – auto pruje dalej przez miasto. – A to nie wszystko, to początek, zobaczy pan. Co zrobił ze Związkiem Żołnierzy NSZ? Prywatny folwark! Trzepie kasę na naszych weteranach, ciągnie na nich od państwa. A jak ostatnio jeden potrzebował pomocy, to się na niego wypiął. Ja to bym sprawdził te jego fundacyjki w KRS. Ależ, kurwa, jestem wściekły!
– To po co go wybraliście?
– Bo on nas oszukał. Nie wiedzieliśmy, zataił przed nami postępowanie. A potem powyrzucał ludzi, obstawił się kolegami. Niektórzy postraszyć potrafią, jak ten kafar z Poznania – „Globus”. Weteranów NSZ-u, starszych ludzi, którzy nigdy nie splamili honoru, nie szanuje. Któryś jest przeciwny, to wyzywa od komuchów i kabewiaków [Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego – walczący z niepodległościowym podziemiem]. I kasę trzęsie, razem z matką.
– Z matką?
– Tak, bo on to wszystko robi razem z matką. Pan się przyjrzy. Więcej nie powiem.
– A dlaczego sami się nie przyjrzycie?
– Przyglądamy się, ale ręce mamy związane. Taki jest klimat, prezes dobrze dogaduje się, z kim trzeba. Nikt po naszej stronie tego nie opisze, na swojego nie doniesie. Tu się zatrzymam i pana wyrzucę, dobra?
– Może powie pan coś więcej?
– Nie mogę. Muszą być jakieś granice. Żebym wewnętrznie też czuł, że nie wszystko powiedziałem, jak kolaborant. Naprawdę mi z tym niedobrze. To nasze ostatnie spotkanie.
Dzikuś w zamrażalniku Lublin to narodowo-radykalna twierdza. Tu mieszka Marian Kowalski, były kandydat na prezydenta. Stąd pochodzi Artur Zawisza, jeden ze współtwórców Ruchu Narodowego.
Tu urodził się Mariusz Szczerski, wokalista zespołu Honor. Tu otworzył się pierwszy w Polsce nacjonalistyczny kebab – Prawdziwy Kebab u Prawdziwego Polaka. Tutaj rocznicę powstania świętuje też ONR.
Siedzibę ma Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych.
Chodzę po Lublinie, czytam akt oskarżenia, rozmawiam z ludźmi, którzy znają Wołka. Nikt nie zgadza się rozmawiać pod nazwiskiem.
– Ale dlaczego nie?
– Mowy nie ma. To mściwy człowiek. Odklejony całkiem. Całe jego zajęcie w życiu to sprzedawać ludziom wielkościowe bajki o sobie – słyszę od dawnego bliskiego znajomego.
– Co to znaczy? Kłamie?
– Ja bym tego nie nazwał kłamstwem. Ten stół jest brązowy, tak? A on się uprze, że czarny, uwierzy w to i będzie tego bronił. I nazwie idiotą każdego, kto zasugeruje co innego. A jak sobie coś wkręci, to jest nieobliczalny.
– W jaki sposób?
– Opowiem historię. Kilka lat temu wyjeżdżali z żoną do pracy na Wyspy i zwalniali mieszkanie. Ale mieli problem, co zrobić z królikiem, którego hodowali sobie od roku. Nazywał się, zdaje się, Dzikuś. Jego żona postanowiła oddać Dzikusia siostrze. Tylko że w nocy sprawą zajął się Karol.
Zasiekał go nożem myśliwskim, oskórował, a potem włożył do zamrażalnika. Tłumaczył, że chce zaoszczędzić siostrze kłopotu, a królik się przecież nie zmarnuje. Jego ojciec jest myśliwym i Karol też często nosi nóż myśliwski przy pasku. Ale, Chryste, ten królik miał imię.
Według aktu oskarżenia Wołek zaczyna się znęcać nad żoną po wyjeździe do Szkocji. Poznali się na studiach historycznych, ślub wzięli po obronie prac magisterskich i wyjechali.
Prezes Wołek jeździ tam na wózku widłowym. Złości się, że musi pracować fizycznie. Frustrację wyładowuje na żonie – najpierw popycha, krzyczy albo ignoruje. Gdy ona nie zgadza się z jego zdaniem lub gdy zachowuje się inaczej, niż on sobie życzy – karze ją. Na przykład brakiem snu. Przez całą noc – sam nie śpi, bo zarywa nocki na grach strategicznych – polewa ją zimną wodą.
Potem pojawiają się wyzwiska: idiotka, nierób, pasożyt.
Mówi: – Beze mnie nic nie znaczysz.
W Szkocji rodzi im się córka, ale teściowej, która chciałaby wnuczkę zobaczyć, zakazuje przyjeżdżać w odwiedziny. Żonie zabrania dzwonić do rodziców w jego obecności.
„Słuchaj mojej matki” Po powrocie do Polski kupują mieszkanie, którego współwłaścicielką ma być także matka Wołka.
Zbuntowany narodowiec z Lublina: – Są ze sobą bardzo zżyci. Na wyjazdach z weteranami do Holiszowa zawsze śpią razem w pokoju. W Polsce, w obecności matki, agresja narasta. „Masz wykonywać polecenia, moje i mojej mamy. Inaczej będę cię traktował jak sukę” – oznajmia. Innym razem: „Mamusia jest chora psychicznie” (do córki), „A spierdalaj z tym dzieckiem”, „Pasożyty, jecie sobie na mieście, a mnie zostaje jakiś syf” (wyrzuca jedzenie dziecka do kosza).
„Patrz, mamo, zwierzęta mają przynajmniej instynkt. A ta?” – pyta matkę, pokazując swoją żonę palcem. Lubi taką zabawę: pstryka jej palcami po głowie tak długo, aż wyprowadzi z równowagi. Wrzeszczy, że nie uprasowała mu majtek.
Całą karierę Karola Wołka można by zmieścić w październikach i teraz też jest październik (26): on krzyczy i popycha, ona bierze córkę na ręce i próbuje uciec do innego pokoju. Wołek zagradza im drogę w korytarzu. Szarpie, uderza pięścią w twarz. Gdy ona się przewraca, kopie ją, leżącą na ziemi.
Ona ściska w tym czasie ich roczną córkę.
Obok, w kuchni, siedzi w milczeniu jego matka.
„Nie przesadzaj” – mówi, gdy słyszy płacz synowej.
Tego dnia żona decyduje się wyprowadzić do rodziców (on ma zdążyć jeszcze wypłacić z konta ich wspólne oszczędności, a także pieniądze z jej konta).
Obdukcja lekarska wykazuje ślady pobicia. Policjantka na komendzie nie chce jednak przyjąć zgłoszenia. Jedno przywalenie pięścią, proszę pani (macha ręką), jaka to przemoc, w każdej rodzinie się zdarza – od czasu do czasu. Zostaje przyjęte dopiero po interwencji prokuratora.
Sprawa za psychiczne i fizyczne znęcanie się nad żoną (dziś już byłą) toczy się jednak przeciwko prezesowi Wołkowi od 2012 roku. W 2015 roku został już raz skazany na sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu. Wyrok został jednak uchylony, sąd wyższej instancji doszukał się uchybień formalnych. Sprawa ruszyła ponownie, prokuratura podtrzymuje zarzuty i toczy się do dzisiaj. – Pan Karol Wołek robi wszystko, co możliwe, by odwlec ogłoszenie wyroku – mówi Franciszek Piątkowski, pełnomocnik byłej żony prezesa Wołka.
To znaczy: zgłasza się z nowymi wnioskami dowodowymi, żąda powołania nowych biegłych.
Na kolejną rozprawę w sprawie znęcania się nad żoną Karol Wołek również przychodzi z matką. On spokojny, cichy, ale pewny siebie. Ona cicha, elegancka, chłodna.
Przed wejściem na salę dyskutują o „żołnierzach wyklętych”.
Sam, w euforii, przepytuje biegłego, a potem swoją matkę, wezwaną na świadka.
– Oglądałam telewizję z synem, gdy nagle synowa weszła do pokoju i kazała mi się wynosić z domu. Była agresywna – zeznaje matka.
Pełnomocnik poszkodowanej: – Ale czy to znaczy, że to pan bał się żony?
Cisza.
– Tak, bałem się – odpowiada Wołek, odwraca się w stronę publiczności i posyła jej szeroki uśmiech od ucha do ucha.
I tym razem rozprawa nie ma finału – oskarżony składa wniosek o przesłuchanie pracowników firmy, która sześć lat temu pomagała jego byłej żonie w przeprowadzce, czy pamiętają na jej twarzy siniaki.
Wzorce rodzinne „Czyny przodków dostarczają wzorców postępowań, na podstawie których każda wspólnota ludzka wychowuje kolejne pokolenia. W ten sposób następuje przekazanie wartości, wiary, kultury, wiedzy i tradycji między kolejnymi generacjami. Dla funkcjonowania państwa narodowego wychowywanie obywateli w jednym systemie wartości narodowych i obywatelskich jest warunkiem przetrwania (...). Celem naszego działania jest kształtowanie młodzieży, która jest białą kartą i nie jest »zarażona” sposobem myślenia okupanta komunistycznego. Czasem lubię powtarzać zdanie: »Wychowajmy dzieci komunistom«. (...) musimy być zorganizowani i połączeni wspólną tradycją państwową, która dostarcza jasnych i konkretnych wzorców zachowań patriotycznych i obywatelskich” – pisze Karol Wołek w artykule „Przywracanie pamięci narodowej” (kwartalnik „Myśl.pl”, nr 2/2017).
„Zarabiam 26 złotych brutto miesięcznie” – pisze też prezes Wołek w kolejnej sądowej sprawie, właśnie pozywa córkę o zmniejszenie alimentów z 400 do 100 złotych miesięcznie (dziś jest już siedmioletnia, sąd orzekł, że może się widywać z ojcem tylko w obecności matki).
Swoje 26-złotowe dochody dokumentuje PIT-em. Żali się, że ma kryzysową sytuację materialną, o wiele gorszą niż po rozwodzie.
„Wtedy – tłumaczy we wniosku – pracowałem w swoim zawodzie nauczyciela historii i wiedzy o społeczeństwie”. Tłumaczy, że stracił pracę, a szkoła jest na etapie likwidacji.
„W moim zawodzie jest obecnie bardzo trudno o znalezienie pracy ze względu na niż demograficzny. Placówki ze względu na reformę edukacji są likwidowane, a etaty ograniczane lub obcinane w taki sposób, żeby dotychczasowi nauczyciele dotrwali do emerytury, na ułamkach etatu”. „Żyję bardzo skromnie”.
Na Facebooku zamieszcza jednak zdjęcia za kierownicą całkiem nowej kii optima.
Dzwonię do Szkoły im. Czechowicza w Lublinie. – Pamiętam! Dobry nauczyciel, żeby wszyscy tacy byli. Dzieci go lubiły – mówi Beata Teter, wicedyrektorka szkoły.
– To dlaczego został zwolniony?
– Zwolniony? No skąd. Sam odszedł. Podobno miał bardzo dużo pracy w tej swojej fundacji.
Oprócz prezesowania Związkowi Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych Wołek kieruje dwiema fundacjami i jednym stowarzyszeniem.
Wszystkie trzy mają siedzibę w mieszkaniu jego matki. Skład zarządów fundacji jest skromny, ale stabilny – prezesem jest zawsze Karol Wołek, a wiceprezesem lub skarbnikiem jego matka Bożena.
Stronę internetową posiada jedynie Fundacja im. Kazimierza Wielkiego.
(„Nazwa nie jest przypadkowa, skrót FKW miał pasować do jego imienia i nazwiska” – tłumaczy zbuntowany narodowiec z Lublina).
Na stronie fundacja zachęca m.in. do przelewania 1 procentu z podatku, choć zgodnie z prawem nie może go pobierać (bo nie jest wpisana na listę organizacji pożytku publicznego). Trudno w pierwszej chwili zorientować się, że dane, które podaje fundacja, należą do innej organizacji Wołka – Stowarzyszenia im. Kazimierza Wielkiego (wpisane jako OPP).
Najmłodsza, Fundacja Amor Patriae, ma się z kolei zajmować krzewieniem wartości patriotycznych oraz handlem detalicznym.
Zakłada ją w maju 2016 roku. W prestiżowej lokalizacji Pałacu Parysów Wołek razem z Wojciechem Rowińskim (skarbnik ZŻ NSZ) prowadzą tu dzięki fundacji przez kilka miesięcy sklep z odzieżą patriotyczną.
– Pieniądze, które zarabiamy, wydajemy na pomoc kombatantom – zapowiada Wołek w lokalnej prasie niedługo po otwarciu. Jednak potem sklep się zwija. Szyld wisi do dziś, ale w środku pustki.
– Nie wynajmujemy już powierzchni Fundacji Amor Patriae – mówią mi w spółce Menora, która zarządza lokalami, związanej z Józefem Godlewskim, królem Herbapolu. Więcej nie chcą powiedzieć.
– Tak, prowadziłem tam z nim sklep. Z „Wyborczą” jednak nie rozmawiam – rozłącza się Rowiński. Fundacja Amor Patriae do tej pory nie złożyła sprawozdań finansowych w KRS i nie rozliczyła się z działalności.
Z Krajowego Rejestru Sądowego (oddział w Świdniku) wyciągam za to sprawozdania finansowe drugiej – Fundacji im. Kazimierza Wielkiego. Przychody dwuosobowej, rodzinnej fundacji, zarejestrowanej w prywatnym mieszkaniu matki, robią wrażenie.
W 2015 roku to 408 tysięcy złotych (316 tysięcy z darowizn, 90 tysięcy z dotacji). Zysk: 136 tysięcy. W roku 2016 – 358 tysięcy złotych przychodu i 185 tysięcy zysku. Fundacja zatrudnia tylko jedną osobę – matkę prezesa.
Wycieczka za 45 tysięcy Przykładowy program dnia: godzina 5.30 zaprawa, 6.15 kąpiel, 6.30 śniadanie, 7.45 apel i modlitwa NSZ. Od godziny 8 – postawy strzeleckie, ogień, manewry i wynoszenie z pola walki. Od 14 – noże i broń krótka. O 20 czyszczenie broni, 21.30 modlitwa NSZ. 21.45 – capstrzyk.
Na taki 10-dniowy obóz szkoleniowy dla młodzieży, organizowany w 2017 roku przez Związek Żołnierzy NSZ, Karol Wołek dostał z Ministerstwa Obrony Narodowej dotację 49 tysięcy złotych. To nie zaskoczenie, bo państwowe pieniądze płyną szeroko na wszystko, co ma związek z „żołnierzami wyklętymi”. Haczyk jest gdzie indziej.
– Więc to jest tak: w sprawie dotacji prezes idzie do urzędów jako prezes Związku Żołnierzy NSZ. To poważna, uznana w środowisku narodowym organizacja kombatancka, opiekuje się weteranami. Ale umowy na dotacje projektów podpisuje jednak na swoją prywatną fundację, którą prowadzi razem z matką. Związek, którego prezesurę wykorzystuje, nic z tego nie ma – opowiada bliski współpracownik Wołka.
– Człowiekowi honoru nie przystoi zarabiać na dwóch rzeczach – komentuje z kolei zbuntowany narodowiec z Lublina, kiedy zdzwaniamy się kolejnego wieczoru. – Na kurewstwie nie wolno zarabiać, tak uważam, i na patriotyzmie też. Kurde, a tu wszyscy już wiedzą, że się pan zajmuje tematem. Nerwowa atmosfera. I rozglądanie się, który to dał cynk.
– A myślałem, że macie dość prezesa.
– Jasne, ale tego, kto wam doniósł, nikt szanować nie będzie.
Przeglądam faktury, umowy, wnioski.
W ciągu dwóch lat rządów PiS tylko z Urzędu ds. Kombatantów na Fundację im. Kazimierza Wielkiego Wołek dostał ponad 100 tysięcy złotych (w 2015 – 55 tysięcy, w 2016 – 39 tysięcy, w 2017 – 33 tysiące). Tyle miały kosztować m.in. rajdy piesze dla młodzieży i szkolne konkursy literackie (to statutowe zadania Związku Żołnierzy NSZ, którego jest prezesem, tymczasem Związek dostaje równe zero). Ponad 500 tysięcy złotych dotuje fundację Wołka Ministerstwo Obrony Narodowej.
Na przykład – autokarowa wycieczka w 70. rocznicę wyzwolenia niemieckiego obozu koncentracyjnego w Holiszowie przez Brygadę Świętokrzyską NSZ (wystąpienie z pocztem sztandarowym, spotkanie z władzami, położenie wiązanek i zapalenie zniczy) ma kosztować 45 tysięcy złotych. Nocleg i wyżywienie było we własnym zakresie weteranów. Co kosztowało tak dużo?
„Wydrukowaliśmy 20 tysięcy kolorowych ulotek w języku czeskim i angielskim o wyzwoleniu obozu” – pisze Wołek w rozliczeniu dotacji z Urzędem ds. Kombatantów (choć w uroczystościach brało udział kilkudziesięciu weteranów, kilku przedstawicieli miejscowych władz).
10 tysięcy złotych Wołek liczy za „promocję za pośrednictwem relacji prasowych, zdjęciowych, filmowych z przebiegu uroczystości”.
20 tysięcy złotych to koszt reprezentacji, przemarszu, wyposażenia, umundurowania Grup Rekonstrukcji Historycznej NSZ i pocztów sztandarowych” (choć to wolontariusze).
Rok później po pieniądze na wyjazd do Holiszowa Wołek zgłasza się do ministra obrony narodowej. Tym razem koszt autokarowej wycieczki ma wynieść już 122 tysiące złotych (prosi o 109 600 dotacji).
Rajd Pieszy im. Wincentego Sowy ps. „Vis” (dla młodzieży, po lasach wokół Janowa Lubelskiego) ma kosztować prawie 30 tysięcy złotych (MON daje 19 tysięcy).
Fundacja dostaje też na wydawnictwa i konkursy (Ogólnopolski Konkurs o Żołnie-rzach Wyklętych, „Przesłanie informacji o konkursie do mediów” – koszt 10 tysięcy złotych). Wołek zgłasza się także do MON-u po 300 tysięcy złotych na film – tytuł: „Dzik z NSZ”.
Kapujesz już? – pyta bliski współpracownik Wołka. – To dlatego tak wkurzył ludzi w środowisku. Przemoc domowa i alimenty to jedno. Chodzi o to, że pieniądze przeznaczone na cały Związek Żołnierzy NSZ i jego cele, ze wszystkimi regionami, poszły sobie teraz bokiem prosto do Wołka.
Srebrny Krzyż samozasługi Na wręczenie Krzyża Zasługi (12 grudnia) prezes Wołek wkłada czerwony krawat w paski. Ze wzruszenia szklą mu się oczy. W imieniu prezydenta odznaczenie przypina mu wojewoda lubelski Przemysław Czarnek.
To sympatyk narodowców, desant PiS-u na urząd wojewódzki w Lublinie – wcześniej był prawnikiem w biurze poselskim posła PiS z Zamościa Sławomira Zawiślaka.
Gdy o odznaczenie pytam w Kancelarii Prezydenta, odpowiadają, że Srebrny Krzyż Zasługi dla Wołka to właśnie inicjatywa i pomysł wojewody Czarnka.
Wojewoda jednak zaprzecza. Tylko formalnie opiniował, że tak, owszem, prezes Wołek „wykazuje się znaczącym zaangażowaniem zarówno w pracy zawodowej, jak ofiarnej działalności publicznej”.
– Czyli kto go zgłosił do orderu?
„Inicjatorem uhonorowania Karola Wołka był poseł na Sejm RP prof. dr hab. Jacek Kurzępa, który skierował wystąpienie w tej sprawie do Kancelarii Prezydenta RP” – odpisuje wojewoda palcami rzecznika Radosława Brzózki.
Jacek Kurzępa to poseł PiS-u z lubuskiego. Dzwonię.
– Order dla kogo? Z Lublina? – pyta poseł. – Grzechu... – mówi do mnie, choć pierwszy raz w życiu z nim rozmawiam. –...To jakaś pomyłka. Nie znam w ogóle takiego człowieka.
– Nie prosił pan o jego odznaczenie?
– A w życiu. Grześku, przecież ja jestem z województwa lubuskiego, a nie lubelskiego. Więc ktoś tu się pomylił. Do widzenia – mówi.
Dzwonię kilka dni później, zaopatrzony w dowody.
– Przecież pisał pan: „Pragnę zaproponować do uhonorowania…” i tak dalej. „Każda z wymienionych osób przyłożyła zasługi dla państwa i obywateli spełniając czyny przekraczające zakres ich zwykłych obowiązków. Ponadto było to związanie z ich niezwykłą ofiarnością na forum publicznym. W oczekiwaniu na pozytywne rozstrzygnięcie”. I pański podpis.
– Grzechu, zgłupiałem, naprawdę. Musiałbym sprawdzić.
– Ależ Jacusiu – mówię, bo zirytowała mnie ta familiarność – Kancelaria sfałszowała podpis?
– Powiem szczerze. Czasem podpisuje się wnioski o odznaczenia, chociaż człowieka się nie zna. Nie sprawdzam, ufam kolegom.
– Ale Wołka to chyba pan zna? Wystąpił pan z nim podczas sejmowej konferencji dotyczącej „żołnierzy wyklętych”.
– Teraz sobie przypominam. Muszę to jeszcze sprawdzić.
Kilka dni i kolejny telefon później poseł w mailu pisze wyjaśnienia:
„W roku ubiegłym przygotowując się do obchodów Dnia Żołnierzy Niezłomnych i corocznym spotkaniu 1 marca w Sali Kolumnowej Sejmu, intencją naszą, grupy posłów (których ja reprezentowałem) jako główny organizator, powieliliśmy intencję podziękowania poprzez rekomendacje o odznaczenia państwowe grupy społeczników, ludzi dobrej woli (…). Wśród wielu podanych na liście zaproponowanej znalazł się Pan Karol Wołek”.
Poseł przyznaje, że „nie uwzględnił konieczności dokonania rozpoznania, czy jakieś kompromitujące fakty nie uchylają zasadności rekomendacji”.
W Lublinie mówi się za to, że Karol Wołek sam sobie ten krzyż załatwił:
– Jak to załatwił?
– Normalnie – tłumaczy mi zbuntowany narodowiec. – Zwrócił się do posłów, w imieniu całego związku, z prośbą o przyznanie krzyża zasłużonemu, czyli dla siebie. Wojewoda klepnął, no i jest. Ale słyszałem, że wojewoda poprosił ostatnio, żeby go na uroczystościach więcej z prezesem Wołkiem nie fotografować. Więc się chyba w końcu na prezesa wkurzył. U nas też się ruszyło. Kilka osób ze środowiska podobno pracuje nad listem protestacyjnym w sprawie prezesa. Będzie rozsyłany do kogo trzeba. Ale to potrwa. Na razie nie mogą dojść do porozumienia, co powinno się w takim liście znaleźć.
Doszli. Wysłali listy do MON-u, IPN-u i Urzędu ds. Kombatantów. Jeden jest o fundacji Wołka, która „podszywa się pod związek”, drugi o sprawie karnej i alimentacyjnej.
„(...) Utracił moralne prawo do reprezentowania środowiska żołnierzy i spadkobierców NSZ (...) nie jest godzien prezesury ZŻ NSZ (...) powinien złożyć urząd albo zostać odwołany (...) objęty infamią (...) zostać potraktowany tak, jak na to zasłużył”. Oświadczenie podpisali m.in. Artur Zawisza (były poseł) i Andrzej Turkowski (były dyrektor Agencji Filmowej TVP).
Prezes Karol Wołek odmówił rozmowy i odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.
Niektóre dane moich rozmówców ze względu na ich prośbę zostały zmienione
http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,23296034,narodowcy-donosza-na-prezesa-do-wyborczej-smiertelny-wrog.html
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2017.11.10 19:37 SoleWanderer Polski proboszcz marzy o teokracji

http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,22625458,norman-daies-polski-proboszcz-marzy-o-teokracji.html
Prof. Norman Davies – ur. w 1939 r., wybitny historyk brytyjski i polski. Jako jeden z pierwszych badaczy zachodnich studiował w Polsce i pisał o historii Polski. Wydał m.in. książki: „Boże igrzysko. Historia Polski”, „Europa. Rozprawa historyka z historią”, „Mikrokosmos” (historia Wrocławia), „Powstanie ’44” (historia powstania warszawskiego), „Szlak nadziei” (o armii Andersa). Właśnie opublikował u nas książkę „Na krańce świata” (z podróży dookoła globu). Jest obywatelem brytyjskim i polskim, kawalerem Orderu Orła Białego
Maciej Stasiński: Pańska ostatnia książka „Na krańce świata” sprawia wrażenie summy pana wiedzy i doświadczeń. Ma się wrażenie, że wychodząc od nich, chciał pan opisać historię świata, jadąc dookoła niego.
Prof. Norman Davies: Bo ja wiem, czy summa? Raczej nowy początek. To próba obserwacji nowych krajów, każdy z nich był dla mnie nieznany. Chciałem sprawdzić, czy mam anteny do odbioru dziejów tych krajów. Cytuję tam poemat Tennysona o ostatniej podróży Odysa. Coś w tym jest. Może to taka ostatnia przygoda?
W końcu ja przez pół wieku pisałem o Europie. Byłem chyba pionierem pisania o tej drugiej Europie, po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. To była moja misja życiowa. Tym razem chciałem od Europy i europejskich spraw odpocząć. Ta podróż i książka są ćwiczeniem z uczenia się i odkrywania. Przy tym użyłem zgromadzonej wiedzy historycznej do zrozumienia nowych krajów i tematów, często dla nas wręcz egzotycznych. Mam nadzieję, że dla czytelników to będzie otwarcie innej perspektywy. Wie pan, jak się siedzi na Tahiti, to Europa leży bardzo daleko i jest strasznie mało znacząca.
Byłem dopiero co na spotkaniu z czytelnikami we wspaniałym Kutnie, tematem była poprzednia moja książka, o armii Andersa. Spytali mnie: „O czym pan teraz pisze?”. Mówię, że o mojej podróży dookoła świata i że nie będzie tam nic o Polsce. Dostałem brawa. To ciekawe, bo ja akurat uważam, że Polacy za dużo myślą o sobie i o swojej historii. Ja sam też czułem potrzebę oderwania się od niej. Nie było to celem mojej podróży, ale taką rolę ona odegrała.
W książce burzy pan wyobrażenia o imperializmie Europejczyków i potoczny w wielu krajach ogląd dziejów z punktu widzenia ofiary europejskiego czy amerykańskiego imperializmu. Pokazuje pan, że imperializmów było wiele i że podbój, zniewolenie, panowanie nad innym narodami zostały najpierw wypróbowane w samej Europie. Ale także, że te pozaeuropejskie światy wcale nie były wcześniej oazami pokoju i wolności. Panowały w nich te same mechanizmy podboju, niewolenia i wyzysku.
– Tak jest. To jest moja teza. Oczywiście, że Europejczycy padali ofiarą swoich imperializmów. Na Wyspach Brytyjskich kolejno Kornwalijczycy, Irlandczycy czy Szkoci byli ofiarami imperializmu angielskiego.
W czasie podróży dookoła świata powtarzałem te tezy na wykładach. Nie bito mi jednak mocnych braw. Grzecznie słuchano, ale nie było to tak dobrze przyjmowane, jak się spodziewałem. W Malezji młoda pani krzyczała na mnie, że bronię imperializmu europejskiego, a w Nowej Zelandii – wręcz przeciwnie – zaatakował mnie ktoś, twierdząc, że kwestionuję osiągnięcia zachodniej cywilizacji. Dobrze, że poruszyłem ten temat, ale nie trafiłem do publiczności, tak jak chciałem.
Czy więcej się pan w tej podróży nauczył nowych rzeczy, czy raczej pańska wiedza i erudycja się potwierdziły? A może zostały zanegowane?
– Myślałem, że jestem w pewnym stopniu erudytą, a okazało się, że mało wiem. Dowiadywałem się niebywałych rzeczy. Trochę wiedziałem o historii języków, zwłaszcza europejskich. Sir William Jones, też Walijczyk, jak ja, który był sędzią w Kalkucie w XVIII wieku, znał walijski, angielski, grekę i łacinę, a pracując w Bengalu, zaczął się uczyć bengalskiego. To on odkrył pokrewieństwo języków hindi i sanskrytu, z językami europejskimi. Od niego zaczęło się badanie języków indoeuropejskich. A na plaży w Polinezji dowiedziałem się, że jest wielka rodzina języków austronezyjskich, jest ich 3 tys. Mówią nimi mieszkańcy wysp rozproszonych od Madagaskaru po pacyficzną Polinezję. Odkryto ich wspólne korzenie w drugiej połowie XX wieku. To tylko jeden przykład mojej oszałamiającej niewiedzy.
Gdzie indziej moja wiedza się potwierdziła. W Azerbejdżanie przekonałem się, że 2 tys. lat temu nie było ani Azerbejdżanu, ani Azerów. Nie było też, rzecz jasna, islamu ani muzułmanów. Była za to Albania Kaukaska – wschodni limes imperium rzymskiego. Jest tam wyryta w kamieniu inskrypcja Rzymianina, który tam dotarł w II wieku. Zresztą wtedy nie było też na Wyspach żadnych Anglików, byli jacyś Walijczycy, Celtowie. To mnie utwierdziło w opinii, że koncepcja tzw. rdzennych ziem jest nowożytną fikcją i fałszem naszej epoki.
Kiedy w latach 60. przyjechałem do Polski, oficjalna polityka historyczna PRL-u była taka, że Polska wróciła na swoje odwieczne, rdzenne ziemie słowiańskie i polskie. To oczywiście w odniesieniu do tzw. ziem odzyskanych miało ostrze antyniemieckie. O Celtach nikt wtedy nie mówił.
Ambasadorem USA w Warszawie był wówczas Richard Davies, nazywał się tak jak mój ojciec i był walijskojęzycznym Amerykaninem, fanatykiem archeologii celtyckiej. Zaprzyjaźniłem się z nim i on zabierał mnie na wycieczki po Polsce. Kiedyś przyszedł urzędnik z MSZ i pyta: „No, panie ambasadorze, dokąd dzisiaj pojedziemy?”.
A Davies na to: „Zobaczymy kamienne kręgi celtyckie na Dolnym Śląsku”. Ten gość z MSZ mówi: „Co? Nie ma niczego takiego”. „Ależ są” – mówił ambasador. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem, że ideologicznie można przerabiać nawet prehistorię.
I to jest jeden z tematów mojej książki. Miałem z moim londyńskim wydawcą różnicę zdań o tytuł. On chciał dać „Native Lands”. A ja się uparłem, że nie, bo nie ma czegoś takiego jak rdzenne ziemie. To fikcja. Każdy naród ma skłonność do twierdzenia, że tu mieszkał i panował od zawsze, że to jego odwieczne siedziby, a reszta to obcy, więc won! Ta wiedza mi bardzo pomogła, byłem dobrze przygotowany.
Ten powrót do rdzenności, nacjonalizmu, swojskości czy „naszości” widać wszędzie w Europie. A przecież po II wojnie światowej właśnie świadomość, że nacjonalizmy i totalitaryzmy wpędziły Europę w dwie wojny ludobójcze i że trzeba przekroczyć ramy narodowe i budować wspólnotę europejską, stała się ogromnym osiągnięciem cywilizacyjnym. Dlaczego Europa się kruszy?
– Nie mam wątpliwości, że to reakcja obronna na globalizację. Sporo ludzi woli wrócić do swoich małych ojczyzn i wspólnot. To strach przed utratą tożsamości, poczucia bezpieczeństwa. W każdym takim ruchu kryje się nostalgia za utraconym czasem czy rajem. Ale to wszędzie mity i fantazje.
W Polsce ideologię Blut und Boden [krew i ziemia], niemiecką przecież, przejęli narodowa demokracja i Roman Dmowski. Piłsudski i sanacja przez 20 lat walczyli przeciw tej ideologii. Polska przedwojenna była przecież wielonarodowa i wielowyznaniowa.
Poza Polakami mieszkali tu Żydzi, Białorusini, Ukraińcy, Niemcy, Litwini. Armia Andersa była odzwierciedleniem tamtej Polski. Po wojnie ideologię nacjonalistyczną przejęli polscy komuniści. Zresztą Stalin też to zrobił i był wielkorosyjskim nacjonalistą, nie bronił Gruzinów i innych narodów, przeciwnie. I ten rosyjski nacjonalizm najlepiej trzyma się dziś właśnie w Rosji Putina. Twierdzi on, że Krym to odwieczna rosyjska ziemia. Nonsens. W Wielkiej Brytanii brexit to także odruch angielskiego nacjonalizmu, który twierdzi, że ktoś Anglikom odbiera ich pewność siebie, pozycję na Wyspach, jacyś Szkoci, Europejczycy.
W Polsce PiS przejawia oczywistą nostalgię za PRL-em. Ci ludzie mówią, że są bardzo antykomunistyczni, ale w gruncie rzeczy chcą mieć swój PRL, swoje politbiuro oraz partię rządzącą kontrolującą całe państwo. Ma być silna władza, porządek, można znowu pluć na Niemców. Przecież „Rota” tak każe: „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił”. Kaczyński w butach Gomułki.
Kaczyński przez 25 lat zbierał żywioły rozczarowanych ustrojem liberalnym. Wie, że tylko Polską opanowaną przez takie żywioły może rządzić, bo inna go wypluje. Ale dlaczego ta nacjonalistyczna matryca jest wśród ludzi tak żywa, że idzie za nią jedna trzecia dorosłych Polaków?
– M.in. dlatego, że popiera ją Kościół katolicki. Zgadza się, że Kaczyński zbierał tych wszystkich nieszczęśliwych, ale przecież najbardziej nieszczęśliwy był i jest kler albo jego większość. W Krakowie słyszałem przerażające kazania: „Żyjemy w bezbożnych czasach, liberałowie są jak komuniści, niszczą naród”, i inne takie absurdy. Lenin to liberał!? Stalin liberalniejszy?! Wierni cały czas łykają taką truciznę. Przegapiliśmy te zjawiska.
W czasach „Solidarności” Kościół czekał na nadejście teokracji. Wierzył, że jak upadnie komunizm, to on wkroczy do swojego królestwa, gdzie proboszcz będzie pił herbatę z sekretarzem czy ministrem, a państwo będzie za pan brat z Kościołem. Zamiast tego dostał państwo świeckie, przynajmniej formalnie, potem prezydentem został Aleksander Kwaśniewski. I przyszła bezbożna Unia Europejska – wbrew nadziejom Kościoła na teokrację.
Ale papież Jan Paweł II miał w tej sprawie całkiem inne zdanie. – Jasne, ale on hamował polski Kościół tylko tak długo, jak mógł, czyli dopóki żył. A kiedy odszedł, od razu odezwała się cała ta reakcyjna ideologia. I PiS krzyczał, że robi politykę zgodną z naukami papieża. To nonsens.
Znak, w którym od zawsze wydaję swoje książki, „Tygodnik Powszechny” – to jest ten Kościół liberalny i otwarty, który został potępiony. Przecież papież Franciszek też jest potępiany w Polsce. Jakby katolicyzm nie był ze swej istoty uniwersalny, czyli powszechny, tylko narodowy!
A dlaczego idą za tym młodzi ludzie?
– Kościół ma duże wpływy także wśród młodych. W szkołach jest mnóstwo lekcji religii. Kościół podsyca nastrój, że ojczyzna jest w niebezpieczeństwie, poczucie zagrożenia ze strony obcych. Młodzież ma wybór: wyjechać lub posłusznie zostać. Chyba wyjeżdżają ci odważniejsi i lepiej wykształceni, a zostają ci bojaźliwi. W Wielkiej Brytanii mam kontakty z młodymi Polakami, którzy wcale nie chcą wracać do Polski, bo im się ta atmosfera nie podoba. Zaczepiła mnie niedawno w autobusie młoda Polka, która mnie poznała. Zaprosiliśmy ją. Przyszła ze swoim partnerem, Ugandyjczykiem. Opowiadała, że nie może wrócić z nim do Polski.
Polska po wojnie została sztucznie wyprana z etnicznego bogactwa nie przez swą decyzję, tylko przez historyczny los. Przed wojną Polacy byli w Polsce większością, ale każdy miał sąsiada – jak nie Żyda, to Niemca, jak nie Ukraińca, to Białorusina.
Po wojnie młodzi Polacy nie nauczyli się, co to jest współżycie wielu kultur, wyznań, ras. Mój syn Christian jest w Polsce i lubi tu być, ale to jedno uważa za dziwne. On się wychował w warunkach, w których pluralizm rasowy i wyznaniowy jest normą. Tak samo jest we Francji czy Niemczech. Młodzi Polacy rzadko to znają, nie mają takich kolegów w szkole czy na osiedlu. W 5--tysięcznym Kutnie jest pewnie bardzo mało obcokrajowców. Dla młodych Polaków oni są obcy, groźni. Na takiej glebie kwitnie ideologia PiS-u.
Rodzina mojej żony pochodzi ze Lwowa, po wojnie „przesiedlonego” na zachód. O Wrocławiu, w którym osiedliło się wielu Kresowiaków, napisałem książkę. Ci ludzie przeszli w czasie wojny i po wojnie prawdziwą „pralkę”, wymieszanie ziem i ludzi: Lwów i Wilno, Wrocław czy Szczecin. Co Szczecin miał wspólnego z Polską? I gdzieś kryje się strach, że to wszystko może zostać odebrane i trzeba bronić języka, ziemi, Kościoła.
Ale skąd u młodych kult tych prostych anachronicznych prawd: Bóg, Honor, Ojczyzna, powstanie, „żołnierze wyklęci” itd.? Przecież to mity i wiek XIX.
– Wie pan, niektóre prymitywne ludy wyspiarskie na Pacyfiku po zetknięciu się z przybyszami z Europy popadają w tzw. kulty cargo, wierzenia w nadejście nowego porządku. Gdzieś czczą Nixona, gdzie indziej w Afryce kapłan przekonuje ludność do masowego uboju bydła, po którym nastanie szczęśliwość itp. Taka wiara w nowy początek występuje też gdzie indziej. Brexitowcy w Wielkiej Brytanii wierzą, że kiedy Wielka Brytania odejdzie z Europy, to się odrodzi.
Czasem jesteśmy bezradni wobec tego, co się dzieje. Jak wytłumaczyć Donalda Trumpa? Wiadomo, że takie typy istnieją, ale żeby ktoś taki wygrał wybory i został prezydentem pierwszego państwa wolnego świata!? To dla nas za dużo. Brak nam zasobów intelektualnych, żeby to zrozumieć. Dlatego sięgamy do antropologii, do kuriozów psychologii zbiorowej, żeby pojąć takie zjawisko.
Czy Kaczyński wiedział więcej? To raczej instynkt. On wyczuł, że jest jakaś społeczna nisza, i wszedł w nią.
11 listopada to rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Za rok setna. Mam poczucie wielkiego fałszu, kiedy celebruje się tę datę dzisiaj, w sytuacji gdy wielbiące ją władze wyprowadzają Polskę z Europy na jakieś dzikie pola. Polska w Europie albo nigdzie, tak myślę. Co pana zdaniem dla Polaków powinna oznaczać ta rocznica?
– Ja obchodziłem ją przez wiele lat, kiedy w Polsce była zakazana. Wykładałem o niepodległości Polski raz do roku od Chicago po Adelajdę i w całej Wielkiej Brytanii. To było potrzebne, bo wtedy w Polsce były tylko 1 Maja i rocznica rewolucji październikowej. Dziś niepodległość jest, ale kontekst się zmienia. Narodziny państwa polskiego są ważne, ale trzeba pamiętać, jak krótko ono trwało. Nie tylko to, jak się zaczęło, ale też to, jak się skończyło zaledwie 21 lat później.
Nie ma co zbyt mocno trąbić o niepodległości, suwerenności i prawie do samostanowienia, jak często wielu robiło w Europie. Bezmyślne mówienie wciąż o sobie do niczego dobrego nie prowadzi. Nie ma co uderzać w tony triumfalne. Historia II Rzeczypospolitej była tragiczna. Niekoniecznie z winy Polaków, ale też nie bez niej. Polska niepodległa nie była bez skazy. Trzeba mówić o rocznicy niepodległości, ale chodzi o ton i dobry gust. Należy zawsze pamiętać o ciemnych stronach.
Zwłaszcza dziś ten triumfalizm jest bez sensu. Polska stała się niemal czarnym ludem w Europie.
– To może przesada, choć w tym kierunku zmierzają zdarzenia. Możliwe jednak, że rząd PiS-u nie potrwa długo albo będzie się zmieniał. Historia jest pełna niespodzianek. Opowiadanie o mocarstwowości Polski to oznaka słabości. Mówi pan: Polska samotna, w Europie albo nigdzie. Gdzieś będzie. Tylko gdzie?
Mówię o Polsce z pewnym skrępowaniem, bo mój pierwszy kraj zaraz może być wyspą dryfującą po oceanie. Wielka Brytania jest może nawet bardziej podzielona niż Polska, nie tylko między rząd i opozycję, skłócona jest też partia rządząca. Premier May jest niewolnicą tych podziałów.
Rząd próbuje przeprowadzić brexit bez parlamentu, ale to wbrew tradycji brytyjskiej. Parlament jest ostatnią suwerenną instancją. Rząd próbuje też rządzić bez konsultacji ze Szkocją, Walią i Irlandią Płn. Jeśli do brexitu dojdzie, pewne jest nowe referendum w Szkocji, nastąpi separacja i koniec Zjednoczonego Królestwa. Ten rozpad zaczął się w 1922 r., kiedy oddzieliła się Republika Irlandzka. Potem II wojna kraj zjednoczyła, ale po wojnie siły odśrodkowe narastały.
Może jednak do brexitu nie dojdzie, może w ostatniej chwili w obliczu katastrofy nastąpi bunt i parlament to zatrzyma. Ale brexit i rozpad Zjednoczonego Królestwa nadal są możliwe. Wtedy będzie trzęsienie ziemi. I skutki odczują wszyscy. Jak odpadnie taki płatnik do budżetu Unii, to poczują to ci, którzy biorą więcej. Zjednoczone Królestwo może się stać zaginionym królestwem, napisałem o takich książkę. Unia też może się takim stać. Może nawet trwa wyścig, kto pierwszy zniknie. To wszystko jest groźne, ale nie wiemy, czy śmiertelne. Stary historyk wie, że nic nie jest wieczne. Nawet Związek Sowiecki wyglądał mocno dzień przed śmiercią.
Polski rząd niszczy Muzeum II Wojny, którego kolegium programowemu pan przewodził.
– Jestem dumny z tego, co zrobiliśmy przez osiem lat. Świetna załoga, doskonały dyrektor. Pokazaliśmy znakomitą panoramę II wojny. Nie brak mocnych akcentów polskich, ale przecież to była wojna światowa, a nie wojna Polski przeciw reszcie świata. Trzeba pokazywać bohaterstwo, ale też jego brak. Równowaga na wystawie jest dobrze zachowana. Jednak dla ludzi, którzy chcą mówić tylko o Polsce, to oczywiście nie jest dobra wystawa.
Rząd nie znosi głównego przesłania wystawy, antywojennego i antynacjonalistycznego.
– Chcą wystawy ideologicznej i selektywnej dla posłusznej publiczności. Ale ekspozycja jest ogromna. Nie wiem, czy dadzą radę ją zmienić krok po kroku, jak próbują. Na razie nie podburzają przeciw niej gniewu ludu, jak bywało w PRL-u. Wierzę, że Polacy to buntownicy i tolerują takie rzeczy tylko do czasu.
Czy obecna recydywa nacjonalizmu w Europie i Polsce to ostatnie podrygi anachronicznej XIX-wiecznej wsobnej ideologii, czy raczej fala reakcji, która na długo pogrąży nas w smucie?
– Jestem zdania, że niestety raczej to drugie. To wygląda na bardzo głęboką reakcję na zmiany w świecie. Na utratę poczucia bezpieczeństwa, tożsamości, pewności. Europa miała wojnę co pokolenie. Teraz ma najdłuższy od XIX wieku okres pokoju. Panuje jakiś dyskomfort, „ból” pokoju. Nagromadzenie złych emocji nie wiadomo skąd. Kiedy jest bezrobocie i nędza, to zawsze rodzą się skutki polityczne. Ale tym razem tego nie ma. Zwłaszcza w Polsce. Ta nowa choroba powstała, kiedy wszystko szło raczej dobrze. Przecież tych zjawisk nie było w latach 90. XX wieku, kiedy nastąpiła całkowita zmiana ustroju. Wtedy wszystko obyło się bez wstrząsów. To, co się dzieje, jest nieracjonalne i nie tak oczywiste, jak wcześniej bywało.
Jako prekursor piśmiennictwa historycznego sklejającego dzieje Europy, do niedawna podzielonej wedle pańskiego bon motu „East the beast, West the best”, ma pan poczucie spełnionej misji?
– To niekończące się zadanie, ale, owszem, mam poczucie, że moja praca dała efekty. Piszę o Europie od 50 lat i widzę, że nawiązania do moich książek, cytaty z nich są liczne, żywe i aktualne. Wywarły wpływ na myślenie o Europie. Historia kontynentu na Zachodzie przed publikacją w 1996 r. mojej „Historii Europy” w Oxford University Press wyglądała zupełnie inaczej. Ona nadal się sprzedaje i się nie starzeje.
Ale nie mogę iść spać. Stereotypy o Europie Wschodniej mają długie nogi i wracają wciąż w nowych formach. Nie chodzi tylko o relacje Wschód – Zachód, ale także Północ – Południe. W ogóle chodzi o włączanie wszystkich wątków i obszarów, o historię inkluzywną, a nie selektywną. Nie można wybierać krajów wygodnych czy pasujących do tez jak wisienek. Historyka obowiązuje ogarnianie całości. To ideał, jednak trzeba go ścigać.
Ma pan satysfakcję, że pana szkoła trwa? Młodsi od pana poszli w pana ślady i uczyli się języków, żeby sięgać do źródeł i pisać o Europie Wschodniej: Timothy Garton Ash, Tony Judt, Timothy Snyder, wcześniej Daniel Beauvois.
– Oczywiście. Byłem egzaminatorem na obronie świetnego doktoratu Timothy’ego Snydera. Beauvois i ja jesteśmy nestorami tej szkoły. Ale mam kolegów i kontynuatorów. To mnie cieszy.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2017.06.02 09:05 ChrisGo123 PKS - Piątkowy Kącik Serialowy #18

Dzień dobry.
Nadszedł nareszcie ten cudowny tydzień, jest już piąty sezon House of Cards (8,6 na Filmwebie; 9,0 na IMDb; 82%* top krytyków, 91%* widzów na RT). Nie ukrywam że oczekiwania miałem ogromne, póki co jestem na dziewiątym odcinku i zdecydowanie się nie zawiodłem.
Może ktoś nie oglądał, warto przedstawić jakiś zarys fabuły.
Frank Underwood (Kevin Spacey) to kongresmen, człowiek bezwzględny, który nie przegrywa (nie myślcie tu o 27:1), raz postawiony cel zawsze jest urzeczywistniany, idzie po trupach do celu, a tych trupów pozostawia za sobą naprawdę sporo. Na niemal każdym kroku towarzyszy mu jego żona, Claire Underwood (Robin Wright), z początku myślałem że to taka równoważnia dla Francisa, ale i ona potrafi pokazać pazur. Podobnie jak Claire, Frankowi niemal bez przerwy towarzyszy Doug Stamper (Michael Kelly), jego wierny asystent.
House of Cards to dobre odzwierciedlenie amerykańskiej polityki, być może podkolorowane, jednak lepszego aktualnie nie można zobaczyć, w ostatnich sezonach wydarzenia z serialu nawiązują również do aktualnych zdarzeń w ameryce i globalnie, a piąty sezon, zgodnie z trailerem i zapowiedziami, to fantastyczny obraz szkód jakie może wyrządzić populizm. Jak głęboko wchodzi w głowy nawet tych ludzi, którzy uznaję się za odpornych. Jest silny lobbing, szantażowanie innych polityków, pogmatwane relacje intymne, plotki i wycieki informacji, wpadki dyplomatyczne, kiepskie kontakty międzynarodowe - nie wiem czego jeszcze oczekujecie, prawdopodobnie House of Cards was nie zawiedzie.
Jeśli jeszcze nie oglądaliście, to szczerze namawiam i polecam spróbować, to jedno z topowych show Netflixa, zdecydowanie na taki tytuł zasługuje. Jeśli wasz angielski jest przeciętny, spróbujcie pierwszy sezon lub dwa obejrzeć z polskimi napisami, które są całkiem niezłe i sporo pomagają w odbiorze terminologii urzędowej, sam miałem problem z kilkoma pojęciami i googlowałem w trakcie oglądania, gdyż kontekst często w tej sytuacji nie pomagał.
Z mojej strony 9/10, miłego dnia robaczki, dzielcie się nowościami i starociami serialowymi. Jestem bardzo ciekaw waszej opinii na temat House of Cards :)

Jeśli chcecie się podzielić opiniami na temat tego lub poprzednich sezonów, to serdecznie proszę aby całe zdania zawierające chociaż skrawek fabuły pakować w spoilery - zbyt dużo zmieniło się od pierwszego sezonu i możecie komuś zepsuć zabawę. To jedna z tych produkcji gdzie drobne szczegóły są istotne, lepiej żeby ktoś to zobaczył w serialu, niż przeczytał na reddicie.

Przypominam o spoilertagu

[tekst spoileru](/spoiler) 
Poprzednie PKS:
#1 - #2 - #3 - #4 - #5 - #6 - #7 - #8 - #9 - #10 - #11 - #12 - #13 - #14 - #15 - #16 - #17
submitted by ChrisGo123 to Polska [link] [comments]


2017.01.08 18:44 SoleWanderer Wyborcza.pl - Wywiad ze Stefanem Niesiołowskim

Pani chce, żebym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, a ja chcę zapomnieć, że go znałem - Stefan Niesiołowski mówi w rozmowie z Donatą Subbotko. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej DONATA SUBBOTKO: Pan profesor poluje? STEFAN NIESIOŁOWSKI: W życiu muchy nie zabiłem.
Na ścianie wisi pana zdjęcie z jakimś trofeum. – Z kaczką. Pozowane, aluzja do Kaczyńskiego. Ale że muchy nie zabiłem, to nieprawda. Zabiłem do badań naukowych.
A prezes powiedział kiedyś, że ma pan świetny życiorys. – Chyba dawno temu?
Potem mówił, że pan się stoczył. – Stacza to się pijak albo przestępca. Dla Kaczyńskiego każdy, kto go nie popiera, jest głupi albo podły.
Niesamowite wystąpienie Stefana Niesiołowskiego [WIDEO]
Może i pan powie o nim coś dobrego? – Nie chcę mówić o nim nic dobrego. Dlaczego?
Przyjaźniliście się. – Jakie to ma znaczenie? On się zmienił. Szkodzi Polsce. Nie powiem, że się stoczył. Po prostu wprowadza w Polsce dyktaturę. Jak Erdogan w Turcji, Łukaszenka na Białorusi, Putin w Rosji.
Moglibyśmy zadać kłam opinii, że pan zieje nienawiścią. – A co mnie obchodzą takie opinie? Pani czytała, co o mnie piszą, jak pokazują? W kaszkiecie NKWD. Albo między Berią, Stalinem, Hitlerem i Tuskiem. Niesiołowski oszalał! Do psychiatryka go! Wampir, morderca, czekista! Zbieram sobie co lepsze wycinki. Całe pudełko mam.
Musi być ogromne. – I oni mają prawo mówić, że zieję nienawiścią? Pani się na to łapie?
Pytam. – Ale tak pani mówi, jakby cień racji w tym był. Proszę przynieść „Gazetę Polską” i porozmawiamy. Pani chce, żebym powiedział coś dobrego o Kaczyńskim, a ja chcę zapomnieć, że go znałem.
Wszyscy, wrogowie Kaczyńskiego
(TELEFON)
– Co? Nie, no, walka jest o Polskę, o wszystko. To rak. Rak, który ma kolejne przerzuty. Co? Nie, nie można się załamywać. Polska przeszła zabory, okupację... Nie przesadzaj, przez jednego kurdupla nie przeżyjemy? No, jest to nieprzyjemne, też się czuję upokorzony... Tę wolność straciliśmy tak łatwo... No trudno, walka trwa, przyjacielu. Musimy iść do parku, poczekamy na wiosnę... Tak, tym razem w gumofilcach.)
To pan profesor jeszcze zbiera owady? – Niedawno motyle hodowałem, dla wnuczki. Zosia ma sześć lat. Kiedy się wykluły, mówi: „Było jajko, gąsienica, z gąsienicy poczwarka, a z poczwarki motyl – i to jest, dziadku, rozwój”.
Bierze pani np. gąsienicę rusałki z liści pokrzywy, trzyma ją w słoiku, po dwóch tygodniach powstaje z tego poczwarka, która pewnego ranka pęka. Najpierw widać czułki, głowę i następuje ten piękny moment, kiedy z poczwarki wychodzi motyl. Siada zmęczony, ze zwiniętymi skrzydłami. Po pół godzinie zaczyna je pompować. Wykonuje rytmiczne ruchy odwłokiem, skrzydła sztywnieją i po dwóch, trzech godzinach motyl jest gotowy do lotu.
Stefan Niesiołowski: Ten świat należy bardziej do owadów, niż do nas
Muchówki poszły w odstawkę? – Nie. Ciągle bardzo mi się podobają, chociaż dla ludzi są wstrętnymi robalami. Zajmowałem się wodnymi owadami. Prace magisterską i doktorską pisałem z meszek, habilitacyjną z muchówek Empididae (wujkowatych), które w Polsce były mało znane. Odkryłem około 20 gatunków, ale jak na grupę niezbadaną, to niedużo. Niektórym nadawałem nazwiska kolegów – w rewanżu. Mój kolega Andrzej Woźnica odkrył w muzeum pod Himalajami nowy gatunek muchówki z rodzaju Suillia , którą nazwał „niesiolowski”. Niemiecki badacz Rüdiger Wagner badał muchówki Psychodidae , po polsku ćmiankowate, i też zrobił mi niespodziankę, nazywając jedną Mormia niesiolowskii .
I jakie one są, te pana imienniczki? – Piękne.
Proszę sobie obejrzeć muchę pod mikroskopem stereoskopowym, powiększoną do wielkości filiżanki, kiedy widać strukturę muchy, pokrywającą ją chitynę, te czułki, włoski, żyłki. A gdy jedną z komórek powiększyć do wielkości tego pokoju, zobaczymy fabrykę, a w niej skomplikowane urządzenia. Tu coś przelatuje, tam się trzęsie, przędzie, nawija, kręci. Przy czym mucha ma takich komórek miliardy. Są tacy, którzy twierdzą, że biologia jest dowodem na to, że Pana Boga nie ma. Dla mnie – wręcz przeciwnie.
Mucha dowodem na istnienie Boga? – Życie w ogóle. Ta nieprawdopodobna komplikacja i celowość, przekazywanie genów. Teoria ewolucji to opisuje, ale nie daje odpowiedzi na pytanie, kto dał początek. Z tego względu trzeba szanować wszystko, co żyje. Nawet muchę.
A mucha ma duszę? – Nie. To znaczy: trudno powiedzieć. Dusza jest atrybutem, przynajmniej za taką uchodzi, boskiego dziedzictwa człowieka. Mucha nie ma boskiego dziedzictwa.
Skąd pan wie? – Nie wiem. Może stąd, że nie ma zachowań muchy, które dałyby się porównać do aktów wyższego rzędu. Chociaż w przyrodzie zdarzają się akty poświęcenia, np. instynktowne u ptaków. A słonie mają rytuał pogrzebowy podobny do naszego. Psy i koty też mają rodzaj więzi... No, ale duszą tego nazwać nie można. Bo co by się z tą duszą działo? Jaki w tym sens?
Musi być? – Wszystko chyba ma sens? Dusza zostaje po człowieku, a co niby te dusze po zwierzętach miałyby robić?
Inna sprawa, że mucha żyje na ziemi od milionów lat niezmieniona, są owady zatopione w bursztynie sprzed 40 mln lat, tymczasem Homo sapiens istnieje ledwie 150 tys. lat. Brytyjski geniusz Stephen Hawking wywróżył, że człowiek będzie żył jeszcze tylko tysiąc lat. A owady będą zawsze, chyba że meteoryt w nas uderzy.
Czyli jesteśmy tutaj gośćmi? Biblia mówi, że człowiek ma panować nad światem przyrody. – Gość też może panować, hitlerowcy przyszli do Polski i przez pięć lat panowali. W tym sensie panujemy, że żadne zwierzę nie jest w stanie nam zagrozić, chociaż jesteśmy bezradni wobec np. szczurów, karaluchów, kleszczy, pasożytów, tasiemców, glist, a także bakterii i wirusów. Są teorie, że na ziemi panują bakterie, ale przecież one nic nie tworzą. I jak wytłumaczyć fakt, że człowiek jako gatunek oddzielił się od pozostałych zwierząt i stworzył filozofię, kulturę, teologię, moralność? Choć pod względem fizycznym jesteśmy prawie nieodróżnialni, mamy 99 procent genów takich jak małpa, to jednak człowiek chodzi do zoo i patrzy na małpy, a nie odwrotnie.
To dowód na naszą przewagę? – Historia ludzkości to historia nie tylko przemocy, ale także pomocy i miłosierdzia. Świat to cudowna całość.
I jeden wielki łańcuch pokarmowy? – Duże fragmenty tego łańcucha nie są złe, miliony zwierząt jedzą rośliny. Nie oceniałbym tego w kategoriach dobra i zła.
Co, mieć do Pana Boga pretensje, że stworzył świat pełen agresji? No, to jest odwieczne pytanie, dlaczego – skoro Bóg jest dobry – jest tyle zła. Nie ma odpowiedzi.
Pytam, bo w polityce od lat pan się deklaruje jako katolik i obrońca wartości chrześcijańskich. – Proszę mnie nie łączyć z tym, co się dzisiaj dzieje z polskim Kościołem, który służy kłamstwu. Księża kłamią, o Smoleńsku na przykład. Udają, że nie dostrzegają ONR, nienawiści, a Duda jest dla nich zesłany przez Boga. Jeżeli kiedykolwiek mówiłem o Bogu, to na pewno nie o Bogu księdza Rydzyka i biskupa Depy.
Polski Kościół to Radio Maryja
No, ale był czas, że Kościół otwarty też panu średnio pasował, jako ten, który prowadzi do dechrystianizacji Polski. – Nie, to Kaczyński mówił kiedyś, że ZChN jest krokiem do dechrystianizacji Polski.
Pisał pan tak na początku lat 90. Różne rzeczy pan wtedy wygadywał. – Jakie? Wątpię, żebym coś kiedyś miał przeciwko Kościołowi otwartemu, to byłoby głupie. Niech pani poda jeszcze jakiś przykład.
Który? O lustracji, aborcji, Unii Demokratycznej, Adamie Michniku, Unii Europejskiej...? – Ja byłem przeciwny Unii Europejskiej? W życiu.
Mówił pan, że zagraża naszej tożsamości narodowej. – Nie było takiej wypowiedzi. Przeciwko Unii – nigdy.
I że katolicy będą prześladowani w Unii bardziej niż za komuny. – No, to może mówiłem, że trzeba uważać, ale nie żeby nie wstępować do Unii. Reprezentowałem w ZChN odłam liberalny. Macierewicz był ze mną w tym nurcie.
Aha. I nie chciał pan całkowitego zakazu aborcji? – Nigdy w życiu. Broniłem kompromisu aborcyjnego, byłem jednym z jego autorów. Jestem w polityce od 50 lat. Zasadnicza treść moich poglądów jest taka, jak była.
A poglądy na temat homoseksualistów – że to zboczeńcy? – Już bym tak nie powiedział, to obelżywe. Tak jak słowo „pederasta”, które w PRL normalnie funkcjonowało. Nawet u Fredry jest w znanym mi z więzienia wierszyku „Że nie udał się niewiastom,/ Dawał d... pederastom”.
Fakty są takie, że był pan narodowym radykałem, a... –...narodowym nie.
...a dzisiaj jest pan liberalnym demokratą, europejskim. – Tak, zawsze byłem.
Co to jest liberalizm w takim razie? – Byłem liberałem gospodarczym, natomiast w innych sprawach...
Tak, niektórzy z nas byli przeciwko Unii Europejskiej. Proszę mi nie przypisywać poglądów tej grupy, która ze mną w ZChN walczyła. Oni byli za całkowitym zakazem aborcji, Marek Jurek do dziś pozostał. Z trudem się mieściłem w tej formule, z trudem. Moje poglądy były i są konserwatywne obyczajowo, liberalne gospodarczo, prozachodnie.
Może mówi pan to, co prezentuje partia, do której pan należy? – Kłamstwo. Od lat prowadzę w Polsce wojnę o demokrację z przeróżnymi ludźmi – czy to KPN, czy to lewica. Konflikt kończę, gdy zagrożenie znika. Z Moczulskim mam świetne stosunki, na pogrzebie Oleksego byłem. PiS-owcy używają lustracji do walki politycznej, sięgają do rodzin, przodków. Obrzydliwe. Pytają, dlaczego nie walczę z komunizmem. Z kim walczyć? Mam nagrobek Oleksego zniszczyć? Dzisiaj lewica nie zagraża demokracji, w tym sensie lustracja jest zamknięta.
Józef Oleksy. Dobry komuch
A przed PiS-em ostrzegałem. Co o mnie mówiono? Że Niesiołowski za ostry. To teraz widzą, czy za ostry.
Że się zmieniam, to nie jest dla mnie zarzut. Mnie się kiedyś wydawało, że Kościół nie może szkodzić Polsce, teraz widzę, że szkodzi. Wydawało mi się, że kwestia demokracji jest rozstrzygnięta, a naród, który przeszedł komunizm, nie wróci do dyktatury – ale wrócił. I to jest dla mnie klęska – że nie potrafiłem obronić demokracji, że Polska stała się dyktaturą, a Kościół jest jej wspornikiem.
I nie jest pan już endekiem? – Nigdy tak o sobie nie mówiłem.
„Ja, stary endek”... – Żartowałem. Za starego się uważam, za endeka nie. Byłem wychowany w tradycji piłsudczykowskiej.
Myślałam, że w nacjonalistycznej. Pierwsze wspomnienie? – Na łące w Olechowie. Urodziłem się na wsi pod Łodzią, w Kałęczewie, w domu rodziny mojej mamy. Byłem tam tylko z rok i nic nie pamiętam. Mój brat Marek odzyskał ten dom i gdy chodzimy tam razem po ogrodzie, to czuję się tak dobrze jak nigdzie na świecie. Później przeprowadziliśmy się do Olechowa, dzisiaj to dzielnica Łodzi, bloki stoją, a ja pamiętam rzekę, łąkę, wiśnie. I krowę. Tata był inżynierem rolnikiem, pracował w Łodzi, ale mieliśmy trochę ziemi i rodzice kupili krowę, kury były.
A przedtem? – Mamy to ustalone do roku 1617, kiedy żył Franciszek Niesiołowski. Jesteśmy herbu Korzbok, trzy ryby. Chyba u Długosza rokowania z Krzyżakami w imieniu Jagiełly prowadził niejaki Piotr Korzbok. Wiadomo, że pochodzimy z Nowogródczyzny. Jest w „Panu Tadeuszu” o Józefie Niesiołowskim, wojewodzie nowogrodzkim: „Co by rzekł wojewoda Niesiołowski stary/ Który ma dotąd pierwsze na świecie ogary,/ I dwiestu strzelców trzyma obyczajem pańskim,/ I ma sto wozów sieci w zamku Worończańskim,/ A od tylu lat siedzi jak mnich na swym dworze,/ Nikt go na polowanie uprosić nie może”. Widzi pani, ja dokładnie cytuję.
Rodzina ze strony mamy przyszła z Niemiec. Dziadek mojego dziadka Bronka w XVIII w. przyjechał do Łęczycy, gdzie jest pochowany. Schwan się nazywał, łabędź, dlatego zmienił się na Łabędzki. Chyba tkaczem był. Czyli ja Niemiec trochę jestem.
Żeby było zabawniej, Łabędzcy to radykalni polscy nacjonaliści. – Tak. Brat mamy, mój ojciec chrzestny Tadeusz Łabędzki, czyli ten Schwan właściwie, był przed wojną przywódcą Młodzieży Wszechpolskiej. Wujek Tadek oddał życie za Polskę, zamęczony w UB na Koszykowej.
„Żołnierz wyklęty”? – Tak, ale nie lubię tej głupiej nazwy. Niezłomny, jeśli już. Bo kto go wyklął? Zapowietrzony był, trędowaty? Wyklęty to jak przeklęty. Walczył z komunizmem i został zamęczony w śledztwie. Niemiec z pochodzenia, który oddał życie za Polskę. Taka ironia.
Żołnierze wyklęci, żołnierze przeklęci. Czyim bohaterem jest Romuald Rajs "Bury"?
Zwłaszcza że w czasie wojny był przywódcą MW i naczelnym „Wszechpolaka”. – Cała rodzina mamy była endecka. Ale to nie byli tacy durnie jak dzisiejsze ONR.
Zapał do czyszczenia Polski z Żydów mieli chyba większy? – Ale gdy się czyta ich pisma, poziom intelektualny był wyższy, to była partia profesorów.
Czy to nie gorzej? – Nie można sprowadzać endecji do getta ławkowego, rozbijania żydowskich straganów itd. Rzeczywiście, był wśród nich antysemicki motłoch, ale obok była i elita endecka, profesorowie. Wujek Tadek nie był tak radykalny, Młodzież Wszechpolska to nie był ONR Falanga Piaseckiego, który zajmował się burdami i biciem Żydów.
Przeglądał pan przedwojennego „Wszechpolaka”? – Powojennego, walczyli z komunizmem. Przedwojenne numery też niektóre mam...
I co? – No, Jędrzej Giertych tam pisał, dziadek Romana...
Tak, antysemityzm też był. Nie jest to chwalebny rozdział, ale nie da się endecji do tego sprowadzić.
Pan profesor już się denerwuje? – Ale o co chodzi? Nacjonalizm jest wypaczeniem, jeśli wiąże się z pogardą dla innych narodów, a u nas niestety tak się kojarzy – z żulami używającymi hitlerowskich symboli, bijącymi cudzoziemca za to, że ma inną skórę. Nie można ich stawiać u boku wujka Tadka, którego zakatowało UB. Dzisiejsi narodowcy natychmiast by czmychnęli w takiej sytuacji. Oni to mogą sobie pobić jakiegoś Bogu ducha winnego Murzyna na ulicy czy Hindusa, który pizzę roznosi. „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści!” – krzyczą. Nie ma w Polsce syjonistów, czyli Żydów będą wyszukiwać i wieszać, tak? Sam dostaję listy: „Ty żydowska świnio, Aaronie Nusselbaum...”. To hołota, natomiast tamci pięknie zdali lekcję z patriotyzmu.
Oczywiście, próbuję tylko zrozumieć, skąd u pana te skrajne poglądy narodowo-katolickie na początku lat 90., czy to przez ten kult wujka... – Nie było żadnego kultu. Mało się o wujku mówiło, bo mama zaczynała płakać. Do 1956 rodzina myślała, że jest może na Syberii, aż przyszło pismo, że zmarł w śledztwie w 1946. W wolnej Polsce ustaliłem, że zakatowali go Humer i Różański, do procesu Humera doprowadziłem. Ale kultu nie było. Tylko nad łóżkiem mamy wisiały dwa portrety – mojego taty i wujka Tadka.
Jeśli mówić, że mój dom był narodowo-katolicki, to mogę się na to zgodzić, ale nie miało to nic wspólnego z twierdzeniem, że trzeba mordować mniejszości czy narzucać komuś wiarę. Teraz powoli Polska przestaje być katolicka dzięki PiS-owi. W tym sensie można powiedzieć, że walcząc z PiS-em, walczę o katolicką Polskę, chociaż to nie jest główny motyw tej walki.
Pan by wolał, żeby była jednolicie katolicka? – Byłoby dobrze. Wychowałem się w takiej tradycji i byłoby mi przykro, gdybym doczekał Polski, w której kościoły będą pozamieniane na muzea. Ale myśmy się w domu zatrzymywali przed granicą, którą była krzywda drugiego człowieka i łamanie demokracji. A dzisiaj to jest istotą ruchów narodowych, więc one nie mają prawa się powoływać na Kościół, religia chrześcijańska to religia miłości.
Dziadek i wujek Łabędzcy walczyli o wolną Polskę. Tata też – w 1920 z bolszewikami pod Warszawą, a w II wojnie był dowódcą kampanii AK pod Łodzią, pseudonim „Kurzawa”. Po wojnie wzywany na UB, nie robił kariery, bieda w domu była.
Pamiętam opowieści dziadka Bronka o Syberii – o przyrodzie głównie, na politykę byłem za mały. Mówił, że jak wrony siadają na czubkach drzew, to idzie mróz. W 1905, kiedy był nauczycielem, wywieźli go na Syberię za wywołanie strajku szkolnego w Łęczycy. Lubił opowiadać o tej podróży. Tak się interesował światem, że chciał jechać jak najdalej i aż do Czelabińska zajechał. Stamtąd uciekł – z powrotem przez Rosję – do Niemiec i Ameryki, dokąd przyjechała w 1908 r. panna Stefania Jezierska, moja babcia. W styczniu 1919 wsiedli na okręt – babcia w zaawansowanej ciąży – i wrócili do Łęczycy, gdzie 21 stycznia urodziła się moja mama. Potem kupili majątek pod Łodzią w Mrodze. Kiedyś zaszedł do nich mieszkający w okolicy 37-letni pan Janusz Myszkiewicz-Niesiołowski i poznał 20-letnią pannę Halinkę. Pobrali się w 1940. Cztery lata później się urodziłem. Miałem starszą siostrę Ewę i mam młodszego brata Marka. Imię dostałem po bracie dziadka, Stefanie. Barwna postać – wojowniczy, zawadiaka, przebierał się w stroje szlacheckie, jeździł na koniu i się wygłupiał. Rodzice mówili na mnie Stefula.
Był pan pyskaty czy to z wiekiem przyszło? – Najbardziej z naszej trójki. W szkole też mnie wybierali, żebym przemawiał. Potrafiłem się odszczeknąć.
Kiedy zacząłem czytać, zafascynowała mnie książka „Z życia owadów” Jeana Henriego Fabre’a. Zacząłem chodzić do muzeum przyrodniczego, wzięli mnie jako chłopca do segregowania owadów. A w domu hodowałem płoszczyce, topielice, pływaki żółtobrzeżki, larwy ważek, z larw ważki, motyle...
Jakieś inne obowiązki? – Jak każde dziecko: okna umyć na święta, chleb kupić, kapustę. W sklepie ser był tylko biały i żółty, masło niebieskie i czerwone, chleb razowy i pytlowy, bułka z przedziałkiem i kajzerka. Wszystko było proste. Dzisiaj wchodzę do sklepu i jestem bezradny, dostaję szału. Chleb ze śliwką, ze słonecznikiem, z ziarnami, z żurawiną, z makiem, z dynią – po jaką cholerę? Pięćdziesiąt serów – który wybrać? Bym się może zastanowił, czy walczyć z komunizmem, gdybym wiedział, że to mnie doprowadzi do takich dramatów. Te gigantyczne sklepy! Chodzę po tych przestrzeniach i nie umiem niczego znaleźć. Zawsze kupuję źle – patrzę na innych i mam wrażenie, że kupili lepiej, ja nieudolnie, więc wyrzucam, co mam w koszyku, i wrzucam znowu, wzorując się na innych. Przede mną tymi kartami płacą, to się wszystko zacina. Boże, kto to wynalazł?
Pan nie płaci kartą? – Nigdy, nienawidzę tego. A te rachunki jakie są idiotyczne! Jakieś przelewy wymyślili. Gdy przychodził listonosz, źle było? Odliczał, naślinił, a gdy tak odliczał coraz wolniej i wolniej, ja w pewnym momencie mówiłem: „Już dziękuję”. On brał resztę, ściskał mi rękę i podawał ołówek kopiowy, żebym się podpisał. A teraz jakieś absurdalne konto. Komu to potrzebne? Komu tamto przeszkadzało? Że obalałem PRL, to oczywiście dobrze, ale niektóre skutki uboczne zwycięstwa boleśnie odczuwam.
Czyli coś pana łączy z dawnym kolegą Jarkiem. To może teraz jakieś wspomnienie? – Przyjaźniliśmy się, i to z dziesięć lat. Ale jakie to ma znaczenie? Nie warto nim się zajmować, z nim trzeba walczyć.
Myślałam, że jednak obalimy pana opinię pieniacza. – Jeśli ktoś ma o mnie taką opinię, to jego sprawa, ja się nie awanturuję.
Nigdy nie puszczają panu nerwy? – Nigdzie, nigdy. Nie przypominam sobie niczego, co by można nazwać pieniactwem. Ordynarnych słów też nie używam.
Czyli pan ma siebie za człowieka łagodnego? – Raczej tak, chociaż potrafię się zdenerwować i odpowiedzieć. To łagodność przeplatana ostrymi sformułowaniami. Że porównuję ludzi do zwierząt? O nas się mówi: „mordercy, komuniści i złodzieje”. Czym jest przy tym porównanie kogoś do nutrii albo piżmoszczura?
Człowiek ma wspólnych przodków z małpą, widać w nas zwierzęce cechy. W Sejmie też jeden mi przypomina bociana, drugi wieprza, inny jest niedźwiedziowaty, pewna posłanka ma rybią twarz, a taki dość znaczący poseł to szczurolis albo lisoszczur, trwają w tej sprawie spory.
A coś miłego? Tu możemy po nazwisku. – Coś z zaleszczotka świerzbowca ma poseł Tarczyński – ten, co powiedział do Wałęsy: „Zapraszam cię na solo, bydlaku”.
Gdy ktoś na takim poziomie się wymądrza, mówi o patriotyzmie, to uważam, że po to jestem, po to siedziałem w więzieniu, przeczytałem tyle książek, żeby replikować. Chyba więzienie dało mi odwagę, że nie boję się powiedzieć czegoś, co powoduje ryk i protesty ludzi, którzy nie zasługują na to, żeby ich protesty uwzględniać.
Jeszcze raz: coś miłego? – To niech będzie Gasiuk-Pihowicz – ma coś z sikorki.
Nie oddam sejmu bez walki. Rozmowa z Kamilą Gasiuk-Pihowicz
A pan z kogo coś ma? – Jako nietoperz byłem w tej szopce „Polskie zoo”, ale czy ja mam cechy nietoperza?
Może pan profesor spija krew po nocach? – Nawet kaszanki nie tykam. Mięso mi nie smakuje, wolę warzywa i owoce. Jeżyny, wiśnie czarne, zupy, lane kluski i kogiel-mogiel, taki jak mama robiła. Ale mam w swojej kolekcji – tej w pudełku – wycinek z gazety: na ulicy leży jakiś człowiek przejechany, a ja piję jego krew. To jest dopiero nienawiść. PiS używa najgorszych określeń: „gestapo, gorszy sort, zdrajcy”, a gdy ja porównałem Dudę do Maliniaka, rozpętało się piekło. Wielu dziennikarzy przyjmuje narrację PiS. Powiedziałem, że jeśli jeszcze raz porównają nas do komunistów, to będę ich porównywał do nazistów. Mówią, że trzecie pokolenie AK walczy z trzecim pokoleniem UB – czyli ja jestem trzecim pokoleniem UB?
To nie spotyka się z żadnym odzewem, jakby media do tego się przyzwyczaiły. PiS rządzi m.in. przez dziennikarzy. Znaczna część ludzi przyzwoitych okazała się bezradna wobec tej propagandy.
Andrzej Duda, człowiek z mgły
Albo wolą inny styl dyskusji. – I dlatego my możemy być targowica czy gestapo? Mam pretensję do dziennikarzy – o bezradność, płyciznę, brak diagnozy. Dlaczego nie opierają się bredniom o żołnierzach tzw. wyklętych? Dlaczego nie mówią, że Komorowski pierwszy przywrócił pamięć tych ludzi? Jak można przyjmować tezę, że to Lech Kaczyński przypomniał o powstaniu warszawskim? Sam obchodziłem rocznicę powstania w 89 roku, wszystkie kolejne rządy obchodziły. A 11 listopada świętowałem już w komunie. Napis: „Katyń” namalowałem na pomniku przyjaźni polsko-radzieckiej w 1964 czy 1965... A dla „wSieci” i „Gazety Polskiej” to ja jestem właściwie synonim komunizmu.
Kiedy prokurator Piotrowicz krzyczał: „Precz z komuną!”, to pewnie też do pana? – Gdy jeździłem pociągiem do Poronina, planując wysadzenie pomnika Lenina, to ani jego, ani nikogo z PiS nie było na peronie. Kaczyńskiego tam nie widziałem. Przepraszam, może w drugim wagonie jechał. Z Ziobrą, Sakiewiczem, Karnowskim i Gmyzem. Jak słyszę Ziemkiewicza, bohatera antykomunizmu, to mi się niedobrze robi. Gdzie był wtedy? Miał okazję zrobić coś w tamtych czasach, wykazać odwagę, każda tego typu akcja była szalenie niebezpieczna. Nie widziałem też Dudy. To nic, że oni byli za młodzi, ważne, że ich tam nie było. Pokazuję ten absurd. Jak malowałem na pomniku napis „Katyń”, nie było Terleckiego, który by powiedział: „Popilnuję, Kostuś, żeby cię nikt nie złapał, będę ci puszkę z farbą trzymał. A potem przyniosę rozpuszczalnik, bo żeś się ochlapał trochę”.
„Kostuś” mówią do pana tylko ci, którzy znali pana z podziemia. – Kuroń tak mówił, Geremek... Coraz mniej takich. Najbardziej lubię, jak słyszę od Michnika: „Dobrze im powiedziałeś, Ko-ko-kostku”. To mój pseudonim z Ruchu, Andrzej Czuma do dzisiaj tak mówi.
W Ruchu mieliście utopijny wówczas program pełnej niepodległości Polski i spektakularne akcje. Zrzucenie z Rysów tablicy ku czci Lenina to pana pomysł?
– Plany wysadzenia pomnika i podpalenia muzeum Lenina też były moje. Wolałem działać, niż mleć ozorem. Tablica to był łatwy cel. Chociaż teraz co chwila ktoś spada z Rysów. A ja wtedy szedłem w nocy, z latarką.
Dzień po wejściu wojsk Układu Warszawskiego do Czechosłowacji. – Musiałem tam wejść, kiedy nikogo nie było, czyli w deszczowy dzień. I późno, a schodzić w nocy, co jest niebezpieczne. Poszedłem z kolegą, tablica była wielkości drzwi, ciężka, odkuliśmy ją od góry, potem się huśtała, huśtała i spadła. Po dłuższej chwili rąbnęła o skały, pewnie do dziś gdzieś leży. Chcieliśmy niszczyć symbole, nie strzelać.
Ale były jakieś małe napady, kradzieże. Skąd ta brawura? – Nie wiem. Teraz bym chyba umarł na serce, gdybym miał iść podpalić muzeum albo kraść. Wtedy brałem od portiera klucz i wynosiłem maszynę do pisania. Myśmy nie używali słowa „kradzież”, tylko „ekspropriacje” – PPS i Piłsudski tak mówili o swoich napadach. Uważaliśmy, że mamy prawo zabierać mienie państwowe. Wydawaliśmy ulotki, pisma i rozwoziliśmy po kraju, chociaż społeczeństwo było raczej bierne, zastraszone, popierało komunistów. A jeśli nie popierało, to nie widziało szansy na zmianę sytuacji. Ja też nie, to wszystko było desperackie.
Rodzice jak reagowali? – Nic nie wiedzieli, tylko że w góry z bratem jeździmy. Dowiedzieli się dopiero, jak esbecy przyszli po nas do domu rano 20 czerwca 1970, czyli dzień przed akcją wysadzenia pomnika i podpalenia muzeum. Potem zobaczyłem rodziców po półtora roku, na procesie. A kiedy przyjeżdżali do Barczewa na widzenia, uspokajałem: wrócę do pracy, nie przejmujcie się. I wróciłem, głównie dzięki mojemu przyjacielowi, dzisiaj profesorowi, Krzysztofowi Jażdżewskiemu.
Kiedy rozmawiałem z ludźmi, którzy wiedzieli, że walczę z komunizmem, mówili: nigdy nie wygrasz, nic się nie da zrobić, Rosja ma armię... Gdy trafiłem do więzienia, uznałem, że mieli rację. Dopiero gdy wyszedłem jesienią 1974 i spotkałem Kuronia, Michnika, Lityńskiego, którzy się organizowali, pomyślałem sobie: Boże, ile byśmy dali, żeby znać takich ludzi, gdy byliśmy w Ruchu. Myśmy wyszli z więzienia do innej Polski. Kiedy nas zamykali, blisko nas nie było nikogo, kto by myślał o walce. To był rodzaj dziwactwa, jakby ktoś walczył z powszechnym ciążeniem. A tu nagle poznałem środowisko wprawdzie różniące się od nas, ale wolnościowe.
Chyba zbyt liberalni byli jak dla pana? – Był potem spór między nami – ROPCiO a KOR-em – o to, że oni nie stawiali na ostro postulatu niepodległości, tylko chcieli stopniowo walczyć o coraz więcej wolności i demokracji. Ale do Kuronia miałem sentyment, prawy człowiek, fascynujący intelektualnie. Miał rację, żeby nie palić komitetów, bo ja jednak chciałem, ale emocjonalny był może nawet bardziej ode mnie. Na moim ślubie był. Mam z tego film, ale nie mogę oglądać, za dużo na nim ludzi, którzy już nie żyją: mama, siostra, tata, rodzina żony, Jacek Kuroń, mecenas Szczuka, z połowa ludzi.
Przyjaciele z KOR-u. Dlaczego teraz się nie lubią? Rozmowa z Ludwiką i Henrykiem Wujcami
Kiedy poznałem Jacka i innych, poczułem, że warto było siedzieć. Zresztą tych młodszych to już widziałem na naszym procesie: Karpińskiego, Michnika...
O więzieniach mało mówię, ten rozdział zamknąłem. Skazali mnie na siedem lat, tak jak Andrzeja Czumę, wyszliśmy po czterech. Początkowo liczyłem się z tym, że może być i wyrok śmierci, takie były czasy. Pierwsze dni po aresztowaniu człowiek jest przestraszony, myśli w kategoriach samobójczych...
Myślałem: Boże kochany, zginę w tym więzieniu. Z wycieńczenia, chorób. Ale po kilku miesiącach już się uspokoiłem. Tylko co robić z czasem? Nad jeziorem kwiaty się zmieniają, w kwietniu drzewa w sadzie są białe, czerwiec to już przekwitają, w lipcu gorąco, jesień... A tu nic się nie zmienia, życia nie ma.
Ale muchy chyba były? – A co one mają robić w więzieniu? Były tylko pluskwy, wszy, karaluchy, a muchówki żadne nie przylatywały – do czego? Szczura pamiętam, jak się pluskał w kiblu, gdy mnie wsadzili do karnej celi dyscyplinarnej.
Z więzienia zostało mi wiele zabawnych opowieści. Pewien więzień twierdził, że był pod Grunwaldem. „A jak to było z tym wielkim mistrzem krzyżackim? – pytam. – Bo na obrazie Matejki to takie zagmatwane: Litwin zamachnął się toporem, Polak mieczem, Kozak dzidą, ale kto naprawdę zabił von Jungingena?”. A on tak się podniósł, spuścił nogę, bo na łóżku leżał, i mówi: „Kostuś, ja w taborach byłem”. Geniusz.
No to jeszcze. – Takie historie to do rana mogę... Prosili mnie, żeby im rysować drapieżne zwierzęta: skorpiona, lwa czy orła, tylko takie tatuowali. Rysowałem na kartce, brał to tzw. dziardziacha, przerysowywał na chusteczkę i przez chusteczkę nakłuwał skórę. Śmieszność polegała na tym, że miałem uznanie jako rozstrzygacz sporów intelektualnych: kiedy skończyła się pierwsza wojna, kiedy druga, a po co jest Jowisz, tego typu. Raz hanysowi ze Śląska tatuowali na łopatce smoka. Wszedł stary recydywista i mówi: „Hanys, nie takie są smoki”. Zrobiła się poruta. Bo co dalej, jak chłop ma już pół łopatki wytatuowane? „Kostuś, jak to jest ze smokami?”. I co im powiedzieć – że w ogóle smoków nie ma? Nie mogę. Co drugi więzień ma smoka, no to jak nie ma? W końcu mówię: „Dzisiaj takich nie ma, ale kiedyś były”. To ich uspokoiło.
Raz mnie posadzili z psychopatą. 25 lat za morderstwo miał. Palił w nocy słomę w sienniku i krzyczał: „Walcz, Zeusie!”. Mogliśmy spłonąć, zanimby przyszli strażnicy. Bałem się zasypiać. Wystawiłem na korytarz miski i rozpocząłem głodówkę. W końcu go zabrali.
Miał pan jakąś literaturę patriotyczną podnoszącą na duchu, coś tego typu? – Coś Wyspiańskiego miałem, Norwida – o tym, że „Jeśli mi Polska ma być anarchiczną,/ Lub socjalizmu rozwinąć pytanie,/ To już ja wolę tę panslawistyczną,/ Co pod Moskalem na wieki zostanie!”. I teksty piosenek, najbardziej Agnieszkę Osiecką lubiłem. Poznałem ją już po wyjściu – kiedy siedziałem, podpisała apel do władz w obronie Ruchu i pojechałem jej podziękować.
Pisała dokładnie tak, jakbyśmy bywali w tych samych miejscach. „Zielono od marzeń – my,/ na kładce i w barze – my./ Do pary, nie w parze,/ bezsenni żeglarze, na całych jeziorach – my”. Pamiętam te kładki, te bary, gdzie były trzy dania na krzyż, ale na Mazurach wszystko smakowało, gdy się miało 20 lat.
Albo piosenka o dziewczynie w niebieskim szaliku: „Lecz myślę czasami o tamtej dziewczynie,/ Jak piła gorące mleko./ I nieraz chciałbym aby tu była/ Może to miałoby sens./ Jak ona śmiesznie to mleko piła/ Gapiąc się na mnie spod rzęs...”. A zaczynało się: „Są małe stacje wielkich kolei,/ Nieznane jak obce imiona,/ Małe stacje wielkich kolei,/ Jakiś napis i lampa zielona”. Mnie to było bliskie, te małe stacje to mój świat, w podziemiu ciągle jeździłem z „Biuletynami”. Ile ja przesiadywałem na dworcach, pijąc cienką herbatę, bo nie miałem pieniędzy, żeby się najeść?
Pan to zna na pamięć? – Osiecką chyba całą. Ona opisała wszystkie moje emocje. Za pomocą paru zdań potrafiła też nakreślić całą Polskę Ludową.
Siedziałem trochę ze szpiegiem, Cichy się nazywał, i on mi tłumaczył zagraniczne piosenki, które puszczali nam przez tzw. betoniarę, głośnik. Podobał mi się zwłaszcza hit „Mamy Blue” po francusku, ale to nie to co Osiecka.
Można pomyśleć, że w tym Barczewie całkiem wesoło było, a to nieprawda. – Wzrok mi się tam pogorszył, dzięki czemu później swoją żonę okulistkę poznałem. Zębów trochę straciłem, ale całe życie chorowałem na zęby, w więzieniu to szczególnie gorzkie doświadczenie. Na samą myśl mam dreszcze. Dentysta to najpotężniejszy mój lęk. Kiedyś wystarczył jeden ruch dentysty, a już wiedziałem, co będzie robił. Dla mnie najcudowniejsze słowa na świecie to: „Matka Ojczyzna” i „fleczer, proszę”. Gdy dentysta prosił o fleczer, wiedziałem, że kończy. Chętnie dłużej porozmawiam o zębach, mam dużą wiedzę na ten temat.
Spotkał pan kiedyś tego, który was wydał? – Tak. Z dziesięć lat temu. Na jakimś spotkaniu w Gdańsku podszedł i się przedstawił.
Jak gdyby nigdy nic? – Nie wiedział, że ja wiem.
I co, rzucił się pan na niego? – Nieee, starszy ode mnie człowiek, normalnie rozmawiał. Dawał do zrozumienia, że niby razem żeśmy walczyli. Wszystkiego mogłem się spodziewać w życiu, ale nie tego, że ten człowiek do mnie podejdzie. A skoro podszedł, mógłby przeprosić. A on, że coś nas łączy, pan nie wie co. Wiedziałem. Poszedłem do organizatora z pytaniem, po co go ściągnął. Dyskretnie. Wyprosił go i więcej nigdy człowieka nie widziałem. Nazwiska nie wymieniam.
Wybaczył pan? – Tak, a co tam. Doniósł na całą naszą organizację, dobrowolnie, za pieniądze – i pojechał za to nad Morze Czarne. Ale nie potrafię długo chować złości. Nie prowadzę żadnych wściekłych wojen. Chrystus wybaczył łotrowi na krzyżu. Nieudolnie próbuję się na tym wzorować. Tak rozumiem chrześcijaństwo.
Polska jest wolna. Po co mam walczyć dzisiaj z komunistami, skoro przestali być groźni? Poza tym nie dlatego z nimi walczyłem, że byli komunistami, tylko dlatego, że szkodzili Polsce. Okrągły Stół to załatwił – oddali władzę pokojowo. Był czas po 1989, że znów z nimi wojowałem, dlatego że próbowali monopolizować władzę, ale i to się skończyło. Kiedy Kaczyński odejdzie lub przegra, też mogę z nim wymieniać poglądy. Natomiast dopóki niszczy Polskę, to jako polski patriota przeszkadzam niszczyć mój kraj.
Twierdzenie, że jestem pełen nienawiści, jest kłamstwem. Gdybym był chodzącą nienawiścią, ludzie by mnie nie wybierali.
Kiedy Kaczyński powiedział o pana postawie w śledztwie – że 13-letnie dziewczynki na gestapo wytrzymywały tortury i nie sypały, a pan tak – jak pan się czuł? – Kaczyński nie jest w stanie mnie dotknąć, bo ja naprawdę walczyłem, a on nie. Mówienie, że małe dziewczynki wytrzymywały tortury, a ja nie, jest w odniesieniu do mnie idiotyczne. Nie miałem żadnych tortur, nie musiałem niczego wytrzymywać.
Stan wojenny. Jak się żyło w internacie
Nie straszyli, nie szantażowali? – Straszyli wysokim wyrokiem i że nie wyjdę żywy z więzienia. Ale nikt mnie nie bił. Po prostu składałem zeznania, które wydawały mi się dobre w tej sytuacji. Generalnie mówiłem to, co oni już wiedzieli. Chcieli, żebym się przyznał do chęci obalenia ustroju i że Ruch był inspirowany z zewnątrz, przez akowców, przez Kościół – odmówiłem. Przyznałem się do chęci podpalenia muzeum w Poroninie i do tego, co wiedzieli. Teraz w ogóle odmówiłbym zeznań. Na to wtedy stać było m.in. Andrzeja Czumę i Joannę Szczęsną. Ale moje zeznania są przyzwoite, nie powiedziałem im nic nowego. Zresztą ja się z tego rozliczyłem. W 1989, w książce „Wysoki brzeg”.
Jednak wydawało się, że słowa Kaczyńskiego uderzyły w pana czułą strunę. – Eee, Macierewicz też niedawno mnie wyklął: „Wymazuję z pamięci nazwisko tego człowieka!”. Natychmiast przypomniałem sobie piosenkę Starszych Panów w wykonaniu Łazuki i Kraftówny „Przeklnę cię, jeżeli mnie porzucisz/ Przeklnę cię, gdy się do innej zwrócisz/ Przeklnę cię”. Podobne uczucia wywołał we mnie Kaczyński, który chciał ze mnie zrobić donosiciela, ale mu nie wyszło. Jego zarzut opierał się dodatkowo na błędzie, że byłem TW „Leopold”, podczas gdy chodziło o kogoś innego, nawet Gontarczyk o tym pisał.
Do prawicowej prasy to trafiło i zostało. – No to co ja poradzę? Kaczyński nie może mnie obrazić, bo jest tchórzem, który chowa się za innymi, nie ma odwagi politycznej. Egzamin z tej odwagi zdawało się w okresie komunizmu i on go zdał średnio, chociaż nie można powiedzieć, że nie zdał w ogóle, bo nie poszedł na współpracę. Dotknąć mnie mogą słowa ludzi, których cenię.
Gdy Geremek powiedział mi coś przykrego, to przeżywałem. Rok byłem z nim internowany. Ale po 1989 byłem z nim w politycznym konflikcie, który przenosił się na stosunki osobiste. Geremek reprezentował koncepcję, że Obywatelski Klub Parlamentarny ma być jednością, a ja chciałem już budować inną partię. Geremek – że to za wcześnie na podziały. Dlatego nie poparłem go na szefa OKP. Pamiętam, jak mi powiedział z żalem: „Kostusiu, strasznie się zmieniłeś”.
A pan co? – „Przepraszam, Bronek”. Burzyłem coś, co on tworzył, ale co moim zdaniem nie dało się utrzymać. W końcu on miał Unię Demokratyczną, a ja ZChN. Rozeszły się nasze drogi, a zeszła się moja droga z Kaczyńskim, w polityce tak jest.
Z wieloma współinternowanymi pan się wtedy rozszedł. – Geremek, Mazowiecki, Komorowski, Drawicz, Woroszylski, Amsterdamski... Większość nie żyje, a i tak są prześladowani, niszczeni. Najpierw byłem w pokoju z Julianem Kornhauserem, dzisiaj teściem Dudy. Wielka klasa połączona z delikatnością. Nigdy nikogo nie obraził, świetnie się z nim dyskutowało. W sumie żałowałem, że wychodził. A nas przewieźli z Jaworza do Darłówka, gdzie siedziałem m.in. z Januszem Szpotańskim. To była tzw. cela szyderców. Ośmieszaliśmy fanatyzm religijny i kolegów, którzy co chwila obchodzili jakieś rocznice.
Pan szydził z fanatyków religijnych? – Że noszą krzyże na piersiach z napisem: „internowany”, że patriotyczne napisy wieszają na oknach. Kpiłem, żeby powiesili je na parapetach, bo myszołów włochaty, który jest ich jedynym czytelnikiem, musi skręcać głowę.
Miałem swój wkład w tekst Szpotańskiego „Pan Karol i Kostuś” o mnie i Karolu Modzelewskim. Zaczyna się tak: „Pan Karol – polityk o sławie światowej/ mąż stanu, budziciel sumienia;/ a Kostuś – prowincjusz spod lachy grobowej,/ pokątny intrygant i pieniacz”.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.12.21 17:01 desnisa Northern Albański podróży

Szkodra Szkodra jest jednym z najstarszych miast w Albanii, założona w 4 wpne jako centrum plemienia Labeat od Ilirów. Szkodra zostało zajęte kilka razy w całej historii: najpierw przez Rzymian (168 pne), to Serbowie (1040), Wenecjanie (1396), a na końcu przez Turków (1479). Miasto powrócił do albańskiego kontrolą co księstwa feudalne części Balshaj w 14 wieku i pełnił funkcję miejskiego centrum Bushatllinj Pashallëk od 1757 do 1831. Shkodra jest bogaty w dziedzictwo kulturowe; samo miasto, jak również osób nosi dumę, że duża liczba artystów, muzyków, malarzy, fotografików, poetów i pisarzy urodzonych tutaj dążył do utworzenia.
Główną atrakcją turystyczną jest Szkodra Rozafa Zamek. Rosnące majestatycznie na skalistym wzgórzu na zachód od miasta, wychodnie i blankami malować płonący obraz na tle zachodzącego słońca. Jest on otoczony wodami trzech rzek; drini, Buna, a Kiri. Podobnie jak miasto jest chronione, zamek ma Illyrian pochodzenie. Według historyka Tit Liri, "to był najsilniejszy powierzchnia Labeats." Podobnie jak wszystkie starożytnych dzieł, zamek pochodzi z popularnej legendy lokalnego. Rozafa była nazwa oblubienicy najmłodszy z trzech braci, którzy pierwotnie zbudowany zamek. Trzej mężczyźni pracowali bez wytchnienia po dniu układania zaprawy i kamienia, ale ściany zawsze rozdrobniony noc. Konsultacji mądrego dowiedzieli się, że do wyrzucania złego rozdarcia w ich codziennej pracy i chronić swoje rodziny i przyjaciół z silnym zamku, który będzie trwał przez wieki, jeden z żonami musiały być pochowany w obrębie murów. Bracia zawarł pakt wstrząsających nie ostrzegać swoje żony na to niebezpieczeństwo, a kto przyniósł jej mąż jego posiłek w południe następnego dnia będzie uśmiercane. Starsi bracia złamał swoje słowo, jednak i to było Rozafa sam, który przyszedł z jedzeniem. Kiedy usłyszała, głoszenie, płakała na jej nowo narodzonego syna i męża, ale pozwoliła sobie stać się żywą częścią ścian tak, że zamek może być zbudowane. Według zarówno legendy i lokalnym folklorem, wapienne wody przepływającej przy wejściu do zamku jest mleko wypływa z jednego z jej piersi, która poprosiła być narażone w lewo, tak aby mogła karmić swoje dziecko. Ona również opowiedział się za jedną nogą i jedną ręką, aby pozostać wolne, aby rocka kołyskę syna w nocy i sadze go w ciągu dnia. Historycy mówią nam mniej czarujący i bardziej naukowe tło cech zamkowych. Odzwierciedla ona panowanie rodziny Balshaj ale przeszła przez tyle innych okresów rządzących, że każde pozostawione własne znaki i oznaczenia na terenie, w tym wyraźną pochodni wenecki, niektóre osmańskiej architektury z 16 i 17 wieku, a nawet kilku zmian od rodzina Bushatllinj w 18 i 19 wieku. W murach zamku znajduje się muzeum, gdzie wymagający miłośnik starożytności mogły spędzić popołudnie czytania bardziej komfortowe z historii, a restauracja została dodana do zaprezentowania lokalnych potraw i tradycyjnych strojów. Oprócz zamku, możesz również do odwiedzenia innych znaczących zabytków, takich jak Muzeum Historii miasta, w pobliżu stadionu, a także znanego Marubi Fototekë.
Stracić do miasta znajduje się Jezioro Szkodra, największe jezioro na Bałkanach, o powierzchni 368 km2 (z czego 149 są wody Albański). Jezioro jest godne uwagi dla swoich różnych bankach: południowym brzegu jest wysokie i skaliste, natomiast północna jest niska i bagiennych. Na leniwe rowerzysty lub kierowcy, dwa główne ośrodki turystyczne są miasta Shiroka i Zogaj, znajduje się na linii brzegowej. Znany ze swoich umiejętności rybackich, każda wioska gospodarze restauracje serwujące najpopularniejszą lokalną potrawę, pieczony karp. Każdego 15 sierpnia pielgrzymka katolicka Shen Rrok, lub Saint Rocco, obserwuje się w Shiroka świętować historyczny opiekuna miasta. Tradycja głosi, że po tej dacie jest ona chora zaleca się pływać w wodach jeziora. Jezioro Szkodra cieszy ciepłe temperatury, absorbujące promienie słoneczne przez większość dni w ciągu roku. Pływanie, opalanie i pływanie łódką są popularne zarówno dla turystów, jak i mieszkańców. Oprócz tych zabaw, jezioro jest bardzo ważnym naturalny ekosystem z 281 gatunków ptaków i 45 gatunków ryb, w tym karpia, węgorza i shtojza. Na plaży Velipoja znajduje się zaledwie 22 km od miasta Shkodra. Posiadając wyjątkowo wysoką zawartość jodu, długa linia brzegowa słynie z leczniczej piasku i wielu ludzi miały do ​​grzebania się w nim, aby złagodzić bóle ciała. Oprócz pływania i wędkowania, otaczająca sceneria oferuje wiele ciekawych obiektów przyrodniczych warte zobaczenia, takich jak małej wyspie Franc Józefa umieszczony przy ujściu rzeki Buna, w pobliżu granicy z Czarnogórą. Lezha Miasto Lezha znajduje się 47 km na południe od Shkodra. Innym z najstarszych miast Albanii, to po raz pierwszy wymieniony w dokumentach historycznych pod nazwą Lissus. W 1398 roku, po wybudowaniu zamek, miasto znalazło się pod bezpośrednią kontrolą feudalnej rodziny LEKË DUKAGJINI, ale ostatecznie został zdobyty przez żołnierzy z Wenecji. Jednym z najważniejszych wydarzeń historycznych dla Lezha, a nawet dla całej Albanii, był słynny "Montaż Lezha" w dniu 2 marca 1444 roku, gdzie pod wodzą bohatera narodowego Skanderbega, albańskie księstw Zjednoczonych przeciwko Turkom. Pamięci Mogiła Skanderbega jest tutaj, w byłej katedrze Shen Kolli, gdzie został pochowany w 1468. Zamek w Lezha, innym iliryjskim pomnika, siedzi na wzgórzu z widokiem na miasto poniżej. Wewnątrz zamku, ruiny Ottomańskiego meczetu, Roman Arch i iliryjski Wieża wszystkim odpoczywać wspólnie na wieki.
Zaledwie kilka minut od centrum miasta znajduje się piaszczysta plaża Shëngjini w podnóża góry Renci. Słonecznej plaży społeczność Shëngjini posiada długą i barwną historię, znany zarówno jako "Cesarean" i "Nympheum" w minionych wiekach. To tutaj rzymski generał Marek Aureliusz wyruszył ze swoją flotą, aby ścigać Pompejusza podczas wojny domowej, że on i Julius Caesar zaangażowany w. Ujście rzeki drini znajduje się w pobliżu, zapewniając niesamowity ekosystem coraz bardziej tematyce kluczem atrakcją dla międzynarodowego ekoturystyki. Również w okolicy jest Kune-Vain Park Narodowy. Z około 70 gatunków ptaków, 22 gatunków gadów, 6 gatunków płazów i 13 gatunków ssaków, jest szeroki i zróżnicowany chronione siedliska. Jednym z najbardziej przyjemnych niespodzianek jest piaszczysta wyspa Kune, która zamienia się w półwysep w zależności od poziomu wody. Z 227 różnych gatunków roślin rosnących na wyspie, gęsta roślinność Kune zapewnia siedliskiem dla wielu ptaków i, co za tym idzie, wielu obserwatorów ptaków.
submitted by desnisa to albaniantourism [link] [comments]


2016.08.31 17:00 SoleWanderer MACIE ŻYĆ TAK, JAK MY ŻYJEMY - Tygodnik Powszechny

Mogliśmy się już widzieć, i to w tym samym miejscu. W 2011 r. Mateusz Bożydar Marzoch, prezes jednego z warszawskich Kół Młodzieży Wszechpolskiej, asystent posła Roberta Winnickiego, „narodowiec, katolik”, jak przedstawia się na Twitterze, szedł w Marszu Niepodległości. Ja stałam w pobliżu kawiarni przy placu Konstytucji w kontrmanifestacji. Minęło 5 lat, niewiele mniej niż nasza różnica wieku.
Kiedy 1 sierpnia obserwowałam kolejny przemarsz narodowców, oprócz wielu innych uczuć – opisanych przeze mnie na łamach „TP” w tekście „Nowy Świat maszeruje” (nr 33/16) – poczułam wstyd. Wstyd, że nie weszłam w tłum i nie zapytałam: „Dlaczego tu przyszedłeś?”, ale także z powodu własnej pogardy i poczucia wyższości. Poniższa rozmowa wzięła się m.in. z potrzeby przełamania tej postawy.
MAGDALENA KICIŃSKA: Dziękuję, że zgodził się Pan na spotkanie – wielu przedstawicieli organizacji, o których pisałam w „TP”, nie chciało rozmawiać. Zwłaszcza że był Pan jedną z osób, które negatywnie skomentowały naszą okładkę sprzed dwóch tygodni.
MATEUSZ BOŻYDAR MARZOCH: Bardziej nie podobał mi się tytuł. Bo dlaczego to, co robimy, jest kradzieżą? To przywracanie Polakom świąt i rocznic. Zanim organizacje narodowe o to nie zadbały, mało kto je celebrował, a jeśli, to niemrawo. Teraz – tłumy. Dopiero od niedawna mamy też np. Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. To zasługa pracy u podstaw, którą robimy.
A nie prezydentów Kaczyńskiego i Komorowskiego, którzy przeprowadzili proces legislacyjny w tej sprawie?
Oni raczej wyczuli, że powinni to zrobić, reagując na presję. To my upomnieliśmy się o pamięć.
Krzycząc 1 sierpnia: „Śmierć wrogom ojczyzny”?
To hasło ściśle historyczne, używane szczególnie po II wojnie światowej, kiedy polscy partyzanci walczyli z okupantem sowieckim i z ludźmi, których uważali za wrogów.
Chce mnie Pan przekonać, że nie ma w tym okrzyku odniesień do tu i teraz?
1 sierpnia krzyczeliśmy też „Jedna kula, jeden Niemiec”, a nie wydaje mi się, żeby ktoś teraz nawoływał do zabijania Niemców. Bądźmy poważni.
Niech mi więc Pan wytłumaczy związany z Powstaniem kontekst innego hasła, które skandowano: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści”?
Tu przyznam: nie wiem, co koledzy mieli na myśli. Ale nie dam się wmanipulować. Pani chce, żebym powiedział, że dosłownie bierzemy to, o czym krzyczymy.
Chcę zrozumieć, co Panu daje wykrzykiwanie tych haseł.
Poczucie sensu: czerpiąc z doświadczenia tamtych ludzi i oddając im cześć, czuję z nimi łączność. Wiem dzięki temu, gdzie i kim jestem, i jakie z tego wynikają dla mnie obowiązki. Np. w czasie wojny – jak należy się zachować. Wiem, że poszedłbym walczyć z tymi samymi hasłami na ustach.
A w czasie pokoju? Oglądałam Pański profil na Facebooku i konto na Instagramie. Widzę, że lubimy podobną muzykę, i zastanawiam się, czy jest coś, co poza muzyką może nas łączyć.
Poglądy pewnie nie.
Obawiam się Pańskich.
Niesłusznie. Nie jesteśmy tacy źli.
Nie dopuszczacie możliwości, że ktoś inaczej widzi świat.
Bo jesteśmy pewni, że nasza wizja jest dla Polski najlepsza.
O tym mówię – o braku wątpliwości. Jak się go zdobywa? Jak znalazł się Pan w Młodzieży Wszechpolskiej?
Pochodzę ze wsi, gdzie moi rodzice prowadzą gospodarstwo. Tam się wychowywałem, później poszedłem do liceum w powiatowym mieście i mieszkałem w internacie. Nie wiedziałem wtedy zbyt wiele o organizacjach narodowych. Od gimnazjum udzielałem się jako harcerz.
ZHP?
Stowarzyszenie Harcerstwa Katolickiego Zawisza. Wciągnął mnie kuzyn i to właśnie tam nabrałem poczucia, jak wielki sens ma nie tylko praca – co wyniosłem wcześniej z domu, bo od najmłodszych lat pomagałem w prowadzeniu gospodarstwa – ale przede wszystkim służba.
Czym ona jest?
Pomocą drugiemu człowiekowi, pracą na rzecz wspólnoty i gotowością do poświęceń na jej rzecz.
Tu się zgadzamy – ja również uważam, że to istotna wartość.
No więc ja podjąłem służbę na rzecz Młodzieży Wszechpolskiej – w 2011 r. pojechałem na Marsz Niepodległości i zobaczyłem, że potrzebna jest pomoc. Wstąpiłem do Straży Marszu – budowała ją m.in. MW, trafiłem na spotkanie. Sprawdzili, kim jestem.
Jak?
Weryfikacja polegała na rozmowie, sprawdzeniu naszych profili na Facebooku, to wszystko. Od początku roku akademickiego – kiedy zacząłem studia: bezpieczeństwo wewnętrzne na UW – zacząłem chodzić na spotkania. I od tej pory każda akcja, każda służba, którą pełnimy – np. ostatnio, przy pogrzebie kard. Macharskiego na Wawelu – daje mi ogromną satysfakcję i poczucie, że dokonałem właściwego wyboru.
To znaczy?
Że jestem wśród ludzi, którzy myślą tak jak ja i chcą tego samego.
Wcześniej Pan tego nie czuł?
Może w harcerstwie, ale z tego się wyrasta. A potrzeba zostaje.
Co Pan ostatnio czytał?
„Wszechpolaka”.
A książki?
Szczerze mówiąc, od dziecka muszę się do książek zmuszać.
Pytam, bo chciałabym się dowiedzieć, co Pana ukształtowało.
Już powiedziałem: praca. To, co robiłem w domu, potem w harcerstwie, teraz w MW – dla innych i dla narodu.
Jest Pan honorowym dawcą krwi.
Od 18. roku życia. I dawcą szpiku.
A kiedy patrzy Pan na probówki, w których zgromadzona jest krew, w każdej taka sama, nie myśli Pan – kto ją oddał, komu zostanie przetoczona?
Nie, bo człowiek to człowiek, życie to życie. Jeżeli umierałby ktoś, kto jest innego koloru skóry, wyznania czy nawet, powiedziałbym, orientacji, moje człowieczeństwo nakazywałoby mu pomóc i tę krew przekazać.
Woodstockowiczowi też?
Na Woodstocku nigdy nie byłem.
Może gdyby Pan na własne oczy zobaczył uczestników festiwalu, to nie napisałby Pan o nich na Twitterze „podludzie”.
Widziałem filmy i zdjęcia – zachowywali się jak robaki, taplali w błocie jak zwierzęta.
Nie mają prawa bawić się tak, jak uważają za stosowne?
A ja mam prawo to oceniać.
To chyba nie po chrześcijańsku mówić, że ktoś jest „podczłowiekiem”.
Dlatego jako chrześcijanie chodzimy do spowiedzi.
A z tego się Pan wyspowiadał?
A to już moja intymna kwestia.
Wpisu Pan nie usunął.
Oj, wiele wpisów wisi, które bym chciał pokasować, ale nie mam czasu.
Można być polskim patriotą i gejem?
Wie pani, to trudne pytanie. Homoseksualizm jest czymś nienaturalnym, co dotyka człowieka na jakimś etapie jego życia.
Homoseksualizm nie jest chorobą, wyborem ani stylem życia.
Według mnie jest schorzeniem. Ale osobiście uważam, że taki człowiek też mógłby zginąć za Polskę.
Ginęli. Oddawali życie za Polskę ludzie różnych wyznań, orientacji…
No dobrze, dobrze, znamy te historie…
Dlaczego Pan się śmieje?
Wszystko można zmanipulować – mówić np., że „Rudy” był homoseksualistą.
A to by było coś złego, gdyby był?
Dla mnie? Tak.
Bo?
Bo to nienaturalne i niezdrowe dla tej osoby i dla społeczeństwa. Ale nie uważam, że należałoby tych ludzi zabijać.
A mniej drastycznie – być członkiem tej samej wspólnoty też nie należy?
To nie tak. Nasz problem z tymi ludźmi nie wynika z tego, że oni mają ten swój problem, ale z tego, że chcą, żebyśmy my ich defekt zaakceptowali i przyjęli jako normę. Na to zgody nigdy nie będzie. Bo to pierwszy krok, za nim idzie cała ideologia tolerancjonizmu, która doprowadziła do tego, co się teraz dzieje na zachód od Polski.
Co to jest tolerancjonizm?
Zachód wybrał zupełną anarchię i ideologię, która go rozbroiła, wmawiając ludziom, że wszystko jest dobre: chcesz być kobietą, chociaż się urodziłeś mężczyzną – nie ma sprawy. Chcesz zabić dziecko – twoje prawo, a aborcja to oznaka wolności kobiety. I że nie zabija się człowieka, że to tylko zlepek tkanek. Więc ja się pytam: co z tego zlepka tkanek będzie potem? Słoń? Zachód zapomniał, że są rzeczy niepodważalne.
Dla mnie to, co niepodważalne, to prawa człowieka, dla Pana – prawa boskie, prawa jednej religii?
Moja wiara zakłada, że człowiek całe życie powinien dążyć do zbawienia, a inni ludzie, inni katolicy, powinni pomagać ludziom obok siebie, nawet niewierzącym, znaleźć drogę do zbawienia.
I chce Pan narzucać swoją wizję tego, co można, a czego nie można, innym?
Jeszcze nie narzucamy.
Jeszcze...
Nie muszę narzucać komuś, żeby miał narodowe poglądy i za największe dobro uważał naród, choć tego bym chciał – pamiętając, że przed narodem tylko Bóg. Ale są sprawy fundamentalne, w których nie możemy pozwolić, by ktoś decydował o sobie wbrew boskiemu prawu i wbrew interesowi narodu. Taką sprawą jest np. aborcja.
Ci, którzy Pańskiego zdania nie podzielają, są wrogami ojczyzny?
Wrogami ojczyzny są ci, którzy prowadzą do jej moralnego zepsucia, do liberalizmu, źle pojętej tolerancji i odejścia od wartości chrześcijańskich, na których została zbudowana. Wszyscy, którzy starają się to negować, którzy starają się doprowadzić do tzw. multikulturalizmu i wymieszania wszystkich ze wszystkimi, zniesienia granic – także moralnych. Wszyscy ci, którzy na pierwszym miejscu nie stawiają interesu Polski i narodu polskiego, ale jakiś wyimaginowany europejski albo swój własny.
Bardzo ogólne słowa.
Mam nazwiskami wymieniać?
Pańscy koledzy często to robią. Spróbuję zgadnąć: np. ci, którzy popierają prawo do decydowania o przerywaniu ciąży? Zwolennicy przyjmowania uchodźców? Osoby, które są LGBT i które działają na rzecz ich praw?
Wszyscy oni działają na rzecz degrengolady moralnej społeczeństwa, a nie na rzecz ochrony praw. Oglądała pani igrzyska olimpijskie, bieg na 800 metrów i te trzy pseudopanie, które paniami raczej nie są…
Ale co to ma wspólnego z prawami osób LGBT w Polsce?
To przykład tego, do czego oni dążą. Do przywilejów, chcą sobie ugrać przywileje. Tak to się zaczyna – mniejszość krzyczy, że jest dyskryminowana, a tak naprawdę chce lepszego traktowania. Od znajomych, którzy wyjechali do Wlk. Brytanii, wiem, że tam np. dotyczy to czarnoskórych. Nie pracują tak ciężko jak my, są leniwi, ale jak pracodawca chce ich zwolnić, to zarzucają mu rasizm.
To, co Pan mówi, to właśnie rasizm: wywyższanie jednej rasy ponad inną na podstawie fałszywych uogólnień. Mniejszości nie chcą być „lepsze”, chcą być równe.
Pani w to wierzy, ja nie.
A rozmawiał Pan z kimś, kto działa np. w organizacji LGBT?
Nie, i jakoś nie chcę.
Może by się Pan dowiedział, że chcą czegoś innego, niż Panu się wydaje.
Wystarczy mi widzieć Paradę Równości i to świństwo, które tam maszeruje. Faceci poprzebierani za kobiety, pomalowani jak jakieś nabzdyczone panie z burdelu; pseudo-katolicy, którzy chcą, żeby ich Kościół zaakceptował; mężczyźni, którzy wymachują sztucznymi penisami, co to ma być? To wbrew naturze. Najpierw akceptacja dla par homo, potem adopcja, a potem usłyszymy to, co w Holandii, by zalegalizować zoofilię, albo w Szwecji – by uczyć dzieci obowiązkowo masturbacji. To chore.
Słucham Pana i myślę: to pomieszanie wszystkiego ze wszystkim. Zasłyszane plotki, niepotwierdzone pogłoski, między którymi istnieje wymyślony związek przyczynowo-skutkowy.
Potwierdzone. Dla nas jest jasne, że to wszystko się łączy, a państwo tego nie widzą, bo wierzą w ich dobre intencje.
Ma Pan w swoim środowisku kogoś o innej orientacji niż heteroseksualna?
Nie.
Nigdy nie chciał Pan skonfrontować swoich wyobrażeń z tym, kim oni są naprawdę?
Wystarczy mi to, co widzę i czytam. Zaczyna się od drobnych rzeczy, a potem granice przyzwoitości się zacierają, i w efekcie rodziny zostają pozbawione wpływu na to, jak wychowują dzieci, bo jakaś ideologia i organizacje, które wcielają ją w życie, uważają, że zrobią to lepiej.
Pańska organizacja też uważa, że ma monopol na prawdę.
Nie można wszystkim na wszystko pozwalać w stylu „róbta co chceta”. Trzeba stawiać granice, żeby mieć w życiu jakieś punkty stałe, wartości, żeby wiedzieć, do czego się odwołać. A odwołać się można tylko do tego, co nas ukształtowało: wiara i historia.
Ma Pan rodzeństwo?
Trójkę.
A jeśli brat powiedziałby, że jest gejem?
Argumenty ad personam są bardzo słabe.
Chciałabym nadać sprawom, o których Pan ma tak mocne poglądy, jakąś twarz.
Na to pytanie nie odpowiem. To intymna sprawa i nie chcę, żeby ktoś w nią ingerował.
Ja nie chcę, żeby Pan ingerował w moje. Pytałam po prostu, co by Pan poczuł.
Nie powiem, że się nad tym nigdy nie zastanawiałem. Ale mam takie szczęście, że zostaliśmy wszyscy dobrze wychowani przez naszych rodziców.
To znaczy, że ktoś, kto jest homoseksualistą, jest nim dlatego, że został źle wychowany?
Tak uważam.
Był Pan na Światowych Dniach Młodzieży. Jak Pan odebrał to, co papież mówił o uchodźcach?
Jesteśmy zawiedzeni. On mówi tylko to, co nakazuje wiara, ale według nas nie do końca bierze pod uwagę zasadę ordo caritatis, czyli porządek miłości, mówiącą o tym, że najpierw trzeba troszczyć się o rodzinę i kraj, a potem o resztę. Poza tym to, co głosi papież, to jego nauka społeczna – pocieszamy się, że nieomylność dotyczy tylko kwestii wiary. W pozostałych, jak każdy człowiek, może się mylić.
Studiuje Pan na UW…
Kończę licencjat.
…Myśli Pan o tym, co organizacja, do której dziedzictwa odwołuje się ta, do której Pan należy, robiła w latach 30.?
Proszę pani, w latach 30. na ulicach jedni strzelali do drugich. Bojówki komunistyczne zresztą…
Pytam też o numerus clausus i getto ławkowe.
Jestem w stanie zrozumieć, że dla Polaków liczna mniejszość żydowska na uniwersytetach to był problem. Że dostawała wiele przywilejów, a zdolni Polacy nie.
Nie dostawała przywilejów – miała zagwarantowaną w konstytucji marcowej równość praw, w tym do studiowania.
Mogli sobie na to pozwolić ze względu na dobre usytuowanie, a Polacy nie.
Według spisu powszechnego z 1931 r. nieliczni Żydzi byli właścicielami majątków ziemskich. Prawie 70 proc. utrzymywało się z drobnego handlu i rzemiosła. Niewielu pracowało w przemyśle, zaledwie 2,6 proc. w administracji. Żydowscy studenci w międzywojniu wywodzili się z różnych warstw społecznych. Mówi Pan, że bicie brało się z tego, że byli na uniwersytetach, bo było ich stać, a polskich studentów nie i odpowiedzią była przemoc? Studenci żydowscy stanowili 20-25 proc. studentów. Czyli mniejszość.
Ta liczba rosła i nie dziwię się, że Polacy się buntowali i chcieli w swoim kraju mieć większy dostęp do szkolnictwa wyższego.
A Żydzi nie byli we własnym kraju?
Ale to dalej byli Żydzi. Mieli obywatelstwo polskie, ale do polskości za bardzo się nie poczuwali.
Skąd Pan to wie?
Dla nich przede wszystkim, zresztą do tej pory tak jest, najważniejszym punktem odniesienia była przynależność do społeczności żydowskiej.
Nie słyszał Pan o asymilacji? O Żydach-patriotach? O tych, którzy służyli w Wojsku Polskim?
To nie zmienia postaci rzeczy, że Polacy chcieli, żeby w ich kraju to jednak rodacy mieli dostęp do tego, co im się należy.
I pałka i pięści były do tego środkiem?
W tamtych czasach tak rozwiązywało się te sprawy. Teraz tak nie jest. Nikt z czystej nienawiści nie chce mordować kogoś – np. Żyda – tylko dlatego, że jest Żydem. Ludzie sobie tak mogą krzyczeć albo pisać w sieci, ale to się nie przełoży na czyny raczej.
Raczej?
Raczej. I tyle.
Nie uspokaja mnie ta deklaracja.
Dopóki te grupy nie stanowią zagrożenia dla Polski, dopóty nie mają się czego bać.
Jaka byłaby Polska, której Pan chce?
Wielka i katolicka. Miałaby się opierać na dobrze zorganizowanym narodzie, gotowym do wspólnego wysiłku na rzecz budowy swojej ojczyzny. Miałaby silną armię i gospodarkę, byłaby silna swoim narodem, dobrze wykształconym, pracowitym, wyszkolonym, by bronić ojczyzny, kiedy jest taka potrzeba, ale też dbać o nią na co dzień, np. płacąc podatki, będąc nieobojętnym na to, że komuś obok dzieje się krzywda. Ta Polska opierałaby się na wartościach chrześcijańskich, poszanowaniu dla życia ludzkiego i rodziny jako podstawowej komórki narodu. Na gotowości do ofiarowania życia za ojczyznę i na zdolności do poświęceń, jeżeli tego akurat będzie wymagała sytuacja.
A co z osobami innego wyznania? Z ateistami?
Nie każemy im zmieniać wiary, możemy nauczać, przekonywać, zachęcać, ewangelizować. Potem po śmierci każdego człowieka Bóg ze wszystkiego rozlicza. Ale taki ktoś musi szanować i przestrzegać naszych zasad.
A co z mniejszościami etnicznymi? Są częścią tej wspólnoty czy nie?
No, nikt Ślązaków np. nie wykluczył, nikt nie wykluczy też społeczności tatarskiej.
A żydowskiej? Wietnamskiej?
Roman Dmowski powiedział, że Polakiem może być ten, kto na pierwszym miejscu stawia interes i dobro narodu polskiego. Jeżeli to jest dla niego punkt odniesienia, to wtedy może określać się Polakiem.
Jak wyglądałby ład międzynarodowy, gdyby każde państwo przyjęło taką filozofię?
Nacjonalizm nie jest szowinizmem. Jest stawianiem na pierwszym miejscu swojego narodu. W stosunkach międzynarodowych to wygląda trochę inaczej. Można tak prowadzić politykę zagraniczną, by o tym pamiętać, ale też prowadzić interesy z innymi.
Mam na myśli co innego: jaki kraj umiał prowadzić politykę, w której na pierwszym miejscu byłby interes narodu, nie wchodząc w konflikty zbrojne z innym państwem o takiej filozofii. Zna Pan takie przypadki?
Myślę, że to da się pogodzić, zawsze powtarzam: trzeba prowadzić dialog i czasem iść na ustępstwa.
Czyli np. oddać Niemcom, gdyby chcieli, Wrocław?
Nie, absolutnie.
Dlaczego, przecież to jest ich interes narodowy, ich ziemia?
Naszym interesem narodowym powinno być odebranie Wilna i Lwowa, Brześcia itd., ale przecież nikt tego teraz nie podniesie. Choć trzeba też pamiętać: granice nie są dane raz na zawsze, tyle lat pokoju nie znaczy, że wojna kiedyś nie wróci.
Młodzież Wszechpolska włączy się w Obronę Terytorialną?
Wielu kolegów już w niej działa, są też w Strzelcu czy innych organizacjach. Wielu służy w wojsku jako żołnierze zawodowi i jako oficerowie. Do MW należą naprawdę różni ludzie, są osoby, które pracują na uczelniach, prawnicy, lekarze, rolnicy. Wszyscy, którym zależy na dobru kraju.
A co to jest patriotyzm?
Odróżniamy patriotyzm od nacjonalizmu. Patriotyzm jest czymś chwilowym, pewnego rodzaju uniesieniem, emocją, która wykwita, kiedy sprzyjają ku temu warunki. Nacjonalizm jest stanem trwałym i przekłada się na rzeczywistą pracę, którą dana osoba wykonuje na rzecz narodu.
Można być polskim patriotą, jeśli ma się skórę inną niż białą?
Przyznam szczerze, że ja nad tą kwestią się nigdy nie zastanawiałem, bo wchodzi tu jeszcze pojęcie rasy. Naród polski jest rasą białą. Ale jeżeli ktoś innego koloru skóry poczuwa się do tego i np. byłby w stanie oddać życie za Polskę, to myślę, że nie moglibyśmy mu odmówić prawa do bycia patriotą.
Tylko przelewając krew udowodniłby swoje poświęcenie? Nie może tego dowieść w warunkach pokoju? Ale dobrze, zostańmy przy krwi. Czy honorowy dawca zasłużyłby swoim poświęceniem?
Jeżeli ktoś innego wyznania lub koloru skóry oddaje krew, to mógłbym przyjąć, gdybym potrzebował. Ale jak on oddaje tę krew, to nikt z nas nie wie, komu ona zostanie podana… no to jest trochę co innego, niż zginąć, zasłaniając kogoś piersią.
Ta jednorodność, o której Pan wcześniej mówił, nigdy tu nie istniała. Historia Polski to historia różnorodności – kultur, języków, religii, grup etnicznych. Ras również.
Nie istniała do końca, ale Polska przez swoje zdrowe podejście zachowała jednolitość, chociaż różni ludzie się tu przewijali.
Nie przewijali się: żyli tutaj. A jednorodność „udała się” z powodu wojny i jej następstw.
Różnorodność przed wojną przysparzała wielu problemów, konflikty były duże, a jednak nie było u nas nocy kryształowej.
Ale były pogromy.
Bez przesady. Nie da się tego porównać do sytuacji w Niemczech. W historii każdego narodu zdarzają się sytuacje, z których nie jest się dumnym, ale powtarzam – takie były czasy i widocznie tak trzeba było.
A jest coś w Polsce po 1989 r., z czego jest Pan dumny?
Na pewno z tego, że w ostatnich latach obudziła się świadomość narodowa, coraz mniej ludzi zapatrzonych jest w Zachód, a zaczyna widzieć wartość tego, co polskie. Ale też dostrzega swoje wady i z nimi walczy.
Jakie są te wady narodowe?
Bezczynność chociażby, brak zaangażowania społecznego, np. to, że ludzie nie poczuwają się do tego, żeby iść głosować.
Ja również uważam, że udział w wyborach jest patriotycznym obowiązkiem. Tylko że dla mnie poza tym to poczucie wspólnoty z tymi, którzy tu żyją, i pamięć o tych, którzy żyli tu w przeszłości. To praca na jej rzecz, materialna i symboliczna. To szacunek dla demokracji, opartej na równości wszystkich obywateli. A Pan powiedział, że podpisałby się pod słowami swojego szefa, że „liberalna demokracja to nowotwór”.
Tak.
To co zamiast liberalnej demokracji?
Narodowa.
To znaczy?
Demokracja, w której rzeczywistym odnośnikiem jest naród i wola narodu, a nie poddawanie się, uginanie kolan przed wszelakimi mniejszościami. Macie żyć tak, jak my żyjemy.
„My” – chcą Państwo decydować o tym, kogo do wspólnoty można zaliczyć. Ja uważam, że „my” to też koleżanka lesbijka, i kolega, który jest Żydem, i Wietnamczyk, i ateista…
I oni wszyscy powinni się dostosować do prawa i zwyczajów, jakie tu funkcjonują.
Myślę, że to musiałoby być dla Pana bardzo trudne, gdyby się Pan zakochał w osobie, która nie pasuje do wzoru.
Nie grozi mi to. Nigdy nie miałem takiej sytuacji. Nigdy nie czułem zauroczenia w stosunku do kogoś o innym kolorze skóry czy wyznaniu. I raczej mnie to nie dotknie.
Jest Pan szczęśliwym człowiekiem?
Tak.
A co sprawia, że może Pan tak o sobie powiedzieć?
To, co robię, jakie wiodę życie, daje mi to poczucie: że służę w życiu tak, jak najlepiej potrafię.
A we mnie, jeśli miałabym uosabiać „tamtą stronę”, co Pana najbardziej wkurza?
Wolność słowa. A raczej to, że uznaliście, że macie na nią wyłączność i możecie decydować, co ludzie mają prawo myśleć i mówić.
Przecież Państwo mówicie swoje. Nam chodzi o granicę – jest nią artykuł 13 konstytucji.
Nie znam jej na pamięć.
„Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa”.
My nie nawołujemy do przemocy, mówiłem pani – tamte hasła to tylko przypomnienie historycznych kontekstów.
Ataki na Romów, obcokrajowców w Białymstoku, palenie kukły Żyda też mają historyczny kontekst?
Jakieś ataki, jeśli się zdarzają…
Sytuacje, o których mówię, miały i mają miejsce.
…jeśli się zdarzają, to marginalnie.
Przemoc to rozwiązanie?
Niektórzy sądzą, że tak.
A Pan?
Czasem jest konieczna – kiedy ludzie czują się zagrożeni, państwo nie zapewnia im bezpieczeństwa, a sytuacja skłania do takich aktów.
Według mnie kreuje ją Państwa retoryka: wskazywanie wrogów ojczyzny, z którymi trzeba walczyć.
Ale gdybyśmy o tym nie mówili, wy mówilibyście: wszyscy są naszymi przyjaciółmi. A nie wszyscy są, nie można stracić czujności. Trzeba mieć bezpiecznik, są nimi organizacje narodowe, które mówią głośno to, czego inni boją się powiedzieć.
Właśnie to mnie w Państwa wizji świata przeraża – wrogość i nieufność, na których się opiera ten ład. Zostanę więc pewnie nadal wrogiem ojczyzny, jak pisali do mnie ludzie, którzy sami siebie nazywają narodowcami.
Dla nas postawy, które pani wyznaje, szkodzą Polsce i Polakom.
Wyklucza mnie Pan w ten sposób ze wspólnoty, której czuję się członkinią.
No dobrze, ale nikt pani przecież nie każe wyjeżdżać.
Mam tylko dostosować się do Waszych reguł?
Do zasad, które uznajemy za słuszne, i które są słuszne.
A na początku rozmowy próbował mnie Pan przekonać, że byłoby tu i dla mnie miejsce.
Wystarczy się dostosować – a będzie. ©
Sauce: https://www.tygodnikpowszechny.pl/macie-zyc-tak-jak-my-zyjemy-35214
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.08.23 12:42 ben13022 Układ warszawski. Czy reprywatyzacja w stolicy zatrzęsie polską polityką? (Cały tekst Wyborczej.)

Decyzję o reprywatyzacji najdroższej działki w stolicy mecenas Nowaczyk odbiera od urzędnika Rudnickiego, który kilka tygodni później rezygnuje z etatu w ratuszu. Odnajdujemy ich jako współwłaścicieli ośrodka Salamandra w Zakopanem. Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów cyfrowej Wyborczej Kancelaria Roberta Nowaczyka ma świetny adres: aleja Róż 10. Przedwojenna kamienica, w pobliżu siedziba premiera, ministerstwa, ambasady, po drugiej stronie park Ujazdowski, nieco dalej Łazienki. Pocztówkowy fragment Warszawy.
Jeszcze kilka lat temu na parterze stały szafy z ubraniami, łóżka, stoły, kuchenne szafki i sprzęty domowe. Trzy mieszkania komunalne zajmowali lokatorzy.
Ale w aleję Róż wkroczyła reprywatyzacja.
"Polska jako jedyny kraj w Europie Środkowo-Wschodniej do chwili obecnej nie przeprowadziła procesu naprawienia skutków bezprawnego przejęcia prywatnej własności, pomimo faktu, że prawo własności jest - obok prawa do życia - jednym z podstawowych praw obywateli oraz stanowi podstawę moralnego i prawnego ładu w demokratycznym państwie prawa" - czytamy credo mecenasa Nowaczyka na jego stronie internetowej Reprywatyzacja.pl.
O prawo do własności walczy skutecznie: ze 120 warszawskich nieruchomości, o które zabiega dla klientów i dla siebie, przejął prawie 50. Kamienicę w alei Róż 10 odzyskał dla spadkobierców dawnych właścicieli, trzy mieszkania na parterze kupił i urządził tam kancelarię.
Kupcy roszczeń
Jest rok 1945. Warszawa leży w gruzach. Bolesław Bierut, prezydent rządzącej Polską z nadania Stalina Krajowej Rady Narodowej, wydaje dekret o nacjonalizacji wszystkich prywatnych nieruchomości w stolicy. Bez niego odbudowa byłaby niemożliwa. Objął blisko 25,5 tys. budynków (11,229 tys. zniszczonych) i 40 tys. działek hipotecznych.
Byli właściciele jeszcze w latach 40. złożyli kilkanaście tysięcy wniosków o przywrócenie własności, ale w praktyce odmawiano wszystkim, łamiąc ówczesne prawo.
To złamanie prawa od 1996 r. otwiera drogę do odzyskania nieruchomości. Dostają je byli właściciele i ich spadkobiercy, ale także kupcy roszczeń - wyspecjalizowane kancelarie i biznesmeni. Do dziś zwrócono ok. 3 tys. działek. W 2014 r. co czwarty adres trafiał do kupców roszczeń. Jednym z nich jest również mecenas Robert Nowaczyk.
Jak może wyglądać handel roszczeniami? Na przykład tak: biznesmen Maciej Marcinkowski chce zainwestować w działki na Powiślu. Prawa do nich ma Maria Rotwand, stuletnia wdowa po znanym warszawskim przemysłowcu i bankierze. Mecenas Nowaczyk w jej imieniu sprzedaje samemu sobie prawa do działki. Potem nimi obraca, by na końcu spisać umowę z Marcinkowskim, który przejmuje pokaźny teren na Powiślu.
Na pl. Defilad wyrosły wieżowce
Adresy na liście referencyjnej Roberta Nowaczyka robią wrażenie, w większości to najdroższe rejony miasta: aleja Przyjaciół, Nowy Świat, Poznańska, Piękna, Lwowska, Mazowiecka, Puławska.
Działki pod przedwojennym adresem Chmielna 70 tam nie ma, ale to właśnie na Chmielnej Robert Nowaczyk doprowadził do reprywatyzacji jednego z droższych terenów w mieście.
Najpierw przez kilka lat ciągną się postępowania spadkowe po byłych właścicielach. Pierwszy znaczący sukces ma miejsce w maju 2010 r., kiedy dochodzi do urzędowego unieważnienia decyzji, na mocy której w latach 50. odmówiono wywłaszczonym dekretem Bieruta właścicielom Chmielnej praw do gruntu.
To kluczowy dokument, kto ma go w ręku, idzie do stołecznego ratusza i domaga się reprywatyzacji. Teraz piłeczka jest po stronie urzędników prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz.
W czasie, kiedy badane są papiery dostarczone przez mecenasa Nowaczyka, rządząca Warszawą PO ma właśnie głosować nad zmianami w planie zagospodarowania okolic Pałacu Kultury. Poprzedni Gronkiewicz-Waltz skrytykowała zaraz po wygranych wyborach samorządowych w 2006 r., ledwie kilka miesięcy po uchwaleniu go przez jej poprzedników z PiS. Wydawał się jej "mało ambitny", bo pozwalał budować tylko do ośmiu kondygnacji. - Chcemy stworzyć coś nowego i oryginalnego - tłumaczył latem 2007 r. wiceprezydent Jacek Wojciechowicz (PO).
Radni głosują nad planem 9 listopada 2010 r., trzy dni przed końcem kadencji. Komisja planowania przestrzennego dostaje obszerny dokument dzień przed sesją. Jego analiza wymaga czasu, ale ratusz go radnym nie daje.
Debata zamienia się w awanturę. Radny opozycji krzyczy do mikrofonu: - Komisję zmuszono do jazdy bez trzymanki, wrzucając jej w ostatniej chwili do rozpatrzenia ponad 240 uwag zgłoszonych do planu.
Protestującemu PiS-owi PO przypomina, że nową wersję planu popiera architekt Czesław Bielecki, pisowski rywal Gronkiewicz-Waltz na prezydenta Warszawy.
Plan zostaje uchwalony. Na mapie stolicy pojawiają się dwa drapacze chmur bardzo blisko Pałacu Kultury. Ten wyższy, 245-metrowy, zajmuje działkę klientów mecenasa Nowaczyka.
Od tego momentu Chmielna jest warta fortunę.
Czyja wieża wyższa
We wrześniu i październiku 2012 r. w warszawskiej kancelarii notarialnej dochodzi do serii transakcji. Spadkobiercy właścicieli Chmielnej sprzedają swoje roszczenia Marzenie Kruk, Januszowi Piecykowi i Grzegorzowi Majewskiemu.
Marzena Kruk to siostra Nowaczyka. Ma doktorat, jest specjalistką w dziedzinie prawa ofiar przestępstw. Gdy cztery miesiące temu ujawniłyśmy sprawę Chmielnej 70, była naczelniczką wydziału w Ministerstwie Sprawiedliwości, o działce nie chciała rozmawiać. Trzy dni po publikacji została przeniesiona na stanowisko głównego specjalisty.
Spytałyśmy resort sprawiedliwości, czy w oświadczeniu majątkowym urzędniczki jest warta miliony działka obok Pałacu Kultury. Ministerstwo Zbigniewa Ziobry odpowiedziało, że "dokonywana jest analiza oświadczeń o stanie majątkowym składanych przez pracowników". Stanowią one jednak tajemnicę prawnie chronioną, chyba że dana osoba wyrazi pisemną zgodę na ich ujawnienie.
Chmielna to niejedyny dekretowy adres głównej specjalistki w ministerstwie dr Kruk. Jest też współwłaścicielką zreprywatyzowanej kamienicy z lokatorami na warszawskim Mokotowie.
Janusz Piecyk to dobry znajomy Nowaczyka, są współwłaścicielami lokalu kancelarii w alei Róż 10. Występuje w wielu innych sprawach prowadzonych przez kancelarię mecenasa. Grzegorz Majewski jest znanym warszawskim adwokatem, od kwietnia tego roku - dziekanem okręgowej rady adwokackiej.
Miesiąc po wizycie u notariusza decyzją urzędników ratusza Kruk, Piecyk i Majewski zostają właścicielami Chmielnej 70.
Był też inny chętny na działkę - Maciej Marcinkowski, którego wspierał adwokat Andrzej Muszyński. To tandem znany z reprywatyzacyjnej skuteczności, ale tym razem przestrzelił. Marcinkowski płaci za prawa do Chmielnej nie tym spadkobiercom, co trzeba, właściwe papiery ma Robert Nowaczyk.
Marcinkowski traci pieniądze przy Chmielnej, ale kilkaset metrów dalej przejmuje grunt, na którym radni wpisali do planu zagospodarowania drugi z wieżowców. Tylko nieco niższy od wieży klientów Nowaczyka.
Nowi właściciele obu adresów starają się o skrawki miejskich gruntów, bez których nie mogą rozpocząć inwestycji. Udaje się je kupić bez przetargu tylko klientom Nowaczyka. Rynkowa wartość Chmielnej rośnie do 120-160 mln zł.
Obco brzmiące nazwisko
W kwietniu 2016 r. docieramy do dokumentów, z których wynika, że Jan Henryk Holger Martin, dawny właściciel dwóch trzecich Chmielnej 70, był obywatelem Danii. To stawia pod znakiem zapytania reprywatyzację. Dania jest bowiem wśród państw, którym Polska wypłaciła ryczałtowe odszkodowanie za powojenną nacjonalizację. "Po zapłaceniu 5,7 mln duńskich koron Rząd duński uważać będzie za ostatecznie uregulowane wszystkie roszczenia duńskie. Wynikiem tej regulacji będzie zwolnienie Rządu polskiego w stosunku do zainteresowanych duńskich obywateli i ich następców prawnych" - czytamy w polsko-duńskiej umowie z 1953 r.
To, co wiemy o Duńczyku, opisał on sam w podaniu o wizę pobytową do komendy MO w Otwocku w 1948 r.: warszawski kupiec, od urodzenia obywatel Danii "z rodziców Duńczyków i obywateli Duńskich, nieżyjących".
Kamienicę przy Chmielnej kupił w 1943 r. Spłonęła w powstaniu. Martinowi nie udało się przedłużyć pobytu w Polsce, wyjechał do Danii, zmarł kilka lat później.
W ratuszu nie sposób się dowiedzieć, dlaczego jesienią 2012 r. urzędnicy zwrócili Chmielną.
Wiceprezydent Jarosław Jóźwiak: - Pewnie Duńczyk był Polakiem, bo głosował w referendum "3 X tak" w 1946 r., a działkę trzeba było oddać, bo goniły terminy.
Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz: - Martin miał dwa obywatelstwa.
Marcin Bajko, dyrektor odpowiedzialny wówczas w mieście za reprywatyzację: - Umowy międzynarodowe nie obowiązują.
A w ogóle to zawiniło Ministerstwo Finansów, które lata temu powinno było wpisać skarb państwa do księgi wieczystej Chmielnej 70, jeśli działka była spłacona. W 2010 r. ratusz usłyszał w ministerstwie, że dokumentów o odszkodowaniu za Chmielną nie ma, resort miał ich poszukać, ale przez dwa lata milczał.
Nasz tekst w stołecznym dodatku "Wyborczej" wywołuje burzę. Opozycja żąda zwołania nadzwyczajnej sesji Rady Warszawy. Wiceprezydent Wojciechowicz zapewnia: "Uchwalając plany zagospodarowania, nigdy nie kierujemy się roszczeniami, bo nie wiem, jak mielibyśmy ten plan uchwalić, kiedy roszczeń jest kilkadziesiąt na placu [Defilad]".
Hanna Gronkiewicz-Waltz donosi na Ministerstwo Finansów do prokuratury.
Tymczasem w lipcu resort finansów ujawnia dokument z lutego 2011 r. wysłany na adres ratusza. To nazwiska cudzoziemców, którzy na podstawie umów międzynarodowych dostali odszkodowania za warszawskie nieruchomości. Wśród nich jest Jan Henryk Holger Martin. Gdy prosimy w ratuszu o ten dokument, przez dwa tygodnie nie można go odnaleźć. Gdy się znajduje, rzecznik urzędu miasta przyznaje, że nazwisko się zgadza, ale nie ma przy nim adresu Chmielna 70.
Pytamy Nowaczyka, dlaczego tak doświadczony adwokat nie sprawdził drobiazgowo historii gruntu przy obco brzmiącym nazwisku byłego właściciela.
Mecenas tłumaczy, że Martin urodził się i mieszkał w Warszawie do 1949 r., a jego spadkobiercy byli polskimi obywatelami. I dodaje, że "obco brzmiące nazwisko nie było rzadkością przy pracy nad gruntami warszawskimi, wiele osób uprawnionych do gruntów i budynków nosiło obco brzmiące nazwiska, choć byli obywatelami polskimi i nikt tego nie kwestionował".
Willa opatrzności Bożej
Losy warszawskiej reprywatyzacji przez lata decydowały się w Biurze Gospodarki Nieruchomościami (BGN). Jego szef Marcin Bajko nie podpisywał decyzji o zwrotach dekretowych działek. Nie ma pełnomocnictwa, bo oprócz posady w ratuszu - za zgodą ówczesnego prezydenta miasta Lecha Kaczyńskiego - prowadzi własną działalność gospodarczą (powiedział nam, że to "psychiczna odskocznia" od pracy w ratuszu). Dlatego też nie musiał składać oświadczeń majątkowych.
Jest jesień 2012 r. Decyzję o zwrocie Chmielnej 70 Nowaczyk odbiera od wicedyrektora BGN Jakuba Rudnickiego, który kilka tygodni później rezygnuje z etatu u Hanny Gronkiewicz-Waltz. W 2014 r. odnajdujemy go jako właściciela pokaźnej willi z lokatorami przy ulicy Kazimierzowskiej 34, w prestiżowej dzielnicy.
Były dyrektor przekonuje nas, że roszczenia do tej nieruchomości kupili jego rodzice, ale że był wtedy urzędnikiem ratusza, teczkę kamienicy odłożył na półkę, a sprawę opisał w notatce służbowej do Hanny Gronkiewicz-Waltz.
Swoją pracę w BGN wspomina tak: - Miałem jako człowiek po uszy i po dziurki w nosie całej atmosfery. Jak oddawałem, to było źle, choć to jedyna możliwość jak najszybszego uwolnienia się od tej przeklętej zarazy, którą jest dekret. Jak nie oddawałem, było jeszcze gorzej. Człowiek popada w paranoję. Właściwie nie wie, co ma robić. Dalej okłamywać ludzi, że miasto nie może czegoś zwrócić? Kto nie widział tego, co się odbywa w BGN, nie może nic na ten temat powiedzieć. Nieustanne awantury, spotkania z 70-80--letnimi ludźmi, u których nienawiść krzyżuje się z rozpaczą. Tak dzieje się zawsze, gdy w prawo wkracza polityka. Nie, to nie było dla mnie.
Rozmowę kończy tak: - Dziękuję opatrzności Bożej za to roszczenie, bo ta sprawa pomogła mi podjąć decyzję o odejściu.
Sprawa willi wraca z półki na biurko z chwilą odejścia Rudnickiego z posady. Jego następca Jerzy Mrygoń - wcześniej radca prawny BGN - z marszu, w pierwszych dniach urzędowania, podpisuje zwrot willi w czerwcu 2013 r.
Ryszard Grzesiuła ze Stowarzyszenia "Dekretowiec", które skupia dawnych właścicieli, ma inne doświadczenia: - Praktyka urzędników jest taka, żeby przedłużać sprawy w nieskończoność, zniechęcić spadkobierców do odzyskiwania własnych nieruchomości, zmuszając do pozbycia się roszczeń za bezcen na rynku wtórnym. A potem słyszymy, że Warszawa ma straszliwy problem z handlarzami roszczeń.
Postępowanie w sprawie zwrotu mokotowskiej willi Rudnickiego prowadzi wrocławska prokuratura. Właściciel z "opatrzności Bożej" założył lokatorom sprawy o eksmisję.
Miesiąc temu Hanna Gronkiewicz-Waltz zdecydowała, że Biuro Gospodarki Nieruchomościami nie będzie się już zajmować reprywatyzacją w Warszawie. - Proszę nie traktować tej decyzji jako wotum nieufności wobec urzędników, którzy do tej pory zajmowali się zwrotami działek - zastrzegł wiceprezydent Jóźwiak.
Salamandra generała
Mecenas Nowaczyk zapewnia, że nie łączą go z Rudnickim relacje biznesowe.
Ich nazwiska odnajdujemy jednak w księdze wieczystej ośrodka Salamandra w Kościelisku, który przed wojną należał do generała Tadeusza Kasprzyckiego, ministra spraw wojskowych.
W maju 2012 r. urzędnik BGN Jakub Rudnicki płaci milion złotych swoim rodzicom za część Salamandry, którą odkupili od spadkobierów generała. We wrześniu reprezentująca rodzinę Kasprzyckiego matka Rudnickiego pośredniczy w sprzedaży innej części ośrodka mecenasowi Nowaczykowi.
Z oświadczenia majątkowego Rudnickiego z 2011 r. wynika, że miejski urzędnik (rocznik 1973) nie miał odłożonej gotówki, ale trzy mieszkania, które wycenił na prawie 3,5 mln zł. Odchodząc z ratusza, nie dopełnił obowiązku złożenia oświadczenia za 2012 r.
W 2013 r. ukazuje się ogłoszenie o sprzedaży Salamandry: "Już tylko nieliczni pamiętają, iż stojący na stoku Gubałówki piękny, kamienny zespół budynków to dawny pensjonat siostry gen. Tadeusza Kasprzyckiego". Cena w ogłoszeniu to 24 mln zł, potem spada do 15 mln zł.
Obecny właściciel Salamandry nie chce powiedzieć, ile zapłacił Rudnickiemu i Nowaczykowi. - Miejsce piękne, ale stary budynek jest w katastrofalnym stanie. Salamandrę sprzedawali wspólnie, jednym aktem notarialnym, w grudniu 2013 r.
Mecenas Nowaczyk: - Przez krótki okres byłem współwłaścicielem nieruchomości w Zakopanem, był to jednak efekt zupełnie oddzielnych postępowań i spraw, a współwłasność nie była zamierzona.
Mecenas i brat
"Niezamierzona współwłasność" pod Tatrami nie jest jedynym kontaktem Nowaczyka z rodziną Rudnickich.
Wróćmy do Warszawy. O niedużą kamienicę przy Marszałkowskiej 43 starają się dwie panie z Francji. Przed sądem twierdzą, że podczas robienia porządków znalazły testament sprzed lat.
Ale lokatorzy Marszałkowskiej znali właścicielkę, nigdy się nie wyprowadziła z kamienicy, zmarła samotnie. Rozpoczynają śledztwo. Odnajdują spadkobierczynie z Francji, ale w kalendarzu coś się nie zgadza. - Pełnomocnictwo do spraw kamienicy panie z Francji dały w 2004 r., a w sądzie zeznały, że testament znalazły dopiero w 2006 r. - zwraca uwagę jedna z lokatorek.
W grudniu 2010 r. Jakub Rudnicki podpisuje decyzję o reprywatyzacji kamienicy. Lokatorzy komunalni dostają wypowiedzenia umowy najmu, zaczynają się procesy o eksmisję. W sądzie po raz pierwszy słyszą, że kamienica ma już nowego właściciela. Nazwisko identyczne z nazwiskiem wieloletniego urzędnika od reprywatyzacji. I nie jest to zbieg okoliczności.
Mec. Robert Nowaczyk tym razem reprezentuje Adama Rudnickiego, brata Jakuba. W sierpniu 2014 r. w jego imieniu kupuje kamienicę. Kilka miesięcy później ponownie występuje w imieniu Adama Rudnickiego - tym razem sprzedaje Marszałkowską 43 swojej bliskiej znajomej. Jest ona też wspólniczką spółki, w której zarządzie zasiada adwokat Nowaczyk.
Mecenas potwierdza, że był pełnomocnikiem w tej sprawie, ale gdy pytamy o szczegóły, zasłania się tajemnicą adwokacką.
Przemysł Mydlarski i Perfumeryjny
Tajemnicę kryje też inny rozdział działalności mecenasa. W alei Róż 10 oprócz jego kancelarii odnajdujemy też spółki: Siła i Światło, Fabryka Maszyn i Kotlarnia "Moc", Warszawska Fabryka Masowych Wyrobów Blaszanych "Tłocznia", Warszawska Fabryka Guzików, Warszawskie Towarzystwo "Motor" Zakłady Chemiczno-Farmaceutyczne.
Nazwy trącą myszką? Nic dziwnego, to firmy przedwojenne. Po kilkudziesięciu latach uśpienia zostały reaktywowane w alei Róż 10.
Jak fabryka wstaje z martwych? Np. tak: znany kolekcjoner papierów wartościowych kupuje na portalu Allegro akcje Fabryki Guzików. Potem pisze do sądu, że potrzebny jest kurator dla spółki, który w imieniu nieobecnych akcjonariuszy zwoła walne zgromadzenie. Gdy sąd zgadza się na kuratora, można już powołać zarząd, który wystąpi o wpisanie spółki do Krajowego Rejestru Sądowego.
Kuratorem Warszawskiej Fabryki Guzików zostaje mecenas Nowaczyk. Na walnym jest tylko jeden akcjonariusz, ma pięć akcji, czyli 0,125 proc. kapitału zakładowego spółki.
W obudzonych spółkach z alei Róż Nowaczyk występuje też w innych rolach: udziałowca, członka rady nadzorczej. W zarządach zasiada Janusz Piecyk, wspólnik mecenasa, od 2012 r. współwłaściciel Chmielnej 70.
Nie o produkcję guzików, mydła czy światła chodzi w tym biznesie. Prawdziwy powód znajdujemy w rocznym sprawozdaniu jednej z obudzonych firm: "Spółka koncentruje się na rozeznaniu majątku posiadanego przez spółkę przed jego nacjonalizacją oraz ocenie zasadności i zgodności z prawem decyzji nacjonalizacyjnej". Chodzi o nieruchomości odebrane spółkom dekretem Bieruta.
Urzędnicy podają, że w całej Warszawie reaktywowane firmy przejęły 17 adresów, do kolejnych 40 mają roszczenia. Spółki z alei Róż nie mają sukcesów, na liście urzędu miasta odnajdujemy tylko jedną: Przemysł Mydlarski i Perfumeryjny Fryderyk Puls SA stara się o willę na Mokotowie.
Do reaktywowanej spółki Motor zgłosiła pretensje córka przedwojennego udziałowca. - Mam ponad 200 akcji - mówi Elżbieta Ryl-Górska. - Ojciec był dyrektorem i współwłaścicielem spółki. Kiedy ktoś mi podpowiedział, żeby zainteresować się majątkiem, spółka była już reaktywowana beze mnie. Pan Nowaczyk nawet nie zadzwonił. Adres ojca przez 70 lat od wojny był ten sam, wystarczyło spróbować.
Pani Ryl-Górska chciała, by sąd rejestrowy wznowił postępowanie o ustanowieniu kuratora. Dostała odmowę.
12 mln odszkodowania
Dekret Bieruta to nie tylko zwroty w naturze. Mecenas Nowaczyk walczy o duże pieniądze dla siebie i swoich klientów. Właścicielom zreprywatyzowanych kamienic skarb państwa płaci odszkodowania za mieszkania sprzedane lokatorom z kwaterunku. Prywatni właściciele wystawiają też miastu rachunki za czynsze, jakie mogliby dostawać, gdyby nie nacjonalizacja.
"Kolekcjoner kamienic" Marek Mossakowski za roszczenia do kamienicy przy Hożej 25a zapłacił 50 zł, a potem zażądał od miasta ponad 5 mln zł odszkodowania. Wynajął Nowaczyka, który wywalczył ponad 1,6 mln zł.
Przegrał dopiero w Sądzie Najwyższym, który w uzasadnieniu wyroku zapytał, czy moralne jest, by "osoba, która nie tylko nigdy nie została pokrzywdzona działaniem dekretu, ale która roszczenie (...) nabyła za 50 zł, czyli ułamek faktycznej wartości, odniosła korzyści kosztem środków publicznych?".
Mecenas Nowaczyk walczył też o miliony z miejskiej kasy na swoje konto. Wicedyrektorowi BGN Jerzemu Mrygoniowi wystarczyło siedem miesięcy, by przekazać ogromną (trzy podwórka, kilkadziesiąt mieszkań) pożydowską kamienicę przy Poznańskiej 14 reprezentowanemu przez Nowaczyka amerykańskiemu spadkobiercy, którego nikt przy Poznańskiej nie widział.
Spadkobierca sprzedaje ją Nowaczykowi i Piecykowi. W 2013 r. wspólnicy przejmują dom pełen ludzi, podnoszą czynsze, dotychczasowi lokatorzy mają się wyprowadzić do lutego 2017 r.
Nowaczyk i Piecyk występują o 12 mln zł odszkodowania, bo przez lata na kamienicy nie zarabiali. Gdy walczą o pieniądze od miasta, sprzedają kamienicę za 11 mln zł. Nabywcą są spółki powiązane z firmą Fenix Group, która specjalizuje się w skupowaniu kamienic z lokatorami po reprywatyzacji. W centrum miasta ma ich ok. 20.
Mieszkańcy piszą do prokuratury. Wątpliwości mają też urzędnicy, biuro prawne ratusza sugeruje BGN wystąpienie do sądu o ponowne zbadanie spadku. Tu droga protestu się urywa.
Gdy pytamy o Poznańską 14, mecenas Nowaczyk znów zasłania się tajemnicą. Informuje, że prokuratura dwa razy umarzała postępowania w sprawie kamienicy. "Nie występuję w niej w żadnej roli" - podkreśla.
Tajemnica adwokacka ratusza
Ponieważ sprawa dotyczy majątku publicznego, próbujemy się dowiedzieć, w ile warszawskich reprywatyzacji zaangażowany jest mecenas Nowaczyk. Chcemy poznać adresy nieruchomości, które już odzyskał i o które się stara. Interesuje nas też kwota odszkodowań, które wywalczył dla siebie i swoich klientów.
Prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz odmawia. W piśmie powołuje się m.in. na tajemnicę adwokacką. Wcześniej nasz wniosek o dostęp do informacji publicznej ratusz konsultuje z Okręgową Radą Adwokacką w Warszawie, której szefem jest Grzegorz Majewski, współwłaściciel (razem z siostrą Nowaczyka) wartej 160 mln zł działki przy Chmielnej 70.
Urzędnicy pytają też o zdanie mecenasa Nowaczyka, a on nie wyraża zgody "na udostępnienie danych dotyczących jego prywatności". To zasadnicza zmiana polityki informacyjnej. Wcześniej ratusz wysyłał nam pełne listy nieruchomości, o które zabiegali inni bohaterowie tekstów o reprywatyzacji: Marek Mossakowski, Maciej Marcinkowski, Andrzej Muszyński. Pytamy Muszyńskiego, czy ktoś z ratusza pytał go o zgodę na ujawnienie adresów. Zaprzecza.
Archiwista na tropie
Kulisy zwrotu Chmielnej z zawiadomienia Jana Śpiewaka ze stowarzyszenia Miasto Jest Nasze badają prokuratura i CBA. Śledczy sprawdzają też doniesienie, które stołeczny ratusz złożył na Ministerstwo Finansów.
Ministerstwo zapowiada, że wkrótce wyda oficjalną decyzję w sprawie działki. "Ze względu na obszerną dokumentację w języku duńskim postępowanie to jest czasochłonne, gdyż konieczne jest m.in. precyzyjne przetłumaczenie zgromadzonych materiałów. Wstępna analiza dokumentów pozwala sądzić, że decyzja będzie pozytywna" - informuje biuro prasowe.
Decyzja "pozytywna" oznacza, że działka przy Chmielnej została spłacona i do reprywatyzacji jej "duńskiej" części nie powinno dojść. Następnym krokiem będzie wpisanie do księgi wieczystej skarbu państwa jako właściciela dwóch trzecich Chmielnej 70.
Robert Nowaczyk i współwłaściciel działki Grzegorz Majewski wynajęli adwokata Macieja Ślusarka ze znanej warszawskiej kancelarii. W lipcu, przed emisją programu "Bez retuszu" w TVP o kulisach zwrotu Chmielnej, ostrzegł on prowadzących, że niepochlebne opinie o jego klientach mogą skończyć się pozwami. W piśmie wysłanym do TVP mecenas Ślusarek twierdził, że Nowaczyk i Majewski są ofiarami całej sytuacji, a sprawę Chmielnej dokładnie analizowali. Powołał się na ekspertyzy prawniczych autorytetów zamówione przez ratusz.
W ratuszu się dziwią, skąd prawnik Nowaczyka i Majewskiego ma opinie dwóch profesorów, za które miasto zapłaciło blisko 35 tys. zł. Urzędnicy nie chcą nam ich udostępnić, bo to "dokumenty wewnętrzne", poza tym dotyczą teoretycznej analizy znaczenia umów międzynarodowych o odszkodowaniach, a nie konkretnie przypadku Chmielnej 70. Dodatkowe 4 tys. zł miasto wyda na archiwistę, który cztery lata po zwrocie działki ma ustalić, obywatelami którego państwa byli Jan Henryk Holger Martin oraz jego ojciec, matka, żona, syn i córka.
Politycy PO i miejscy urzędnicy zastanawiają się, czy reprywatyzacja będzie gilotyną, która zakończy rządy Gronkiewicz-Waltz w stolicy i zachwieje polską polityką. Chmielna 70 nie jest jedynym adresem reprywatyzacji po warszawsku, który sprawdza prokuratura i CBA.
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,124059,20572140,uklad-warszawski-czy-reprywatyzacja-w-stolicy-zatrzesie-polska.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.04.21 11:04 SoleWanderer ONR w Białymstoku - Maciej Kącki o wystawieniu sztuki: Biała siła czarna pamięć

http://wyborcza.pl/duzyformat/1,151493,19947134,onr-w-bialymstoku-macie-sie-czego-bac.html
Na wyborczej wisi też wideo - zapis kazania księdza Międlara.
Pod teatr przyszło 50 wszechpolaków. Niektórzy przyjechali z Poznania z transparentem: "Poznań przeprasza za Kąckiego". Jest też grupa kobiet katoliczek. Jedna mówi, że z teatru śmierdzi czosnkiem. Reportaż Marcina Kąckiego
Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu prenumeraty cyfrowej
W październiku ub. roku wydałem książkę "Białystok. Biała siła, czarna pamięć". To historia miasta, w którym przed wojną mieszkało ponad 50 tys. Żydów - ponad połowa mieszkańców. Piszę o przykładach zapomnienia historii, rodzenia się nienawiści nacjonalistycznej, o establishmencie, który wiesza banery z hasłami wielokulturowości i tolerancji, ale zabiera pieniądze fundacji, która tolerancji chce uczyć w białostockich szkołach. Konsekwencji nie ponosi za to katecheta, którego uczniowie rysują żydowskie czołgi najeżdżające na Polskę. Są też w niej reportaże o "żołnierzach wyklętych", jest cud eucharystyczny z Sokółki odkryty przez białostockich naukowców pod mikroskopem.
Książkę przeczytał Piotr Ratajczak, reżyser teatralny. Zaproponował jej wystawienie Agnieszce Korytkowskiej-Mazur, szefowej Teatru Dramatycznego w Białymstoku.
Prace nad sztuką ruszają w lutym, bez rozgłosu, choć książka podzieliła miasto: jedni uznali, że dowiedzieli się o nieznanej historii Białegostoku, inni przekreślili ją jako szkalującą wizerunek. Książkę w spektakl zmienia Piotr Rowicki, dramaturg. Ratajczak, wysoki, z bujną czupryną, w okularach, stoi przed aktorami w sali prób. Słychać okrzyki z korytarza, gdzie trwa próba do "Romeo i Julii". Ratajczak wybrał do przedstawienia "Biała siła, czarna pamięć" pięciu aktorów teatru białostockiego i dwóch z Warszawy.
CZYTAJ TEŻ: "Białystok. Biała siła, czarna pamięć Kąckiego: wstrząsający obraz Polski w pigułce"
Zatrzymać sztukę!
21 marca, posiedzenie rady miasta. Przewodniczący składa życzenia wielkanocne, chce zamknąć posiedzenie, ale na mównicę wchodzi Krzysztof Stawnicki, 33-letni radny Prawa i Sprawiedliwości, szef komisji kultury w urzędzie miasta. Szykowny garnitur, zadbana fryzura. W dłoni trzyma gruby plik kartek.
Po posiedzeniu rady miasta w teatrze zaczyna się przepytywanie, szukanie kreta: ten sympatyzuje z PiS, tamten ma brata księdza. Atmosfera siada.
Marszałek dostaje pismo od kilku radnych PiS. "Z niepokojem i smutkiem" informują, że "scenariusz spektaklu podsycony jest szyderstwem i pogardą wobec poszczególnych, dających się łatwo zidentyfikować osób", że "znieważa i wyśmiewa wiarę chrześcijańską, tradycje i patriotyzm". A przecież, argumentują: Białystok "jest ładnym, czystym miastem i regionem zamieszkanym przez życzliwych, gościnnych, wrażliwych na ludzką biedę, otwartych, szanujących tradycję i kochających Ojczyznę ludzi".
Ratajczak: - Pytania radnych, czy konsultowaliśmy scenariusz, były dla mnie szokiem. Na próbach marnujemy czas, śmiejąc się, jaki to znów protest się odbył i co nas czeka. Groteska i groza.
Następnego dnia aktorzy widzą przez okna sali prób dym i ogień. Podchodzą zdenerwowani - to Młodzież Wszechpolska pali pod teatrem kukłę Angeli Merkel.
CZYTAJ TEŻ: "Biała siła, Białystok"
Wymiociny
4 kwietnia do marszałka województwa podlaskiego przychodzi list od organizacji katolickich z Białegostoku. Piszą, że "zawarte w scenariuszu treści nie mają nic wspólnego ze sztuką, są szyderstwem z naszego chrześcijaństwa, patriotyzmu, tradycji, tych wartości, które są nam drogie i których będziemy bronić". Żądają zdjęcia "pseudosztuki" i mają nadzieję, że władze będą "baczniej przyglądały się repertuarowi teatru". List podpisały: Civitas Christiana, Ruch Społeczny im. Lecha Kaczyńskiego, Stowarzyszenie Katolickich Lekarzy Polskich, czciciele Miłosierdzia Bożego, Rycerstwo Niepokalanej, Klub Inteligencji Katolickiej i kilka innych.
Inicjatorem była Civitas Christiana, która swój rodowód ma w PRL - wypączkowała z PAX-u. To obecnie jedna z najbogatszych organizacji katolickich w Polsce. Należy do niej spółka produkująca płyny do mycia Ludwik. W Białymstoku ma siedzibę na parterze nowego osiedla. Z przedsionka widzę w środku grupę młodzieży, modlą się z księdzem. Słyszę modlitwę.
"Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko".
Pracownik Civitas, młody mężczyzna, patrzy na mnie czujnie, nim skojarzy moje nazwisko z książką i sztuką sceniczną. Odmawia rozmowy, daje mi telefon do dyrektorki Bogusławy Węcław.
"Ale od wszelakich złych przygód racz nas zawsze wybawiać, Panno chwalebna i błogosławiona".
Dzwonię. Węcław nie pozwala mi dokończyć pytania: co ją wzburzyło, by napisać protest?
CZYTAJ TEŻ: "Białystok. Tu obcych wita się ogniem"
Czapka biskupa
Rozmawiam wieczorem z Agnieszką Korytkowską-Mazur przez telefon, mówi, że wezwał ją wicemarszałek odpowiedzialny za kulturę, będzie też ponoć arcybiskup. Wsiadam w nocny pociąg z Poznania, rano jestem w Białymstoku. Wchodzimy razem do gabinetu wicemarszałka Macieja Żywno. To 40-latek z PO, uchodzi za otwartego. Broni organizacji społecznych, które starają się prowadzić w szkołach warsztaty z tolerancji. Arcybiskupa nie ma.
CZYTAJ TEŻ: "Rasizm w Białymstoku. Kto ma kumpla skina?"
Poseł się nie puka
Młodzież Wszechpolska z Białegostoku ostrzega w internecie, że "po raz kolejny środowiska lewacko-liberalne próbują szkalować dobre imię naszego miasta". "Książka kłamie", "spektakl kłamie" - piszą i zapowiadają protest pod teatrem w dniu premiery - 16 kwietnia.
Szefem MW w Białymstoku jest Marcin Zabłudowski, 24-latek z bujną grzywką zaczesaną gładko na bok. Ubrany modnie, mówi stanowczo, poważnie.
Bernard Bania, aktor białostocki, gra w sztuce prokuratora, narodowca oraz biskupa. Słyszał, że w Białymstoku żyli Żydzi, ale nie znał skali, dowiedział się z książki. Ojciec Bernarda był znanym trenerem klubu Jagiellonii Białystok, nie narzeka na miasto, uważa, że to dobre miejsce do życia. Boi się protestów? Skądże, wzbudziły w nim jeszcze większą przekorę, by grać. Już raz to przeżył. Gdy w Białymstoku 14 lat temu wystawiano "Konopielkę", środowiska katolickie protestowały przeciwko pokazanej w sztuce postaci Chrystusa.
Bania waha się chwilę, gdy pytam o jego rodzinę: - Dopóki nie zacznę dostawać informacji, że zagrożona jest moja rodzina, będę grał.
Wyjmijcie gaśnice
Dyrektorka Korytkowska trzy dni przed premierą zostaje zaproszona na posiedzenie sztabu kryzysowego w urzędzie miasta, by omówić bezpieczeństwo widzów, gdyby protesty wymknęły się spod kontroli. Widzi też na spotkaniu dwóch młodych mężczyzn z Obozu Narodowo-Radykalnego i jednego z Młodzieży Wszechpolskiej. Ten z MW parska, gdy policjant mówi, że nie wolno podczas protestów wzywać do nienawiści.
ONR-owcy, jak mówią policji, zaczną mszą w katedrze białostockiej z okazji 82. rocznicy powstania organizacji, potem przejdą przez miasto, koło teatru. Policjanci chcą, by zmienili trasę, bo w teatrze premiera. ONR obiecuje, że skończą dwie godziny przed premierą.
Przedstawiciel straży pożarnej mówi Korytkowskiej na osobności: - Macie sprzęt gaśniczy? Niech będzie w pogotowiu. Sprawdźcie, czy kamery sprawne, udrożnijcie drogi ewakuacyjne, wynieście ostre przedmioty.
Policjant: - Na widowni będzie kilku tajniaków, ale przed premierą sprawdzajcie przy wejściu na spektakl dowody osobiste gościom, by nikt nie pożądany się nie przedarł.
Do teatru przychodzi anonimowy mail:
"Zapewniam was: MACIE SIĘ CZEGO BAĆ! Nie chodzi o agresję; samym tylko wydechem was lewaki zdmuchniemy! A ta wasza Biała siła to niewyobrażalny, grafomański do bólu gniot!". Korytkowska przekazuje mail policji. Pogróżki są też na forach internetowych.
Do teatru przychodzi starsza kobieta, siwe włosy, szara jesionka. Usłyszała w kinie Ton, które należy do parafii katedralnej, że obowiązkiem każdego katolika jest protestować przeciwko spektaklowi. Ona też przyjdzie.
Do teatru dzwoni policjant.
Scena ze sztuki:
"ARCYBISKUP Każda nowa galeria handlowa jest pokropiona i pobłogosławiona.
WSZYSCY Przez Kościół katolicki i Cerkiew prawosławną.
ARCYBISKUP Każdy nowy radiowóz jest pokropiony i pobłogosławiony.
Każdy nowy pogranicznik, którzy strzeże granic i łapie przemytników, jest pokropiony i pobłogosławiony.
WSZYSCY Przez Kościół katolicki i Cerkiew prawosławną".
CZYTAJ TEŻ: "Białystok: Kuria przeprasza za mszę ONR w katedrze"
Frajerstwo Żydów
Na kilka godzin przed wieczorną premierą do katedry białostockiej, na której wisi napis "Jubileusz miłosierdzia", wchodzi w dwóch kolumnach około 50 osób trzymających flagi ONR z symbolem Falangi. Dwuszereg staje na całej długości od wejścia do ołtarza, a mszę koncelebruje młody patron narodowców ks. Jacek Międlar. Kilka miesięcy temu został usunięty z plebanii we Wrocławiu za wznoszenie rasistowskich okrzyków. Stoi w katedrze przed ludźmi z ONR i przemawia:
CZYTAJ TEŻ "Ksiądz Jacek Międlar. Kapłan od nienawiści"
Dumny nadczłowieku
16 kwietnia, sobota. Ciepło, słonecznie, białostoczanie przechadzają się ulicami centrum, siedzą w ogródkach, piją kawę, pod okienkami z lodami kolejki. Pochód ONR długi na 300 metrów, jakieś pół tysiąca ludzi, idzie w czterech szeregach przez centrum w konwoju policji. Idą dobrze zbudowani, silni mężczyźni, młodzież, kobiety. Wyszli z katedry, niosą długie zielone flagi z falangą i biało-czerwone.
Dariusz Szada-Borzyszkowski, białostocki dziennikarz, działacz społeczny, podchodzi do mnie przejęty. - Słyszałeś? Śpiewali "A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści!". Nikt nie reaguje, policja patrzy.
Pochód wznosi okrzyki o wielkiej Polsce, które słychać na kilometr. Policjanci się przysłuchują, pochód przesuwa się spokojnie, miarowo.
Pod teatrem chwilę wcześniej stała grupa około 50 osób z Młodzieży Wszechpolskiej. Niektórzy przyjechali z Poznania, rozwiesili transparent z napisem "Poznań przeprasza za Kąckiego". Jest też grupa kobiet katoliczek. Jedna z nich mówi, że z teatru śmierdzi czosnkiem.
Premiera odbywa się bez przeszkód. Zaczyna się od sceny protestu narodowców, którym patronuje ksiądz. Została wymyślona dwa miesiące wcześniej. Jedna z ostatnich scen - rozświetlona swastyka przyciska aktorów do podłogi.
Na widowni jest radny Stawnicki, który domagał się zdjęcia sztuki, bo jest kłamliwa i pokazuje miasto jako stolicę faszyzmu.
Stawnicki szybko wychodzi, gdy rozlegają się oklaski na stojąco.
Chcę iść po sztuce na koncert do klubu Gwint na Politechnice Białostockiej. ONR zapowiadała, że zagra tam zespół Nordika. Wśród szlagierów: "Dumny nadczłowieku", "Narodowi socjaliści" czy "Biała kurwa czarnucha". Ale koncert zamknięty, tylko dla ONR.
Rektor uczelni tłumaczy, że "nie miał możliwości rozwiązania umowy i odwołania imprezy wyłącznie na podstawie podejrzeń odnośnie światopoglądu i przekonań politycznych".
Za to biuro Politechniki opiekujące się studentami zagranicznymi wysyła do nich list:
"16 kwietnia odbędzie się w Białymstoku marsz organizacji nacjonalistycznej. To Obóz Narodowo-Radykalny propagujący idee rasistowskie. W związku z tym stanowczo zalecamy nieopuszczanie pokoi do godz. 3 w nocy z soboty na niedzielę. Prosimy o pozostanie wewnątrz budynku akademika".
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.02.21 13:37 ben13022 Rozmowa z Władysławem Frasyniukiem o Lechu Wałęsie

Jacek Harłukowicz: Kiszczak pisze historię zza grobu i pewnie śmieje się, widząc, jak politycy tańczą do jego melodii.
Władysław Frasyniuk: Reakcje ludzi niechętnych Wałęsie to "kompleks nieobecności". Nie było ich, kiedy trzeba było walczyć, więc siedzą, czytają o kolejnych wykładach Lecha i klną pod nosem: "Co, kurwa? Ten głupek bez szkoły, zwykły elektryk bohaterem? A ja się nie wykazałem, ja, absolwent szkół i uczelni? No musiał ktoś temu Wałęsie pomagać. Pewnie Kiszczak z bezpieką!". Te wszystkie dokumenty powinny być zweryfikowane i sprawdzone. A tym, którzy nie chcą poczekać, tylko od razu rozliczać Lecha, proponuję rachunek sumienia. Czy przeszli choć raz "ścieżkę zdrowia"? Mieli do czynienia z esbecją i wykazali się męstwem i odwagą? A przy mnie esbek brał pistolet, przeładowywał i mówił: "Byliście, Frasyniuk, w wojsku, to wiecie, że to ostra amunicja". A potem przystawiał mi do głowy. Albo pokazywał zdjęcia dzieci i informował, że ktoś właśnie jedzie je zgwałcić. Dlatego, choć nigdy nie wierzyłem w tę współpracę Lecha, jestem w stanie zrozumieć, jeśli rzeczywiście coś tam podpisywał w latach 70. Pamiętam, jak do biura, w którym teraz rozmawiamy, przyszedł kiedyś były robotnik z wrocławskiej Fabryki Automatów Tokarskich. Mówi, że przychodzi w imieniu większej grupy tych, co strajkowali i dymili w stanie wojennym, i prosi, żebym im poświadczył, że po 13 grudnia działali na rzecz państwa. Bo chcą to sobie wliczyć w lata pracy. Pytam, dlaczego nie pójdą do IPN-u. A on, że się boją. "Czego?" - pytam. A on mi na to, że go zatrzymali podczas pacyfikacji FAT-u. Wylądował w auli w komendzie na Łąkowej. Tłum, ścisk. Nagle do tej auli wchodzi dwóch byków i jak nie zaczną napierdalać pierwszych dwóch z brzegu. Nie jego, jakichś innych. Tłuką ich i tłuką, krew się leje po podłodze. Skończyli, wyszli, wchodzi mundurowy i wyczytuje nazwiska. Mój gość idzie na przesłuchanie. Esbek już czeka i jak gdyby nigdy nic grzecznie pyta: "Zapalisz?". On, że nie pali. Na to esbek jak go w ryj nie zawinie i z gębą: "Jeszcze nie zaczęliśmy, a ty już, kurwa, kłamiesz? Co ty, robol jesteś i nie palisz?". No to wziął papierosa. A esbek, że tu się nie pali, won na korytarz! Na korytarzu słyszy, że tu palą tylko oficerowie, a on ma spierdalać do klatki na końcu korytarza. No to poszedł do tej klatki. "Władek, zjadłem tego papierosa, tak się bałem. Bo tam wszędzie na ścianach krew i włosy. Może tylko, żeby postraszyć. I do dzisiaj nie wiem, co podpisywałem. A coś dawali. Ta klatka jeszcze mi się śni". Więc jak dziś jakiś gnojek mówi: "Słabiak, ja bym nie spękał", to mnie nosi. Może by nie spękał, ale wtedy nie stanął, nie sprawdził się. To niech teraz lepiej nie otwiera gęby. Bo nic nie wie o tamtych czasach. Barczewo to nie był ośrodek wczasów pracowniczych. Łęczyca to nie był ośrodek wypoczynkowy. Ja mogę dzisiaj żartować, że to było zaplecze socjalne PRL-u. Ale nikomu tego nie życzę.
Wałęsa to rocznik '43. W 1970 roku miał 27 lat i był prostym robotnikiem w wielkim obcym mieście.
Kiedy po raz pierwszy usłyszał pan, że Wałęsa mógł coś podpisać?
Dlaczego?
Wałęsa, nawet jeśli się zaplątał, to później po tysiąckroć ten błąd odpracował.
Prof. Andrzej Friszke mówił, że gdyby Wałęsa wówczas współpracował, to przecież w jakiś sposób poparłby stan wojenny.
Najlepszy dowód na to, że Kiszczak nim nie sterował.
Jakie pytania?
Władysław Frasyniuk - legenda opozycji w PRL. Rocznik 1954. Technik samochodowy, kierowca wrocławskich autobusów. Szef dolnośląskiej "Solidarności". Siedział od października 1982 do lipca 1984 r. - za "próbę obalenia ustroju" - i od lutego 1985 do lipca 1986 r. Uczestnik Okrągłego Stołu. Poseł trzech pierwszych kadencji Sejmu, był szefem Unii Wolności. W 2006 r. prezydent Lech Kaczyński odznaczył go Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce. Dziś jest przedsiębiorcą, prowadzi firmę transportową.
źródłó: http://wyborcza.pl/magazyn/1,150990,19652285,wladyslaw-frasyniuk-kto-rzuca-w-lecha-walese-kamieniem.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


cs 1 6 no tak sobie idzie #1 PS4 vs. PC - Battlefield 4 idzie na pierwszy ogień! [tvgry.pl] Agro Putas Budowlaniec # 2 Zakochani (Ballada na pierwszy taniec ♥) wykonanie Venus z ... Goście płaczą ze wzruszenia- romantyczny pierwszy taniec ... PIERWSZY TANIEC NA WESOŁO - KAROLINA & EMIL - YouTube Pierwszy Taniec na Wesoło 2017 / First Wedding Dance ... WYJĄTKOWA PIOSENKA NA PIERWSZY TANIEC 💃🏻 (The Dziemians ... Raft #1 nawet dobrze mi idzie jak na pierwszy raz Joanna Kulig - Na pierwszy znak - YouTube

  1. cs 1 6 no tak sobie idzie #1
  2. PS4 vs. PC - Battlefield 4 idzie na pierwszy ogień! [tvgry.pl]
  3. Agro Putas Budowlaniec # 2
  4. Zakochani (Ballada na pierwszy taniec ♥) wykonanie Venus z ...
  5. Goście płaczą ze wzruszenia- romantyczny pierwszy taniec ...
  6. PIERWSZY TANIEC NA WESOŁO - KAROLINA & EMIL - YouTube
  7. Pierwszy Taniec na Wesoło 2017 / First Wedding Dance ...
  8. WYJĄTKOWA PIOSENKA NA PIERWSZY TANIEC 💃🏻 (The Dziemians ...
  9. Raft #1 nawet dobrze mi idzie jak na pierwszy raz
  10. Joanna Kulig - Na pierwszy znak - YouTube

Downloads and streams available at: iTunes: https://music.apple.com/us/album/zakochani-single/1463864017?ign-mpt=uo%3D4 Amazon: https://www.amazon.com/Za... This video is unavailable. Watch Queue Queue. Watch Queue Queue To dla nas największa nagroda, kiedy mogliśmy wycisnąć swoją pracą łzy wzruszenia gości. Jesteśmy przeszczęśliwi, że wraz z parą wywołaliśmy pozytywne emocje... Wyjątkowa piosenka na pierwszy taniec w wykonaniu The Dziemians czyli utwór 'Kochaj mnie tak' stworzony oryginalnie przez Marioo (Mariusz Jasionowicz) 💃🏻 Chc... http://moviesomnia.wixsite.com/filmmarzen PS4 vs. PC - Battlefield 4 idzie na pierwszy ogień! [tvgry.pl] TVGRYpl. Loading... Unsubscribe from TVGRYpl? ... Na jednym z nich hula ona na naszym 'budżetowym pececie', na drugim zaś, na ... jak myślicie na pierwszy raz dobrze mi to idzie ? 🤣🤣🤣 This feature is not available right now. Please try again later. Utwór do słów Juliana Tuwima w wykonaniu aktorów w ramach Gali Języka Ojczystego, która odbyła się 20 lutego 2013 r. w Teatrze Polskim w Warszawie. Motywem p... Daj like i suba dobijamy 50 subów liv 2h http://videotdi.pl/